W Polsce najlepiej sprzedają się biografie pisane po bożemu – rozmowa z Filipem Łobodzińskim, tłumaczem książki „Ciągle w drodze. Życie Boba Dylana”

23 grudnia 2023

Książka „Ciągle w drodze. Życie Boba Dylana” wydana w tym roku nakładem oficyny Kosmos Kosmos to monumentalna biografia legendarnego artysty, a zarazem kolejny kamień milowy w pracy Filipa Łobodzińskiego, niestrudzenie tłumaczącego i popularyzującego w Polsce najlepszą literaturę non-fiction poświęconą muzyce. Nasza rozmowa zaczęła się właśnie od tego świetnego wydawnictwa (i samego Dylana!), ale nie mogło w niej zabraknąć szerszej refleksji związanej z przekładem, kulturą popularną i pisaniem jako takim.

Sebastian Rerak: Można z powodzeniem nazwać pana Dylanologiem. Tłumaczył pan prozę Boba Dylana, jego wiersze, piosenki, a te ostatnie także wykonywał. Jak wiele Dylana będzie zbyt wiele? A może Dylana nigdy dość?

Filip Łobodziński: Na razie na pewno nie jest go dość. Polskiej kulturze i sferze duchowej potrzebna jest głębsza znajomość twórczości Dylana, ponieważ jest on jednym z fundamentów zachodniej kultury XX wieku, nie tylko zresztą popularnej. Dopóki nie udało mi się przeprowadzić pewnych działań przekładowych i popularyzatorskich, był on jednak słabo obecny w naszym kraju. Nadal uważam, że świadomość doniosłości tej postaci – jako twórcy, niekoniecznie jako człowieka – jest u nas stanowczo zbyt mała. Polacy nie zdają sobie sprawy z tego, jaki kształt przyjęłaby kultura, gdyby Dylan pozostał w Minnesocie i zajął się tym, na co wskazywało jego pierwotne przeznaczenie. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jak by ten świat wyglądał.

Przemawia przez pana fan. Z kolei Howard Sounes otwarcie przyznaje, że nie jest fanem muzyki Dylana, co byłoby ryzykowną deklaracją, gdyby pisał wyłącznie o jego twórczości. Nie dyskwalifikuje jednak w przypadku pisania o Dylanie jako postaci?

Jestem fanem twórczości Dylana, lecz nie wiem, czy fanem postaci. Znając jego losy, wiem o wielu niezbyt fajnych sytuacjach, jakie prowokował bądź w jakich się znalazł. Chyba nie był kimś, z kim chętnie bym się spotkał, choć teraz jest już zapewne inny niż w swoich najbardziej mrocznych czasach. Do twórczości mam jednak nabożny stosunek, bo jest ona kosmosem – zjawiskiem, którego nie do końca jesteśmy w stanie ogarnąć. Szczególnie w Polsce, gdzie brakuje nam narzędzi, aby docenić jej jakość i głębię.

Co się zaś tyczy Howarda Sounesa, to jest on przede wszystkim biografem. Napisał też m.in. znakomitą biografię Lou Reeda, który również momentami jawił się postacią bardzo marną. A jednak tacy ludzie są wdzięcznym materiałem, bo w ich przypadku jest o czym pisać. Biografia św. Franciszka też byłaby fascynująca, choć z innego punktu widzenia. Jest coś bardzo atrakcyjnego w pisaniu o osobach, które z jednej strony dokonały pewnych przełomów, wprowadziły nowe jakości do kultury, z drugiej zaś – ich prywatne życie niekoniecznie zasługuje na pochwałę. Rozumiem zatem potrzebę Sounesa napisania biografii. Mało tego, jego książka o Dylanie doczekała się aktualizacji i to właśnie tę wersję przełożyłem na polski.

Dodajmy, że Sounes zaistniał początkowo jako dziennikarz śledczy i chyba sporo z tej praktyki możemy znaleźć w „Ciągle w drodze”. Tę dociekliwość, upór i cierpliwość badacza…

Zdecydowanie tak! Ponadto śledcza natura kazała Sounesowi odwołać się do dokumentów zgromadzonych w urzędach, sądach czy archiwach. Przez to książka bardziej zbliża się do faktografii niż kilka innych biografii, które idą bądź to w stronę uromantycznienia swojego bohatera, bądź skupiają wyłącznie na twórczości, bez pokazania człowieka w jego wielowymiarowości. Dla przykładu taki Clinton Heylin, skądinąd wybitny znawca Dylana, często stawia siebie na pierwszym planie, podkreślając własny stosunek, własne oceny itd. Na tle Heylina lub takich autorów, jak Anthony Scaduto czy Robert Shelton, Howard Sounes wyróżnia się bardzo pieczołowitym podejściem do faktów.

Dodam, że w Wielkiej Brytanii jest szczególnie wielu znakomitych dylanologów. Oprócz Sounesa i Heylina także Christopher Ricks, profesor literatury, który sporządził nieprawdopodobną cegłę. Mam tę książkę i jest to prawie mebel – nie da się po nią sięgnąć jedną ręką. (śmiech) Kolejnym jest Tony Attwood, może mniej znany, za to odpowiedzialny za najwspanialszy blog poświęcony Dylanowi, Untold Dylan. No i Michael Gray, wybitny analityk twórczości muzyka.

Skrupulatność Sounesa przejawia się masą przypisów i odwołań do tekstów źródłowych, które pan dokładnie rewidował. Jak się tłumaczy tak wymagającą książkę? Trzeba odciąć się od świata i zdać na benedyktyńską pracę?

Ja osobiście nie potrzebuję izolacji, do pewnego stopnia potrafię wyizolować się sam. Nie powiem, że mógłbym tłumaczyć na plaży czy w metrze, ale nie muszę też zamykać się w pustelni. Kiedy tłumaczę, poniekąd wpadam w trans, co zapewnia mi swoistą bańkę, w której żegluję ku końcowi książki. Zdarzało mi się pracować w rozmaitych warunkach i za każdym razem kolejna lektura pozwalała wyłapać błędy czy niezręczności. Te dodatkowo wychodzą także w redakcji i cieszę się niezmiernie, że „Ciągle w drodze” miało fenomenalną redaktorkę w osobie Joanny Mueller, z którą współpracowałem wcześniej przy wielu książkach, głównie poetyckich (w tym trzech tomach przekładów Dylana). Ostateczny kształt całości jest jej zasługą.

Dodam też, że miewam ograniczone zaufanie do autorów. Jeżeli coś mi nie pasuje w faktach, to konfrontuję to z innymi źródłami. O ile u Sounesa nie miałem szczególnych zgrzytów, to te parokrotnie pojawiły się przy książce Barneya Hoskynsa o Tomie Waitsie. Szczególnie trudną przeprawę miałem dawno temu, kiedy tłumaczyłem „Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona”, a więc rzecz ułożoną z wypowiedzi członków grupy. Okazało się, że w ich wspomnieniach jest dużo niezgodności, które potem prostowałem w przypisach. Często jednak dodaję przypisy przede wszystkim dlatego, że autorzy oryginałów odwołują się do rzeczy zupełnie w Polsce nieznanych.

Sounes ujawnia w „Ciągle w drodze” smykałkę swojego bohatera do autokreacji. Odkurzyłem nawet wydane niegdyś w Polsce „Kroniki. Tom 1” Dylana i dostrzegam pewien kontrast między tym, jak pisał on o sobie, a jak jest opisywany.

Niewątpliwie tak. Dylan najchętniej zataiłby swoje istnienie i ujawniał się tylko poprzez twórczość. Tak jest od przełomu lat 60. i 70, kiedy miał do czynienia z dziwnymi ludźmi, którzy wchodzili mu przez okno do sypialni albo grzebali w śmieciach. Zrozumiał wtedy, jaką potworną pułapką jest sława, i od tamtego czasu niezwykle trudno dotrzeć do niego jako do prywatnego człowieka. Autokreacja jest sposobem istnienia Dylana. Aczkolwiek „Kroniki” nie były aż tak totalnym wymysłem, bo z tego, co słyszałem, jest on obdarzony fenomenalną pamięcią, więc gdy przywołuje zapachy, smaki czy czyjeś ubranie sprzed pięćdziesięciu lat, to jest to wiarygodne.

Dylan jest od dawna mistrzem w zmienianiu masek. Myślę, że bardzo niewielki odsetek jego piosenek można wskazać palcem jako konfesyjne czy autobiograficzne. Najbliżej do tego utworom z okresu konwersji na chrześcijaństwo, w trakcie którego pisał o swoich objawieniach i wierze, ale i tak wplatał w nie elementy fikcji. Bo Dylan wie, że piosenka jest miniteatrem i nawet jeśli 90% pisze od siebie, to zawsze zostawia pozostałe 10% na bardzo efektowny sztafaż, który zmyli wszelkie tropy.

Warto w tym miejscu nadmienić, że Dylan jest przykładem także na to, jak można pisać o muzyce w sposób w Polsce nieuświadczony. W swojej ostatniej książce, „The Philosophy of Modern Song”, omawia ponad sześćdziesiąt piosenek z lat 40., 50. i 60., z których większość jest u nas kompletnie nieznana, a w Ameryce częściowo zapomniana. Rozwija metodę opisu kontekstowego, tworzy pewne historyjki, a po pewnym czasie okazuje się, że próbuje na kilku stronach napisać scenariusz filmu na podstawie danego utworu. Już w swojej znakomitej audycji „Theme Time Radio Hour” w radiu internetowym zestawiał piosenki pod kątem tematu przewodniego, opowiadając o przemianach społecznych, psychologii człowieka itd. Tego rodzaju refleksja jest bardzo cenna, a tymczasem w Polsce najlepiej sprzedają się rzeczy pisane po bożemu, a więc typowo chronologiczne biografie idące od „urodził/a się” do „umarł/a”. Brak książek problemowych, rzucających zagadnienie na tło przemian społecznych i ekonomicznych, kontekstów literackich i filmowych itp. „Retromania” Simona Reynoldsa, którą przełożyłem dla wydawnictwa Kosmos Kosmos, nie była u nas rynkowym hitem, a tymczasem jest właśnie takim opracowaniem – widzącym kulturę synchronicznie, idącym szerzej, a nierzadko w poprzek.

„Retromania” ukazała się w Polsce chyba ze zbyt dużym opóźnieniem.

Być może, ale wiele spostrzeżeń w niej zawartych pozostaje wciąż prawomocnych.

Wracając do Dylana i jego wielu oblicz, to często stawia się go jako wzór sprytnego marketingowca, który jako jeden z pierwszych reagował na pewne trendy w showbiznesie. Tymczasem Sounes pisze także o Dylanie, który podpisał bardzo niefortunny kontrakt, ponieważ go nie przeczytał.

Musiało upłynąć wiele czasu, zanim Dylan dorobił się swojego biznesowego nosa. W latach 60., jako podopieczny menedżera Alberta Grossmana, zupełnie nie miał świadomości tego, jak funkcjonuje branża. Był takim wesołym bączkiem, dopóki nie zdał sobie sprawy z tego, że zarabia znacznie mniej, niż powinien. Pierwszy sygnał pojawił się w 1966 roku, kiedy po makabrycznie wyczerpującej trasie koncertowej, w trakcie której utrzymywał się na powierzchni jedynie dzięki speedom, Grossman zaczął szykować go na kolejne tournée. Tymczasem Dylan zdążył założyć rodzinę, urodziło mu się dziecko i był u kresu sił. Prawdopodobnie wykorzystał pretekst w postaci wypadku motocyklowego, żeby wycofać się z koncertowania. I był to bardzo dobry ruch, bo nie tylko zajął się rodziną, ale też przestawił na inną muzykę.

Ta świadomość handlowca rozwinęła się u Dylana na dobre, kiedy zaczął skrupulatnie baczyć na to, co dzieje się z jego pieniędzmi. Stąd też wszystkie te ruchy w rodzaju pozwolenia na wykorzystanie piosenek w reklamach, zabezpieczanie się nieruchomościami czy dbałość o prawa autorskie. Spółka Special Rider Music, w której rejestrował te ostatnie, działa nieprzerwanie od 1977 roku, podczas gdy wcześniej – o czym jest mowa w „Ciągle w drodze” – Dylan zgłaszał się do różnych spółek i różnie było z jego udziałami oraz kontrolą nad muzyką. Dobrym ruchem marketingowym okazała się wreszcie sprzedaż dorobku nagraniowego i autorskiego Sony Music i Universalowi. No i przekazanie rozmaitych artefaktów do muzeum Bob Dylan Center w Tulsie. Gdybym tam się znalazł, to chyba bym zwariował, a potem zamieszkał na stałe!

Pierwsza wersja książki Sounesa doczekała się wydania w Polsce w 2008 roku pod trochę niefortunnym tytułem „Autostradą do sławy”.

Szczerze mówiąc, dopiero będąc w trzech czwartych swojego tłumaczenia, dowiedziałem się o istnieniu tego wydania. A dowiedziałem się tak, że ktoś napisał mi, że ma poprzednie wydanie i ciekaw jest mojej wersji. Nagle poczułem się wręcz niepewnie, czy aby Kosmos Kosmos się na tym nie przejedzie. (śmiech) Nie pamiętam, kto przekładał tamtą edycję, ale nie było to nazwisko znane mi z obiegu muzycznego. Obawiam się więc, że mogło tam być sporo rzeczy przeoczonych, np. związanych ze słownictwem dotyczącym pracy w studiu, organizacją koncertów itp. To wymaga znajomości żargonu, ale też wykorzystania go tak, aby był czytelny dla osób niezwiązanych z branżą. Z literaturą specjalistyczną jest tak, że często biorą się za nią ludzie będący zawodowymi tłumaczami, ale niekoniecznie zaznajomieni z materią. Ja raz w życiu przekładałem książkę motoryzacyjną i podszedłem do tego z ogromną obawą. Co prawda była to rzecz napisana przez muzyka, Briana Johnsona z AC/DC, ale pamiętam, że wciąż konsultowałem się ze znawcami, aby nie posadzić żadnego babola. A jeśli chodzi o tytuł „Ciągle w drodze”, to miałem już gotowy, bo to zarazem tytuł jednej z piosenek Dylana, który właśnie tak kiedyś przetłumaczyłem.

Rozmawiając o Dylanie i literaturze, warto wspomnieć o nagrodzie Nobla, którą został uhonorowany. Kiedy to się stało, pojawiło się sporo głosów, że być może Akademia chciała podjąć mniej przewidywalną decyzję, wykonać gest w stronę innego środowiska. Jak pan się na to zapatrywał?

Wiedziałem od kilku lat, że nazwisko Dylana kursuje po korytarzach Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk, ale pozostawałem sceptyczny. Rok wcześniej Nobel dla Swiatłany Aleksijewicz pokazał jednak, że komitet jest zdolny do wyjścia poza akademicką literaturę. Owego wieczoru 13 października 2016 roku i przez kolejne dni udzieliłem sporo wywiadów jako jeden z dyżurnych komentatorów i mówiłem, że tak naprawdę jest to spóźniony Nobel dla Homera. W końcu literatura zaczęła się od pieśni wędrownej, a Dylan zdecydowanie do tego nurtu należy. Moim zdaniem był to pewien ukłon w stronę tradycji wcześniej pomijanej. Kto wie, może w przyszłości na Nobla zasłuży komiks, graffiti albo aforystyka? To wszystko może jeszcze czekać nas albo nasze dzieci.

Zapytam jeszcze o pana plany odnośnie przekładów kolejnych książek okołomuzycznych.

Z wydawnictwem Kosmos Komos mamy sporo pomysłów. Jeden się krystalizuje – nie mogę na razie głośno o nim mówić, ale byłaby to publikacja na temat muzyki jazzowej i to takiej z najwyższej półki. Chodzi o rzecz o artyście będącym jednym z fundamentów współczesnego jazzu. Mogę jeszcze zdradzić tyle, że zbliża się ona do dziennikarstwa, jakie lubię, a więc obok warstwy biograficznej przedstawia warstwę kontekstową poświęconą inspiracjom i spuściźnie bohatera.

Poza tym wciąż pojawiają się pomysły dotyczące różnej muzyki – hip hopu, krautrocka, muzyki poważnej. Wspomniany Clinton Heylin napisał bardzo sprytną książkę o rynku bootlegów muzycznych. Myślałem też o czymś na temat Cheta Bakera albo o autobiografii Johna Lydona… Jest wiele postaci, które bardzo mocno odcisnęły się na współczesnej kulturze, ale nie są na tyle popularne w Polsce, by móc inwestować w książki na ich temat. A jednak można znacznie pożyteczniej pokierować swoją pasją czytelniczą, jeśli zamiast piętnastego opracowania na temat Pink Floyd sięgnie się na przykład po biografię Joni Mitchell. Ja ogólnie mógłbym nie wychodzić z tej szuflady muzycznej, bo jest w niej kolosalna ilość ciekawych pozycji. Ale cóż, książki ogólnie stają się luksusem dla coraz wątlejszej garstki rodaczek i rodaków.

A czy jest szansa, że wróci pan do tłumaczenia prozy i poezji hiszpańskojęzycznej? Na tym polu ma pan duże zasługi.

Niedawno zdałem sobie sprawę, że od 2005 roku nie przełożyłem żadnej powieści i zacząłem do tego tęsknić. Wiem jednak, że jest mnóstwo świetnych tłumaczek i tłumaczy młodszych ode mnie. Ja mam 64 lata i nie mam już kontaktu z pewnym językiem, zwłaszcza potocznym. Niemniej nie znaczy to, że nie ma książek dobrych do tłumaczenia dla mnie. Z hiszpańskiego przekładam ostatnio wiersze, na razie do szuflady, a raczej na dysk komputera. Być może kiedyś powstanie z tego książka, jaką sobie wymarzyłem – wybór poezji czworga autorów z czterech różnych epok: średniowiecza, złotego wieku XVII, początku wieku XX i początku obecnego stulecia. Jakiś czas temu otrzymałem też propozycję tłumaczenia pewnej hiszpańskiej książki, na którą zasadzałem się już wiele lat temu, ale wtedy jej niedoszły wydawca był trochę oporny. Mowa o powieści Artura Péreza-Revertego, którego już sporo przełożyłem. Przez długie lata projekt leżał odłogiem, teraz zupełnie inne wydawnictwo wyszło z inicjatywą, a ja zareagowałem na nią z dziką rozkoszą. Mam nadzieję, że w przyszłym roku się tym zajmę. A jeśli nie… to będę szukać czegoś innego. Chciałbym jeszcze przetłumaczyć dwie powieści meksykańskie i wznowić jedną, która przepadła zupełnie niezasłużenie. Wspólnie tworzą trylogię, chociaż nie łączy ich nic poza zasadniczym problemem postawionym przez autora – uwikłań nauki w historię polityczną XX wieku. Mam nadzieję, że ostatniego słowa nadal nie powiedziałem, nie przełożyłem ani nie napisałem.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. (1) archiwum Filipa Łobodzińskiego, William Claxton, (2) Kosmos Kosmos


Tematy: , , , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady