Nie ma dla nas tematów nie do pokonania – wywiad z Beatą i Eugeniuszem Dębskimi o książce „Siódmy koci żywot”

10 czerwca 2023

Z Beatą i Eugeniuszem Dębskimi, autorami serii o Tomaszu Winklerze, rozmawiamy o najnowszej komedii kryminalnej „Siódmy koci żywot”, pisaniu z kociej pespektywy, importowanych przestępcach i polskim rynku kryminałów.

Mariusz Wojteczek: W kontekście waszej ostatniej powieści odpowiedź zdaje się być oczywista, ale niech dla formalności wybrzmi: jesteście team koty czy team psy?

Beata Dębska: My jesteśmy „animals team”. Cała fauna nas cieszy. No, może oprócz komarów. Mieszkamy z dwoma kotami i psem, ale mamy zaprzyjaźnione sroki, jeże, wiewiórki i prawie mieszkającą z nami wronę, a raczej wrona – Ksawerego. Nie zabijamy pająków, a myszy odwiedzające nas w domku letniskowym wynosimy w żywołapkach, dając im wałówę na drogę, ale one i tak wracają, a my znów wynosimy, a one znów wracają…

Komedia kryminalna „Siódmy koci żywot” to pewna odskocznia od tego, co prezentujecie w serii o Winklerze, żeby przypomnieć choćby ponury „Szwedzki kryminał”. Potrzebowaliście odpoczynku? Zmiany tonacji na lżejszą?

Eugeniusz Dębski: Chyba raczej jest to wyraz naszej troski o czytelnika. Nie może się nudzić za własne pieniądze. No i ta gra autor-czytelnik, rodzaj współzawodnictwa. Czy czytelnik odgadnie? Czy się zmartwi, czy ziewnie, czy szeroko otworzy oczy, czy powie: „Ja cię!!”? Czy puści łezkę wzruszenia, czy uśmieje się do łez?

Dlatego staramy się zaskakiwać, raz noir, raz à la polacca, innym razem krwawo, a jeszcze innym pouczająco… Zależy nam, żeby czytanie naszych powieści to nie była KOTorga tylko PSIjemność.

Skąd pomysł, by kotkę uczynić nie tylko jedną z głównych bohaterek powieści, ale też niejako jedną ze śledczych w toczącej się sprawie?

Eugeniusz: Pomysły, najczęściej, rodzą się same. Pyk – jest! Ale autor, chce tego czy nie, sam szuka, rozgląda się, wpatruje, wypatruje, obserwuje. I oto jest kot. Kot siedzi na kuchennym blacie i leciutko potrąca puszeczkę z suszonym kurczakiem. Przesuwa centymetr, dwa, cztery… Wiadomo, jak to się skończy. Ale po co to robi, żeby pohałasować? Wystraszyć człowieka? Nie. On widzi, że człowiek widzi, a i tak strąci. Zaczynamy myśleć. Pewnie chciał coś powiedzieć, ale co i po co? A jakby to było, jakby naprawdę chciał coś powiedzieć, podpowiedzieć, powspółpracować? A jakby taki kot widział, że jeden człowiek zabił drugiego i zaczęłoby mu zależeć, żeby tego drania ukarać? Tak trochę sKOTłować? Hę? I tak dalej…

Czy „wcielanie się” w kota w trakcie procesu twórczego było trudne? Mieliście momenty zwątpienia? Myśli: „tego nie da się w ten sposób napisać”?

Eugeniusz: Nie da się? Wszystko da się. Nie ma dla nas tematów nie do pokonania. Oczywiście, może ktoś parsknął śmiechem i popukał się w czoło, ale przecież kryminał to taka umowa: my piszemy, że coś, a czytelnik wierzy, że tak. Jeśli napiszemy źle, to nie uwierzy, że pomagała w śledztwie sąsiadka czy gość z ABW. Poza tym z tą kotką prowadzącą śledztwo to taka umowa, taki podtekst, myślenie życzeniowe. Trochę taka iluzja, a może nie tylko, że te zwierzaki nas rozumieją, współdziałają, pomagają. Jak nam smutno, tulimy się do sierściucha, rozmawiamy z nim, uczłowieczamy. Nasza Sheila nie jest gadającym kotem w butach.

Na ile śledztwo oraz cała fabuła były przez was dostosowywane do nietypowej, kociej bohaterki?

Beata: Tak, dostosowanie musiało mieć miejsce. Nie mogliśmy ulokować Szelki na szóstym piętrze, żeby sobie swobodnie wchodziła i wychodziła z domu. Nie mogliśmy schować laptopa w szufladzie, każąc kotu ją otworzyć, włączyć komp i pokazać rozkład jazdy, na przykład. Ale można było kazać jej ocierać się o tablet, a reszta była iskrą porozumienia i zrozumienia. Można było… Hej, stop! Nie możemy dużo zdradzać!

Czy Sheila ma szanse powrócić w kolejnej książce? Czy może to była tylko jednorazowa przygoda i nie planujecie jej kolejnych występów?

Beata: Jeśli będzie przyjęta dobrze albo entuzjastycznie – pomyślimy, wiadomo. Jeśli nie – zarzucimy chybiony pomysł. Decydują o tym czytelnicy no i muza, a czasem kocia muzyka. Już mamy prośby o więcej Shelili, a także takie, że czemu nie pies? Z psem to trochę było, „Komisarz Alex”, pies Szarik, pies Cywil… Koty się nie pchają na afisz.

Nie zdradzając za wiele, znów w waszej historii pojawia się „międzynarodowe towarzystwo”. Polska jest za ciasna? Za mało mamy u nas przestępców, by szukać importowanych?

Beata: Rozbawiła nas kiedyś przeczytana w prasie historia pewnej bałkańskiej grupy przestępczej. Policjant przeszukujący podejrzany dom znalazł w łazience, w pudełku z kremem pierścionek z błękitnym diamentem. Zabawne było to, że w podobnej sytuacji znalazł się inspektor Clouseau z serii komediowych filmów. Dziennikarze szybko to podchwycili i złodzieje nazwani zostali „Pink panters”. Sprawcami byli bardzo dobrze ubrani, młodzi mężczyźni z Czarnogóry, Kosowa i Serbii. W ciągu sześciu lat dokonali 380 napadów z bronią na sklepy jubilerskie na całym świecie. Ich kradzieże szacuje się na trzysta kilkadziesiąt milionów euro. Od tej pory chodził nam po głowie jakiś bałkański wątek. Mamy taki KOTalog pomysłów i ten nam właśnie przyszedł do głowy.

Jeśli chodzi o miejsca akcji, zawsze opisujecie je, starannie określając topografię. Czy wiernie odwzorowujecie prawdziwe miejsca? A może naginacie rzeczywistość na potrzeby fabuły?

Eugeniusz: Naginamy, nie da się ukryć. Zabójstwo w „Siódmym kocim żywocie” ma miejsce na ulicy Grochowej chyba 22a. Nie ma takiego numeru. Uznaliśmy, że mieszkańcy Grochowej 22 mogliby się poczuć znieważeni zamordowaniem spokojnego Serba w ich budynku. Dlatego dodaliśmy jeden i w nim dokonaliśmy zabójstwa. Kiedyś potrzebny był kiosk, żeby Winkler mógł pogadać sobie z panią kioskową – proszę bardzo! Jest kiosk. I tak dalej. Oczywiście wieży Eiffla do Wrocławia nie przeniesiemy, ale drobne wrzutki są.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Beata i EuGeniusz Dębscy (@eb_debscy)

Polska kryminałem stoi – to niejako pewnik, zważywszy na to, ile powieści z tego gatunku pojawia się rokrocznie na rynku. Wolicie klasyczny kryminał czy jego bardziej drastyczną, współczesną odmianę, a może właśnie komedię kryminalną jak „Siódmy koci żywot”?

Beata: Wolimy dobry. Nie ma znaczenia, czy to będzie thriller, kryminał noir, zabawna krwawa opowiastka. Kryterium jakości decyduje. Musi wciągnąć, pochłonąć czy to na wesoło, czy na straszno, ale nie może pozostawić obojętnym. Taki twór odkładamy. Dokładnie tak samo postępujemy z filmami SF – marne kiszą się na platformie, dobre – oglądamy. To samo dotyczy westernów, jak kiepski, to niech się rżną i strzelają, bez nas. Natomiast komedię uważamy za bardzo trudny gatunek, bo pisząc, serwujemy czytelnikowi nasze poczucie humoru i jak nie trafimy w gust, to porażka i KOTastrofa!

Co jakiś czas powraca temat nadmiernego epatowania przemocą w kryminałach. Wy raczej od tego stronicie. Choć kryminał opiera się na zbrodni, to jednak udaje się wam zachować umiar w serwowaniu drastycznych szczegółów. Gdzie według was leży granica literackiej ekspresji w tym względzie?

Eugeniusz: Chyba nie da się określić takiej granicy. Bo jak? Trzy trupy to dobrze, a czwarty to przesada? Taki Czikatiło, naczelny radziecki dewiant i kanibal, zabił około 100 osób, a połowę – częściowo – zjadł. Czyli – można? Czytam Bena Creeda kryminał z powojennego Leningradu, zaczyna się od znalezienia na torach kolejowych kompozycji z pięciu ciał, różnie zabitych i okaleczonych ludzi, ale ułożonych w odpowiednim jakimś zboczonym układzie. No i pytanie: czy pięć to nie za dużo? No nie, tyle było potrzebnych do fabuły i pointy. Ale! Ale może być tak, że mało udolna autorka czy autor braki w fabule i umiejętności pisania maskuje kretyńskimi pomysłami z folderu „niepotrzebna makabra”. Takie numery to nie dla nas. Można potworną zbrodnię opisać w sześciu zdaniach, można na sześciu stronach. Niby – co kto woli, ale my wolimy sześć celnych kopów w psyche niż rozsmarowywanie krwi po ścianach, wieszanie jelit na żyrandolach i rzeźbienie w zamrożonym mózgu. Nawet czołowy psychol i prawdziwy geniusz zbrodni, Hannibal Lecter, gdy je małpi mózg, to w tym momencie ważny jest towarzyszący temu monolog, nie wykrawanie, za przeproszeniem, fałd mózgowych i przeżuwanie ich. Dlatego jeśli na okładce widzimy „Przerażająca zbrodnia! Większość czytelników nie dała rady przeczytać tej powieści!”, to my tego nie kupujemy!

Wracając do pisania i tematów okołopisarskich, lubicie spotkania autorskie, targi, festiwale i tym podobne wydarzenia?

Beata: Tak. Zdecydowanie. Jeden problem: pytania lubią się powtarzać. A my nie chcemy odpowiadać tak samo i opowiadać to samo. Koszmarny sen: odpowiadam, a z drugiego rzędu leci lekceważące i porażające „Już to słyszałem!”. Ale jak odpowiedzieć inaczej na pytanie, jak my piszemy te swoje powieści? Musimy przynajmniej innymi słowami. No i teraz wysiłek: opowiedz to samo, ale inaczej. Piąty, siódmy, dwunasty raz… Staramy się, ale czy nam to wychodzi – oceniają słuchacze.

Jak podchodzicie do udziału w promocji swoich książek? Zwykło się myśleć, że pisanie jest zajęciem dla samotników. Ale w dzisiejszych czasach rynek pokazuje, że obecność „publiczna” daje autorowi większą szansę na dotarcie do odbiorcy. Z drugiej strony, taki Cormac McCarthy stroni i od dziennikarzy, i od czytelników…

Eugeniusz: A z trzeciej strony – jak się jest McCarthym, z jego sławą, można sobie pozwolić na spokojne pisanie w odosobnieniu i ciszy. My nie osiągnęliśmy jeszcze tych wyżyn fejmu, żeby pozwalać sobie na dwa wywiady rocznie i spotkanie po odbiorze kolejnej nagrody. A z kolejnej, czwartej już, strony spotkania i wywiady mogą być i bywają inspirujące, albo naprowadzające: „A nie możecie napisać kryminału z papugą?”.

Gdzie będzie można was spotkać w drugiej połowie roku? Macie już plany na kolejną książkę?

Beata: Druga połowa roku okryta jest całunem niewiedzy. My jeszcze nie wiemy co i kiedy. Sądzimy, że jesienią pojawi się piąta część cyklu z Winklerem w klasycznym wydaniu. Z psami, które już znamy, z Kropką i Zgagą, z nowymi postaciami, nowym przestępstwem, nową pointą. Nie zdradzimy, co zwycięży, dobro czy zło, ale znający nas czytelnik może mieć pewne podejrzenia… A jaki rumor będzie wydaniu towarzyszył? Kto to wie…

Rozmawiał: Mariusz Wojteczek


Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady