banner ad

Polska premiera ekranizacji „Tulipanowej gorączki” Deborah Moggach

8 września 2017


W piątek 8 września do polskich kin wchodzi film „Tulipanowa gorączka” będący ekranizacją powieści Deborah Moggach. W obrazie wyreżyserowanym przez Justina Chadwicka zobaczymy m.in. Alicię Vikander, Dane’a DeHaana i Christopha Waltza.

Akcja „Tulipanowej gorączki” dzieje się w Amsterdamie w 1637 roku. Urodziwa Sophia (w tej roli Alicia Vikander) zostaje wydana za mąż za majętnego kupca (Christoph Waltz). Choć nie odwzajemnia jego uczucia, gotowa jest spełnić pragnienia małżonka i dać mu potomstwo. Dumny Cornelis zamawia u znanego malarza, Jana (Dane DeHaan) portret, na którym chce zostać uwieczniony z ukochaną. Nie dostrzega, że między piękną Sophią i młodym artystą rodzi się uczucie. Wraz z rozkwitem miłości, na parę pada cień podejrzeń, a tajemnica zaczyna nieść ze sobą coraz większe ryzyko. Kochankowie obmyślają zwodniczy plan, który pozwoli im rozpocząć nowe życie. Ich pragnienia doprowadzą do porywającego i niespodziewanego zakończenia.

Prawdy i mity na temat tulipanowej gorączki

Historia rozgrywa się w trakcie tzw. tulipomanii czy tulipanomanii, jak określano zjawisko, które miało mieć miejsce w Holandii, zwłaszcza w latach 1636-1637, kiedy odnotowano gigantyczny wzrost cen cebulek tulipanów, związany z wielką modą na te kwiaty. Tulipan w naturalnych warunkach rośnie w Europie Południowej i Afryce Północnej. Był kwiatem Wschodu, Turcji, krajów Lewantu i Iranu. Do Europy tulipany trafiły z terytorium Imperium Osmańskiego w XVI wieku. Coraz większą popularność kwiaty te zdobywały zwłaszcza w Zjednoczonych Prowincjach Niderlandzkich, co miało związek z rozkwitem gospodarczym Niderlandów. Udało się tam wyhodować odmiany znoszące zimniejszy klimat. Bogaci kupcy i arystokracja zaczęli konkurować ze sobą o to, kto będzie posiadał najrzadsze odmiany tulipanów.

Nieoczekiwanie niderlandzkie tulipany zostały zaatakowane przez wirusa pstrości, co spowodowało, że płatki tulipana przybierały niespotykane wcześniej kształty o brzegach postrzępionych i pofałdowanych. Wówczas nie znano przyczyny tego zjawiska, wiedziano jednak, że nie jest przekazywane przez nasiona, a jedynie przez cebulki, z pewną nieprzewidywalnością. Ponieważ jest to objaw choroby, zarażone okazy często marniały, co było kolejnym elementem ryzyka. Ta anomalia ogrodnicza stała się przyczyną rozwoju niderlandzkiej „gorączki tulipanowej”. Kwiaty stały się niebawem symbolem luksusu i pozycji społecznej. W 1623 pojedyncza cebulka najbardziej poszukiwanych odmian osiągała ponoć cenę nawet 1 tysiąca guldenów (średni roczny dochód w Niderlandach wynosił wtedy ok. 150 guldenów). Najwyższą cenę zyskała słynna cebulka Semper Augustus, która została kupiona za 6 tysięcy guldenów.

W latach 30. XVII wieku tulipanami handlowano na giełdach holenderskich miast. Niebawem zaczęły się spekulacje na rynku tulipanów. Dochodziło do sytuacji, w których sprzedawano już posadzone tulipany albo te, które zamierzano posadzić (proceder ten nazwano „handlem wiatrem”). W 1637 doszło do załamania rynku, co było spowodowane zbyt wygórowanymi cenami. Drugim ważnym czynnikiem, który przyczynił się do krachu, było niewywiązywanie się kontrahentów z zobowiązań wynikających z kontraktów gwarantujących zakup cebulek po określonych cenach w przyszłości. Zapanowała panika, w wyniku której wielu ludzi stało się ponoć bankrutami. W najgorszej sytuacji byli ci, którzy na zakup tulipanów pozaciągali kredyty, a w wyniku krachu stali się niewypłacalni. Z tego też względu określenie tulipomania bywa niekiedy używane przez ekonomistów do określenia nagłej „gorączki” zakupowej lub „bańki spekulacyjnej”.

W 2007 roku Anne Goldgar w swej monografii „Tulipmania” wykazała na podstawie wieloletnich badań źródłowych, że owa „tulipanowa gorączka” była w ogromnej mierze mitem powstałym w XIX wieku. Zjawisko wcale nie było powszechne, a ceny cebulek – obiektywnie wysokie. Nie wystąpiła też spektakularna fala bankructw spowodowanych bańką spekulacyjną. W holenderskich archiwach znajdują się co prawda kontrakty przedwstępne na ogromne kwoty, jednak rzadko kiedy były one realizowane, a ? co ważne ? umowy takie nie obejmowały ogółu obywateli, lecz dotyczyły wąskiego grona ogrodników i podążających za modą bogatych patrycjuszy. A choć 1000 guldenów wydane na rzadką odmianę tulipana jest wydatkiem sporym, to i tak w niczym nie dorównuje innym „zbytkom” ówczesnych bogaczy idącym w dziesiątki i setki tysięcy. Przeciętna cena okazu wynosiła zresztą od 35 do 150 guldenów za sztukę, a jedynie sporadycznie powyżej tysiąca.

Dla dziewiętnastowiecznych historyków, nieznających ówczesnych realiów i powielających utarte, niesprawdzone przekonania, holenderski handel cebulkami tulipanów urósł do rangi psychozy społecznej i szaleństwa, a ów atrakcyjny temat szybko podjęli literaci. Wymienić trzeba choćby „Czarnego tulipana” Aleksandra Dumasa-ojca (1850), „L?Amiral” – sztukę Jacquesa Normanda (1880), czy – z dzieł współczesnych – „Tulipanowy wirus” Daniëlle Hermans i „Tulipanową gorączkę” Deborah Moggach.

Z powieści na ekran

Deborah Moggach tak opowiada o genezie swej książki: „Dwadzieścia lat temu poszłam na aukcję do Christie’s i kupiłam holenderski obraz z lat 30. siedemnastego wieku, który mnie zafascynował. Przedstawia młodą damę, która szykuje się do wyjścia, może do wyjazdu. Służąca przynosi jej naszyjnik z pereł, a służący kieliszek wina. Kobieta patrzy na widza z enigmatycznym wyrazem twarzy. Stało się coś złego, czy ona zamierza wyjść i nie wrócić? ? myślałam, wpatrując się w obraz. I z tego wpatrywania się powstała w końcu powieść. W tym czasie moim partnerem był malarz, który zilustrował moją książkę w stylu Vermeera. Dom, który kupiłam dla nas dwojga, urządziliśmy w stylu holenderskim, kominek był skopiowany z jednego z obrazów z epoki. Związek się zakończył, ale było to bardzo romantyczne. Pisałam powieść, gdy byłam zakochana nie tylko w mężczyźnie, ale i w malarstwie holenderskim z tego niezwykłego okresu, gdy przestało dominować malarstwo religijne, a zanim nastał barok. Te obrazy pokazujące ciche, domowe życie, mają wielką dramatyczną moc. Są jak zatrzymane kluczowe kadry z filmów. A oglądając je, czujemy się, jakbyśmy się znaleźli w środku cichego konfliktu”.

Deborah Moggach i okładka polskiego wydania „Tulipanowej gorączki”.

Doświadczona brytyjska producentka Alison Owen (m.in. „Ratując pana Banksa”, „Zanim się pojawiłeś”) zakupiła prawa do ekranizacji powieści Deborah Moggach jeszcze przed jej publikacją. „Studiowałam noworoczne zapowiedzi wydawnicze i znalazłam w nich książkę Moggach, z przewidzianą publikacją na maj. Po lekturze poczułam, jakby ktoś odgadł moje życzenia. Oto romans w realiach Amsterdamu, w interesującej mnie epoce. Gdy skończyłam czytać, miałam wrażenie, jakbym odkryła Beatlesów ? to wspaniała opowieść, akcja nakreślona z wielką precyzją, mamy też intrygujące postaci bohaterów i klimat epoki” – mówi producentka. Nie minęło nawet 48 godzin, a wieść o zakupie rozeszła się po filmowym światku i Owen dostała propozycje współpracy od takich tuzów, jak Steven Spielberg, Ridley Scott czy Harvey Weinstein. Ale życie nie jest usłane różami. Okazało się, że kolejne próby przeniesienia powieści na ekran rozbiły się o kwestie finansowe i prawne. W 2004 roku produkcję z Keirą Knightley i Judem Law w rolach głównych w reżyserii Johna Maddena w ostatniej chwili wstrzymano ze względu na zmiany w opodatkowaniu produkcji filmowych w Wielkiej Brytanii. Dopiero w 2013 roku udało się ponownie ożywić projekt. „Byłam dość załamana, gdy okazało się, że nie uda nam się za pierwszym razem zrealizować filmu, bo byłam przekonana, że ta opowieść doskonale współgra z duchem czasu. Ale po piętnastu latach ta aktualność stała się jeszcze bardziej dojmująca. Wtedy mieliśmy do czynienia z recesją, obecnie z jej oddalonymi w czasie globalnymi skutkami” – wspomina Alison Owen. Ostatecznie produkcja filmu rozpoczęła się w maju 2014 roku.

Owen doskonale zdawała sobie sprawę, na jak wielkie trudności może napotkać adaptacja powieści. „Jest to utwór wielowymiarowy” ? tłumaczyła. „Kondensacja była naprawdę trudna. To rzecz o miłości, pożądaniu, namiętności, ujęta metaforycznie. Najcenniejszymi tulipanami były te nietypowe ze względu na ich chorobę. Piękno nosiło w sobie zarodek zgnilizny i śmierci. To rzecz jasna symbolicznie koresponduje z tematem cudzołożnej miłości, która zagrożona jest ujawnieniem, co może spowodować katastrofę. Bardzo podobało mi się w powieści Deborah, że każdą postać można zrozumieć, a nawet pokochać. W powieści łatwiej spowodować taki efekt: narracja zmienia się, jest prowadzona z punktu widzenia głównych postaci. W filmie o wiele trudniej zachować taką równowagę. Przypominało to budowanie domku z kart, który w każdej chwili może się zawalić”.

Tego delikatnego zadania podjął się Tom Stoppard, wybitny dramaturg („Rosenkrantz i Guildenstern nie żyją”) i doświadczony scenarzysta („Brazil”, „Billy Bathgate”). Zaś stanowisko reżyserskie powierzono Justinowi Chadwickowi („Samotnia”, „Pierwszoklasista”). „Szczerze mówiąc, niezbyt miałem ochotę wracać do kina kostiumowego, szukałem raczej bardziej współczesnego tematu, ale okazało się, że to był jak najbardziej współczesny temat. W dodatku był to romantyczny thriller, bardzo wciągający. Zacząłem więc myśleć nad tym, jak nakręcić film kostiumowy wymykający się pułapkom konwencji. I ukazać parę młodych ludzi, wpadających na szalony pomysł, w sposób jak najbardziej wciągający dla widowni” – wspomina reżyser.

Jakie pomysły miał Chadwick na przełamanie schematów kina kostiumowego? „Chciałem wrzucić publiczność w środek dynamicznej akcji. To nie jest rodzaj statycznego widowiska, gdzie celebruje się scenografię i kostiumy. To była przecież epoka gwałtownych zmian, ekonomicznych i społecznych. Ziemia okazała się okrągła, kwitnął handel, pieniądz zaczął odgrywać wielką rolę. Formował się nowoczesny system klasowy, a niektórzy ludzie zaczęli podważać istnienie Boga. Opowiadamy o ówczesnej klasie średniej i ludziach pracy. I przede wszystkim o sile pieniądza” – opowiada Chadwick.

Reżyser dobrze znał poprzednie role Alicii Vikander („Światło między oceanami”, „Dziewczyna z portretu”) i właśnie dlatego uważał, że będzie idealna do roli Sophii. Rolę młodego malarza, Jana Van Loosa, otrzymał Dane DeHaan („Valerian i Miasto Tysiąca Planet”, „Na śmierć i życie”). By zagrać przekonująco artystę, aktor pobierał lekcje malowania od uznanego portrecisty Jima Routleya, którego prace wystawiano m.in. w National Portrait Gallery, i który stworzył obrazy pokazane w filmie.

Czytelników książki może zaskoczyć zatrudnienie Christopha Waltza („Bękarty wojny”, „Tarzan: Legenda”) do roli Cornelisa. „W powieści jest sporo starszy, scenariusz zawierał podobne wskazówki. Ja pomyślałem jednak, że ciekawie będzie nieco go odmłodzić” – mówi reżyser. „To bogaty kupiec, który sam zdobył swą fortunę, człowiek pełen sił witalnych ? uważałem, że takie postawienie sprawy całą sytuację skomplikuje. Jestem przekonany, że część widowni może się z nim identyfikować. To nie jest trzęsący się starzec, lecz ktoś pewny swej siły i władzy. Obsadzenie Christopha zwiększyło napięcie i poczucie zagrożenia, a jednocześnie wyjaśniało ciepłe uczucia Sophii do Cornelisa. Takie obsadzenie głównych ról sugeruje, że to nie będzie typowe brytyjskie widowisko kostiumowe”.

Deborah Moggach, autorka powieściowego pierwowzoru, w pełni zaakceptowała taką, poważną w końcu, zmianę. „Zatrudnienie Christopha dodało nowego wymiaru tej opowieści. Jest młodszy i bardziej atrakcyjny niż się spodziewałam, w ten sposób małżeństwo Cornelisa i Sophii nabrało nowego wymiaru. To nie jest człowiek, który się martwi o swoje interesy i cenne cebulki tulipanów. Na jego twarzy jest też wypisany smutek po utracie poprzedniej żony”.

W filmie wystąpili również Zach Galifianakis („Birdman”), Judi Dench („Osobliwy dom Pani Peregrine”, „Morderstwo w Orient Expressie”), Cara Delevingne („Valerian i Miasto Tysiąca Planet”), Joanna Scanlan („Bridget Jones 3”), Jack O’Connell („Niezłomny”) i Toma Hollander („Nocny recepcjonista”).

„Naszym założeniem było, by widz nie czuł się jak w dekoracji, by miał wrażenie, że zanurza się w dawnej rzeczywistości, ze współczesną naturalnością i swobodą” ? deklaruje Chadwick. „Chcieliśmy pokazać realny świat, którego zapach niemal można poczuć, a kamera towarzysząca bohaterom może się w każdej chwili obrócić o 360 stopni. Nie jest to łatwe, bo trudno przecież znaleźć fragmenty ulic, które by przypominały te siedemnastowieczne”.

O tym, czy twórcom filmu udało się zrealizować swoje zamierzenia, możecie przekonać się już od piątku 8 września. Przed wyprawą do kina zobaczcie zwiastun „Tulipanowej gorączki” w reżyserii Justina Chadwicka:

na podst.: Forum Film Poland, Piotr Oczko „Tulipanowa gorączka – choroba, której tak naprawdę nie było” lazienki-krolewskie.pl, Wikipedia

Tagi: , , , ,

Kategoria: film