banner ad

Zbiorowa wina Słoweńców – wywiad z Mihą Mazzinim, autorem „Wymazanej”

28 kwietnia 2021

O zbiorowym narodowym poczuciu winy, czarnej karcie w historii Słowenii, wydarzeniach, z których nikt nie wyszedł w pełni czysty, i o tym, jak pisarz przeobraża się w scenarzystę, rozmawiamy z Mihą Mazzinim, autorem „Wymazanej”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Wyszukanego.

Karolina Chymkowska: W jaki sposób dowiedział się pan o kwestii „wymazywania” obywateli po ogłoszeniu niepodległości Słowenii? Dlaczego to niewątpliwe naruszenie praw człowieka nie jest znane i dyskutowane na większą skalę?

Miha Mazzini: Stało się to w 1992 roku, w mediach pojawiła się wzmianka, że rząd zmienia prawo imigracyjne. W związku z trwającą wojną w byłej Jugosławii to nie było coś, co wzbudziłoby większe zainteresowanie. Jeśli urodziłeś się w jednej z republik, które kiedyś tworzyły Jugosławię (Chorwacja, Serbia…), i nie złożyłeś specjalnego wniosku o obywatelstwo, rząd całkowicie cię skreślał – nie tylko traciłeś obywatelstwo, ale także ubezpieczenie społeczne, pozwolenie na pracę i tym podobne. Wśród takich osób byli ludzie, którzy po prostu urodzili się gdzie indziej, bo tam pracowali ich rodzice, ale całe życie spędzili w Słowenii i na pewno nie czuli się obcokrajowcami – mogli nawet słyszeć o tym nowym prawie, ale nie myśleli, że ich dotyczy.

W przypadku takich „nowo wymazanych” nic się nie wydarzyło, dopóki nie spotkali jakiegoś urzędnika. Jeśli policja zatrzymała ich za przekroczenie prędkości, mogli zostać deportowani. Jeśli poszli odnowić swoje dokumenty, urzędnik przecinał te stare i kazał ludziom wracać do swoich krajów, nawet jeśli nigdy tam nie mieszkali.

Wszyscy „wymazani” sądzili z początku, że to ich wina. Działo się to przed erą internetu, więc nie mieli łatwego sposobu na wymianę doświadczeń i uświadomienie sobie, że rzecz nie dotyczy tylko ich, ale jest to masowe i celowe działanie. Dlatego nam, osobom, których to bezpośrednio nie dotknęło, zajęło kilka lat, by się o całej sprawie dowiedzieć.

Większość obserwatorów jest dziś przekonana, że nie mieliśmy do czynienia z żadnym błędem administracyjnym, że było to celowe, dobrze przemyślane działanie godzące w niepożądaną część społeczeństwa. Co pan uważa na ten temat?

To nie był błąd. Nie uchodził nawet za taki. To było działanie z premedytacją – co jest faktem, nie opinią.

Podczas jednego z wywiadów powiedział pan, że zwracał się do różnych ludzi z prośbą o podzielenie się swoimi doświadczeniami, jednak nikt nie chciał na ten temat rozmawiać. Czy coś się zmieniło od 2014 roku, kiedy książka po raz pierwszy została opublikowana w Słowenii? Czy pokrzywdzeni zaczęli mówić o sprawie głośno i jeśli tak – czy pańska powieść się do tego przyczyniła?

Nie. Poniosłem porażkę. Książka jest popularna, ale milczenie pozostaje niezmienne. Kilka lat później nakręciliśmy film, wielu ludzi go obejrzało i to również niczego nie zmieniło. Słowenia to bardzo mały kraj, mieszkańcy nie są zbyt mobilni. Większość z nich spędza całe życie w jednym miejscu, z tymi samymi sąsiadami. Trzeba zatem bardzo liczyć się z każdym słowem.

Prawicowy rząd podpisał „wymazanie”, ale po kilku miesiącach do władzy doszła lewica, która spokojnie prowadziła sprawę dalej. Nie ma żadnej siły politycznej, która wyszłaby z tego czysta. Odbyło się nawet referendum w sprawie przywrócenia „wymazanym” ich praw obywatelskich i ludzie głosowali przeciwko – cała sprawa wyczerpuje znamiona zbiorowej winy Słoweńców.

Pańska główna bohaterka staje się wojowniczką, szuka sposobów na dotarcie do opinii publicznej i poinformowanie jej o sprawie. Czy miała swój odpowiednik w prawdziwym życiu, kogoś, kto faktycznie próbował walczyć czy zainteresować media?

Aleksandar Todorović był osobą, która otwarcie mówiła o całej sprawie. Nikt go jednak nie słuchał, więc rozpoczął strajk głodowy przed wejściem do zoo w Lublanie (!). W 2002 roku powołał prywatną inicjatywę na rzecz „wymazanych” i dzięki temu zyskali przynajmniej odrobinę zainteresowania w mediach. Niemniej nic się specjalnie nie zmieniło.

Aleksandar Todorović popełnił samobójstwo w 2014 roku.

Jest pan autorem scenariusza i współreżyserem filmu „Wymazana” na podstawie własnej książki. Jako powieściopisarz i twórca filmowy jakie znajduje pan podobieństwa i różnice w obu tych formach ekspresji?

Dla scenarzysty najlepszym źródłem są dzieła martwego pisarza. Adaptacja własnej powieści to trudna sprawa, ponieważ musisz wysłać pisarza na wakacje, a kontrolę przekazać scenarzyście. Film to sztuka wizualna, nie ma wewnętrznego, niedostrzegalnego dla nas życia bohaterów. I ostatecznie wszystko zawsze sprowadza się do budżetu. Kiedy czytaliśmy scenariusz podczas spotkania z producentem, zatrzymaliśmy się na zdaniu: „szli i rozmawiali”. Producent zapytał, gdzie to się dzieje. Na głównej ulicy czy gdzieś w bocznej uliczce? „A co za różnica?” – zapytałem. „Cóż, główne ulice są znacznie droższe do wynajęcia i filmowania” – odpowiedział. „A co z parkami?” – drążyłem dalej. „Te są za darmo”. Wiele moich filmów rozgrywa się w parkach.

W wielu recenzjach czytelników przewija się zachwyt nad tym, jak drobiazgowo i celnie ukazał pan uczucia i lęki młodej matki. Czy wymagało to od pana szczególnego wysiłku?

Cóż, byłem matką dla moich córek, może to okazało się pomocne. Poza tym w tego typu przypadkach umieszczam wpis na Facebooku, rozpoczynający się od słów „pisarz potrzebuje pomocy z…”. Dostałem odpowiedzi od wielu młodych matek.

Jaka jest pańska opinia na temat współczesnej tendencji do całkowitego obnażania prywatności za pośrednictwem mediów społecznościowych? Czy sprzedajemy w ten sposób własną tożsamość? Jest w tym również jakiś element „wymazania”, oczywiście w innym kontekście, ale również niebezpieczny. Każdy z nas słyszał przecież to gorzkie powiedzenie: „jeśli nie ma cię w sieci, to znaczy, że nie istniejesz”…

Kilka lat temu odświeżałem sobie twórczość Kafki. Po przeczytaniu „Przemiany”, gdzie bohater przeobraża się w karalucha i wszyscy, łącznie z nim, są tym zniesmaczeni, zadałem sobie pytanie: jak dzisiaj wyglądałaby taka przemiana, w jaki sposób miałbyś stać się kimś odrażającym, unikanym przez wszystkich? Narodziła się z tego powieść o kobiecie, która niespodziewanie przestała otrzymywać jakiekolwiek reakcje na swoje wpisy w mediach społecznościowych. Jej poczucie własnej wartości spada do zera, we własnych oczach staje się podobna do ohydnego karalucha.

Dla potrzeb mojej nowej książki wybrałem się w październiku zeszłego roku, w samym środku pandemii, na Drogę Świętego Jakuba. Przez całe długie dni byłem tam sam, ale nie stanowiło to dla mnie problemu. Spotkałem jednak kilku pojedynczych ludzi i niektórzy z nich odchodzili od zmysłów z powodu samotności. Pewien mężczyzna nie przerywał wideorozmowy przez całe dwa dni, kiedy za nim szedłem.

Jest pan bardzo wszechstronnym twórcą, piszącym powieści, eseje, poradniki, scenariusze, reżyserującym filmy, dokumenty i sztuki teatralne. Czy potrafi pan zajmować się kilkoma projektami jednocześnie, żonglując swobodnie gatunkami? To naturalna umiejętność czy musiał się pan tego nauczyć?

Kiedy pracuję, to wyłącznie nad jednym projektem. Chociaż zawsze notuję pomysły dotyczące innych planów, jeśli właśnie przyjdą mi do głowy. Nie wierzę w wielozadaniowość. Jeśli pragniesz zanurzyć się odpowiednio głęboko, musisz zanurkować. Jeśli pozostaniesz na płyciźnie, możesz się co najwyżej pochlapać – i to wszystko.

Rozmawiała: Karolina Chymkowska
fot. archiwum Mihy Mazziniego

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: wywiady