Cały ten Mordor nie jest moją Warszawą – rozmowa z Pawłem Duninem-Wąsowiczem, laureatem 16. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy w kategorii „warszawski twórca”

22 września 2023

Paweł Dunin-Wąsowicz związany jest z literaturą od przeszło trzydziestu lat – jako autor, redaktor, wydawca, popularyzator. Jego nazwisko siłą rzeczy kojarzy się z Warszawą, której poświęcił szereg artykułów i książkowych opracowań. Przyznana mu w tym roku Nagroda Literacka m. st. Warszawy w kategorii „warszawski twórca” jawi się zatem naturalnym wyrazem uznania dla – jak zatytułowała go kapituła wyróżnienia – „jednego z wybitniejszych, niebanalnych kronikarzy stolicy zaklętej w literaturze”.

Sebastian Rerak: Jak można opisać twoją relację z Warszawą?

Całe życie spędziłem w Warszawie, praktycznie w dwóch mieszkaniach na Żoliborzu, oddalonych od siebie o pięćset metrów. Nigdy nie mieszkałem nigdzie indziej dłużej niż przez miesiąc. W Warszawie także urodzili się moi rodzice i w niej przeżyli II wojnę światową, co jest dziś kluczowym czynnikiem rozstrzygającym o byciu ludnością rdzenną, a nie napływową. Moje warszawiactwo nie pochodzi wprawdzie z dziada-pradziada, ale ma stuletnią historię.

Żoliborz to twój rewir?

Niewątpliwie! Ale Żoliborz w szerszym znaczeniu, bo choć rodzinnie jestem związany z dawną tradycją żoliborską, niemniej wychowałem się na Sadach Żoliborskich i na Zatrasiu, a więc gomułkowskich osiedlach. Nie są zbyt prestiżowe, aczkolwiek są dobrze zaplanowane – osiem czy dziewięć podwórek otoczonych blokami, a pośrodku nich przedszkole, szkoła i dwa mikroryneczki z kilkoma sklepami. Prestiżowo jest na Starym i Nowym Żoliborzu, tam są drogie mieszkania, ja z kolei mieszkam w miejscu zdominowanym dziś przez emerytów. Ale tak, to moja dzielnia. Wszyscy moi koledzy z podstawówki pochodzili stąd, a okolicę znaliśmy na pamięć. Z kolei w czasach licealnych, w latach 80. praktycznie nie znało się nikogo spoza Wielkiego Żoliborza, łącznie z Bielanami. Nie było tak, że ludzie dojeżdżali z innych dzielnic skuszeni marką jakiejś szkoły, takiej jaką jest obecnie Liceum im. Witkacego.

Co przesądza o charakterze Żoliborza, o jego odrębności?

Żoliborz to triumf niepodległości II RP. Cała dzielnica została zniszczona przez władze carskie po powstaniu listopadowym. Wcześniej był to rejon willowy, a zrównano go z ziemią pod budowę twierdzy Cytadeli. W promieniu dwóch kilometrów wyburzona została wszelka zabudowa murowana. Zezwalano tylko na drewniane domy na Marymoncie. Kiedy w 1918 roku nastała niepodległość, Żoliborz można było znów zabudować. A że ziemia była państwowa, to nie podlegała spekulacjom – rozdysponowano ją pomiędzy spółdzielnie mieszkaniowe. Część zabudowy fortów została notabene rozebrana i z tych cegieł wznoszono osiedla. Dzielnicę wkrótce zasiedliła inteligencja, urzędnicy i wojskowi, a więc ludzie symbolizujący nową państwowość. Rejon stał się przez to bardzo jednorodny etnicznie. Nie było Żydów, poza kilkoma mocno zasymilowanymi rodzinami. Dla kontrastu, po drugiej stronie torów kolejowych rozciągała się już dzielnica żydowska, zamieszkała być może nawet w 80% przez Żydów, właściwie niemówiących po polsku.

Co jeszcze jest specyficzne w przypadku Żoliborza, to że pomimo zniszczeń w czasie powstania warszawskiego, został on sprawnie odbudowany. O ile w centrum Warszawy domy miały drewniane stropy, przez co paląc się, zapadały do środka i nadawały tylko do wyburzenia, tak żoliborska zabudowa z czasów międzywojnia miała już stropy murowane. Wielu żoliborzan przeżyło wojnę i wróciło do swoich domów. Tkanka ludzka nie uległa więc drastycznej przemianie, podobnie jak na Pradze, Saskiej Kępie i w mniejszym stopniu na Mokotowie. Inaczej niż np. na Woli, gdzie w pierwszych dniach powstania Niemcy i ich sprzymierzeńcy wymordowali kilkadziesiąt tysięcy cywili. Tym można tłumaczyć specyficzną żoliborską zasiedziałość.

A jeśli chodzi o pewien folklor? Są utwory literackie czy piosenki dobrze oddające ducha żoliborskości?

Oczywiście! Wydałem cykl przewodników po dzielnicach Warszawy, z których pierwszy poświęcony był właśnie Żoliborzowi, i w nim cytowałem setki utworów. Weźmy choćby „Ziele na kraterze” Melchiora Wańkowicza – bardzo ikoniczna książka, historia domu zburzonego w trakcie powstania. Albo piosenka „Deszcz” skomponowana przez Szpilmana do słów Gałczyńskiego: „Na Żoliborzu są ulice takie śliczne / Takie topole, a w topolach taki wiatr / Gdy przyjdzie wieczór, świecą światła elektryczne”. Melodia tego utworu jest dziś kurantem na urzędzie dzielnicy. Co znamienne, w tekście pojawia się także nawiązanie do II wojny światowej, bo w drugiej zwrotce podmiot liryczny płci żeńskiej wyznaje: „Ja na początku przez trzy lata byłam w Łodzi / A teraz tutaj mam posadę w AWF”. Co to znaczy „na początku”? Ano po 1945 roku. A Akademia Wychowania Fizycznego mieści się na Bielanach, które do 1994 roku były tą samą jednostką administracyjną, co Żoliborz.

Paweł Dunin-Wąsowicz (fot. Dyba&Lach)

Powiedziałeś kiedyś, że dzięki swojej pracy unikasz kontaktu z Warszawą korporacyjną.

I nadal nie mam z nią kontaktu. Ten cały Mordor to zupełnie nie moja Warszawa. Nawet kiedy pracowałem w mediach na przełomie lat 90. i 2000., w redakcjach stykałem się z ludźmi podobnymi do mnie. Zero styczności z korpo, chodziliśmy do tych samych knajp. Teraz chodzi się do Amatorskiej, bo jest tanio i wiadomo, że spotka się znajomych. Kiedy powstawała ta kapitalistyczna Warszawa, to ja co drugi dzień dyżurowałem w redakcji od dziesiątej rano do północy. W wolne dni chciałem odespać, a nie włóczyć się gdziekolwiek. Lata 90. mocno mi zatem umknęły.

Znana jest twoja pasja rekonstrukcji obrazów dawnej Warszawy poprzez badanie piśmiennictwa. Czy nadal natrafiasz na teksty z przeszłości, z których można zaczerpnąć podobną wiedzę?

Wycinkowo. Czasem trafiam na fragmenty poświęcone mniej popularnym częściom miasta. W tzw. literaturze poważnej opisywano niemal wyłącznie Śródmieście, peryferia pojawiały się symbolicznie. W kryminałach z kolei akcja czasami mogła zahaczać o Powązki czy Marymont. Obecnie zbieram materiały do przewodnika po Powiślu, które wprawdzie nie jest odrębną jednostką administracyjną, ale historycznie można je tak rozpatrywać. Na Powiślu rozgrywa się chociażby akcja „Naszej szkapy” Konopnickiej – jest w niej mowa o Kościele Trynitarzy na Solcu.

Nadal znajduję coś na poboczach literatury, bo w tych wielkich dziełach nie ma nic. W najlepszym wypadku jest mowa np. o tym, że na Bielanach toczy się pojedynki. Tak było u Prusa w „Lalce” i w „Emancypantkach” oraz u Kraszewskiego w jednej z powieści rozgrywających się w czasach stanisławowskich.

Inną formą rekonstrukcji była twoja książka „Warszawa Fantastyczna”.

Pomysł na takie opracowanie pojawił się w momencie, gdy zacząłem porównywać różne fantastyczne wizje Warszawy. Bardzo przydatny okazał się „Leksykon polskiej literatury fantastycznonaukowej” z 1990 roku, przy czym jego autorzy pominęli wiele rzeczy. W każdym razie pierwszy artykuł na ten temat opublikowałem w „Lampie” nr 2/2004, a na książkę przyszło poczekać do roku 2011. Momentem, który mnie zdopingował do pisania, było lato 2007 roku, kiedy panowały straszne upały. Zacząłem wtedy pisać o wizjach klimatu w Warszawie przyszłości.

Już po wydaniu „Warszawy Fantastycznej”, ośmielony przez Pawła „Koñja” Konnaka, skontaktowałem się z Krzysztofem Dudkiem, ówczesnym dyrektorem Narodowego Centrum Kultury, który chętnie zamawiał teksty związane z Polską. Zaproponowałem mu cały pakiet, bo wiedziałem już, że równie olbrzymi potencjał na podobną książkę ma Kraków, a w dalszej kolejności napisałem również „Fantastyczny atlas Polski”.

Od lewej: zastępczyni prezydenta m.st. Warszawy Aldona Machnowska-Góra, Paweł Dunin-Wąsowicz oraz członkowie kapituły nagrody: przewodnicząca Justyna Sobolewska i Jarosław Klejnocki (fot. mat. prasowe)

Przedmiotem twojego zainteresowania były też przez wiele lat fanziny, zwłaszcza literackie artziny. Śledzisz nadal ten podziemny obieg wydawniczy?

Niestety odkleiłem się od niego. Kiedy już dwadzieścia lat temu wydałem antologię artzinów „Xeroferia”, to poza jakimiś efemerycznymi publikacjami, niewiele nowych rzeczy zwracało moją uwagę. Mało było tytułów zabawnych czy skrajnych estetycznie. Pamiętam taki katolicko-hipisowski zin „Wyspa”, który zamieszczał np. rysunki świętej rodziny z pacyfami – to było strasznie naiwne, ale przynajmniej jakieś. Tymczasem bardzo wielu zinów poetyckich mogło po prostu nie być albo mogły się ograniczyć do wydania w jakimś lokalnym domu kultury. Obserwowałem zjawisko nazywane przeze mnie banalizmem, czyli awangardę, która zamiast windować do góry, polegała na złym pisaniu. Owszem, trafiały się bardzo odjechane, interesujące rzeczy powstające w Bydgoszczy czy w Łodzi, ale bądźmy szczerzy, stanowiły one jakieś 10% obiegu. Reszta była po prostu nijaka.

Często ktoś pyta o ewentualną reaktywację „Lampy”, której byłeś wydawcą i redaktorem naczelnym?

Tak, ale to temat definitywnie zamknięty. No chyba że wygrałbym co najmniej pięć milionów w Lotto. Wydając „Lampę”, zbyt długo pracowałem na czterech etatach – jako redaktor, autor, administrator i grafik. Już w czasach „Lampy i Iskry Bożej”, która była nieregularnikiem, miałem problemy z wyjściem na zero, bo dystrybucja wyglądała tak, że ktoś brał dziesięć egzemplarzy do Suwałk, ktoś inny – dziesięć do Wrocławia, i tam próbowali je sprzedawać. To była działalność charytatywna, niemniej wydawałem pismo raz na pół roku, więc nie było to jeszcze dotkliwie odczuwalne. Po przepoczwarzeniu pisma w „Lampę”, przejściu na oficjalny kolportaż i miesięczny cykl wydawniczy, zaliczyłem pasmo porażek. Zbiegło się to w czasie z upowszechnieniem internetu (i oczekiwaniem, że wszystko powinno być za darmo), zmianą pokoleniową, wygórowanymi oczekiwaniami autorów i ogólnym zniechęceniem. Entuzjazmu i tak wystarczyło na długo, bo „Lampa” jako miesięcznik ukazywała się przez dziesięć lat. Chcąc ją teraz reaktywować, musiałbym mieć dość pieniędzy, aby zatrudnić kilka osób na pełen etat, a także płacić autorom wystarczająco, by poświęcili np. trzy tygodnie na napisanie czegoś. Wydawanie czasopisma to zajęcie angażujące i nie można tego robić na odpierdol. W innym wypadku wszyscy się męczą i nikt nie jest zadowolony.

A czym aktualnie się zajmujesz?

Mam na ukończeniu trzy książki, potrzebuję tylko bodźca. (śmiech) Praktycznie gotowy jest przewodnik po Bielanach, ma się ukazać jeszcze w tym roku kalendarzowym. Druga rzecz to leksykon detektywów warszawskich, nad którym pracuję od trzech lat. W międzyczasie z powodu pandemii pozamykano biblioteki, co utrudniło sprawę. Chociaż mógłbym spakować stos książek do plecaka, wyjechać gdzieś na zadupie i usiąść nad tym… A trzecia książka dotyczy wizerunku Żydów w polskiej fantastyce. Wciąż zbieram też materiały i wynotowuję źródła do kolejnych przewodników. Wola, Ochota, Powiśle, może i Powązki – jest tego trochę. Ponadto mam kilka innych pomysłów. W tym roku opublikowałem w miesięczniku „Stolica” artykuł o warszawskich kotach w literaturze. To jest temat, który można rozwinąć w całą książkę! Jak widzisz, mam spory rozrzut. Moją niezrównaną umiejętnością jest to, że potrafię wyłapywać z książki to, czego potrzebuję do publikacji. Po prostu czytam bez zrozumienia.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: mat. prasowe

Wywiad powstał we współpracy z Urzędem m.st. Warszawy.

Tematy: , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady