Lekcje survivalu po duńsku – recenzja książki „Bękart” Idy Jessen i filmowej adaptacji Nikolaja Arcela

22 marca 2024

Ida Jessen „Bękart”, tłum. Justyna Haber-Biały, wyd. Replika,
Ocena: 7 / 10
„Bękart”, reż. Nikolaj Arcel, scen. Nikolaj Arcel, Anders Thomas Jensen, dystr. Best Film
Ocena: 7 / 10

„Bękart” Idy Jensen to osadzona w połowie XVIII wieku powieść o przetrwaniu, w której hemingwayowski bohater stawia czoła dziewiczej i śmiertelnie groźnej Jutlandii. Wszystko w imię ambicji nakazującej mu ucywilizować te ziemie w darze dla króla Chrystiana VI. Nieco inaczej opowiada tę historię film „Bękart” Nikolaja Arcela. To kino zemsty, w którym niżej urodzeni, zgodnie z prawidłami historii, w imię sprawiedliwości ostrzą noże na zwyrodniałych szlachciców. Czy na niegościnnych wrzosowiskach jest miejsce na miłość? Owszem. Nawet jeśli grozi to mezaliansem.

W oryginale powieść Idy Jessen nosi tytuł „Kaptajnen og Ann Barbara”, po polsku brzmiałoby to „Kapitan i Ann Barbara”. Wydawnictwo Replika jednak, ozdabiając okładkę książki plakatem filmowym z Madsem Mikkelsenem, postawiło na oryginalny, duński tytuł ekranizacji, „Bastarden”, a więc „Bękart”, wykorzystany również przez polskiego dystrybutora. Do książki lepiej pasowałby jednak tytuł jeszcze inny – „The Promised Land” (z ang. „Ziemia obiecana”), bo w ten sposób promuje film Arcela angielski dystrybutor. Z przyczyn oczywistych tytuł ten w Polsce drugi raz by nie przeszedł. Otrzymujemy więc duński wariant filmowy, choć literacki pierwowzór nieco inaczej niż film rozkłada akcenty. To przede wszystkim powieść o ujarzmianiu ziemi i naturze, która w XVIII wieku potrafiła jeszcze rzucić się kolonizatorom do gardła.

Ida Jessen pokazuje jutlandzkie wrzosowiska.

Gdy latem 1754 roku zjawia się na wrzosowiskach mierniczy Izby Skarbowej, są one „niebem i płaską równiną”, „odludziem i pustkowiem”. Jeśli akurat nie wyje wiatr – choć wyje ciągle – to wyją wilki. I ziemia, i niebo są okrutne. Ta pierwsza jest „zryta do czerwonego, żwirowego piasku”, jałowa, wypływa z niej brudna, mętna woda, wymieszana z piaskiem, zwłokami zwierząt (!) i ekskrementami. A niebo? Nie lepsze – zsyła ulewy i upały, przed którymi nie ma gdzie się schronić, a czasem i mróz w środku lata, który niszczy uprawy. I to właśnie na tym jutlandzkim pustkowiu, tak sugestywnie opisanym przez Idę Jessen, pięćdziesięcioletni Ludwig von Kahlen, kapitan wojsk najemnych (a wiek mierzyć trzeba XVIII-wieczną miarą), weteran wojen o sukcesję polską, zakłada Królewski Dom. Jego pionierski czyn ma zachęcić kolejnych osadników do tego, aby ku chwale Króla Danii zasiedlili te trudne do uprawy ziemie. A to nie podoba się wielmożom, którzy roszczą sobie prawa do jutlandzkich pustkowi.

Fabuła powieści rozwija się powoli, akcja podlega cyklowi natury. Ludwiga poznajemy stopniowo, jest tajemniczy, po wojskowemu lakoniczny, milczący. Jego tożsamość odsłania się przed czytelnikiem w zwięzłych zapiskach w dzienniku, w zdawkowych rozmowach z bliskim teologiem Sørenem Thestrupem czy zarządcą Tappaudem oraz w sposobie, w jaki traktuje zwerbowanych robotników (a traktuje ich źle). Jessen decyduje się na narrację behawioralną – daje nam tylko ograniczony wgląd do umysłów trojga głównych bohaterów. Oprócz starego kapitana-mierniczego są to gospodyni Ann Barbara, kobieta uciekająca przed przemocą seksualną z pobliskiej posiadłości sędziego Schinkela (wkrótce też kochanka Ludwiga), oraz kilkuletnia Anmai Mus, niepokorna, romska dziewczynka. Rola Anmai jest oczywista – ma rozbroić męską zawziętość kapitana, ukazać jego wewnętrzną wrażliwość, obudzić instynkt ojcowski. Część postaci z książki miało swoich odpowiedników w rzeczywistości, jednak znikomość informacji na ich temat pozwoliła autorce puścić wodze fantazji. Wierność historyczna nie powinna zatem być w tym przypadku przedmiotem rozważań.

Kluczowy dla fabuły konflikt ze szlachcicem Schinkelem zaognia się dopiero w drugiej połowie książki, cały czas jednak toczą się inne, równie ciężkie walki. Najważniejsza z nich to walka człowieka z naturą, która broni się jak może przed opisaniem, rozparcelowaniem i ujarzmieniem – choćby przy pomocy burzy piaskowej. Drugą walką jest walka z biedą – z ubóstwa zarzynane są zwierzęta, których nie ma czym wykarmić, z biedy kapitan sprzedaje części munduru, pozbywając się swojej tożsamości. Trzecią – walka kapitana ze starością.

Ida Jessen napisała książkę, która przywodzi na myśl epicką XIX-wieczną prozę naturalistyczną – choćby tematyką czy turpizmem – pozbawioną jednak anachronicznego ciężaru językowego. Ukryty narrator-świadek i bohaterowie mówią z wyjątkami „po naszemu” (o co zadbała Justyna Haber-Biały), ale z jakąś sprawozdawczą oschłością, która w dziwnych momentach uderza w patos. Język „Bękarta” jest surowy niczym kapitan von Kahlen. Sporo koloru wnoszą do warstwy językowej rubaszne żarty gości czy powracające w rozmowach postaci uwagi dotyczące brudu i nieprzyjemnych zapachów (wszystko „śmierdzi smrodem”). Jessen unika zawiłej metaforyki, gustuje w dialogach pozbawionych narratorskich wtrąceń, krótkich zdaniach. Język jest więc dynamiczny – gna, choć fabularnie bywa, że nie ma dokąd, bo nic się nie dzieje na tym przeklętym wrzosowisku.

Na tempo rozwoju wydarzeń nie możemy narzekać w filmowej adaptacji z Madsem Mikkelsenem w roli głównej, Amandą Collin jako Ann Barbarą i Meliną Hagberg w roli Anmai Mus. Reżyser nie daje widzowi czasu na spokojne odkrywanie tożsamości protagonisty – odnajdujemy go w przytułku dla weteranów, szybko zostaje nam wyłożone, że motywacją pchającą go na nieprzyjazne wrzosowiska jest obietnica uzyskania tytułu szlacheckiego (w książce tytuł takowy posiada od samego początku). Rozchodzi się więc o awans społeczny. W filmie kapitan szybko konfrontuje się z ohydnym i niebezpiecznym Schinkelem, który przy każdej sposobności przypomina weteranowi o jego niższym, ba, nieprawym pochodzeniu, nazywając go bękartem. Sędzia Frederik de Schinkel, przerysowany psychopata (w tej roli świetny Simon Bennebjerg), to potworna wariacja na temat syna magnata z netfliksowego „1670”. A do tego ma dużo więcej na sumieniu niż literacki pierwowzór (który przecież był gwałcicielem). Na oczach von Kahlena w bestialski sposób morduje ukrywającego się wcześniej w domu kapitana chłopa (partnera zbiegłej Ann Barbary). Zarówno Kahlen, jak i Ann Barbara pragną zemsty. Rodzi się intryga, a zraniona kobieta walczy nie tylko w imieniu swoim, ale też wszystkich innych kobiet wykorzystywanych przez możnowładców. Do których sama się zalicza.

Scenariusz filmu swobodnie poczyna sobie z książkowymi wątkami, które sprawdzą się na ekranie, marginalizuje natomiast wszystko to, co z radością przyjmie papier, „klisza” natomiast – nie bardzo. Dla podgrzania atmosfery Arcel rozwija pomysł trójkąta miłosnego, w którym oprócz von Kahlena uczestniczy kuzynka Schinkela, Edel Helene. Sam kapitan (swoją drogą kilka lat temu Mikkelsen walczył już ze szlachtą jako Michael Kohlhaas w filmie Pallièresa) w pewnym momencie przeobraża się w Clinta Eastwooda z „Bez przebaczenia”. Chwyta za jednostrzałową „klamkę”, by „odjebać śmietankę”, jak to mówił przed laty raper Sokół. No i za szablę, bo takie to były czasy. Trup ściele się gęsto, a to zasługa tego, że film wprowadza nie tylko więcej perypetii, ale też postaci, do których można strzelać. Jak trafnie określili to krytycy, „Bękart” Arcela jest wzorcowym „northernem”. To kostiumowy film akcji z przemawiającymi do wyobraźni zdjęciami (choć Jutlandia nie była filmowana w Danii, szkoda) i wiarygodną scenografią, w pełni wykorzystujący potencjał Mikkelsena. Aktora idealnie odgrywającego rolę surowych twardzieli, którzy w kontakcie z „innym” odkrywają w sobie spore pokłady wrażliwości. W końcu też aktora o predylekcji do wcielania się w rolę tych, którzy mierzą się z surowym północnym klimatem. Udowodnił to m.in. w „Arktyce” Joe Penny’ego czy „Valhalli: Mrocznym wojowniku” Nicolasa Windinga Refna.

Podczas gdy Arsen koncentruje się na eskalacji napięć międzyludzkich i klasowych, Jessen może w spokoju skupić się na relacjach człowieka z życiem nieludzkim. Pojawia się więc problematyka zwierząt, która ma w książce istotne znaczenie symboliczne. Narrator sporo miejsca poświęca przywiązaniu mieszkańców Królewskiego Domu do zwierząt hodowlanych i pracujących. Oswaja je poprzez nadawanie imion, zwłaszcza Anmai Mus, choć silna więź łączy też kapitana i jego konia Königa. Zwierzęta hodowlane – kozy, owce czy krowy jak Jedwabny Pysk czy Trzy Strzyki – uśmiercane są w poczuciu winy. W świetle ekokrytyki to nadal archaiczny antropocentryzm, jednak ten żal wiele mówi o wrażliwości von Kahlena, a przede wszystkim towarzyszących mu kobiet. Wszystkie zwierzęta żyjące w Królewskim Domu mają mieć dobre życie i możliwie łagodną śmierć. W budowie domu zawarte jest symboliczne powtórzenie aktu stworzenia. Pierwszy człowiek rozciąga swoje panowanie na cały świat zwierząt, lecz tę równowagę potrafi zachwiać wroga jemu i jego inwentarzowi natura, na przykład doprowadzając do nieurodzaju i głodu.

Książka i film, mimo wspólnego mianownika w postaci zbliżonej fabuły, eksponują inne kwestie związane z ujarzmieniem przyrody, wyzyskiem i władzą symboliczną. Pod nazwą „Bękart” kryje się więc opowieść transmedialna o różnych poziomach kolonizacji wewnętrznej kraju, która dotyczyła tak samo ziemi, jak i ludzi. Możemy też spojrzeć na zagadnienie w nieco szerszym kontekście. Duńczycy zapisali przecież swoją własną czarną kartę w historii europejskiego kolonializmu, a wiele posiadłości, także w Jutlandii, zbudowano na kolonialnych fortunach. Czy zarówno Jessen, jak i Arcel przypadkiem nie próbują skłonić Duńczyków do rachunku sumienia? Czy za tą opowieścią o niezłomnych pionierach nie kryje się krytyka zachłanności?

Jacek Adamiec
fot. (1) TV Midtvest, (2) Henrik Ohsten


Tematy: , , , , , , , , , , ,

Kategoria: film, recenzje