Codzienna walka politycznego uchodźcy – recenzja komiksu „Klub dysydenta” Tahy Siddiqui i Huberta Maury’ego

1 lutego 2024

Taha Siddiqui, Hubert Maury „Klub dysydenta”, tłum. Marta Duda-Gryc, wyd. Lost in Time
Ocena: 7 / 10

„Klub dysydenta” jest kolejnym przykładem graficznego reportażu, który przybliża zwyczaje i zasady panujące w odległym od nas kraju. To już na polskim rynku komiksowym rodzaj trendu, dzięki któremu w atrakcyjny formalnie i zarazem przemyślany sposób poszerzamy naszą wiedzę o współczesnym świecie.

W pisaniu o trendzie nie ma grama przesady. To rzeczywiste zjawisko, które zaowocowało już mnóstwem znakomitych tytułów. Wielu wrażeń dostarczyły czytelnikom m.in. „Persepolis”, „Pjongjang”, „Arab przyszłości”, „Odyseja Hakima”, „Hołd dla Ziemi” czy ostatnio „Kroniki z Istambułu”. W niektórych z wymienionych komiksów autor był jednocześnie bohaterem, w innych opowiadał czyjąś historię. Ale za każdym razem pokazywano nam wycinek świata do tego stopnia inny od naszego, że nielubiana częstokroć za różne rzeczy ojczyzna nagle jawi się w miarę bezpiecznym miejscem, nawet z oddechem Rosji na karku. Również Pakistan, czyli państwo, w którym rozgrywa się w głównej mierze fabuła „Klubu dysydenta”, nie uchodzi za kraj wymarzony do spędzenia dużej części życia, jak spędził je Taha, główny bohater i zarazem jeden ze scenarzystów albumu.

„Klub dysydenta” wita nas rodzinną i ujawniającą nieco zbyt wiele okładką, która zapowiada emigrancką (czyli rozgrzewającą dziś do czerwoności) tematykę. Pakistański dziennikarz Taha Siddiqui to polityczny uchodźca zmuszony opuścić swój kraj, ponieważ jego życie było zagrożone ze strony władz. O tym, jak w praktyce wygląda takie zagrożenie, dowiadujemy się już na początku albumu, kiedy Taha zostaje porwany przez uzbrojoną bojówkę i doskonale zdaje sobie sprawę, jaki los może go spotkać. Jak i dlaczego do tego doszło? Całą tę wiedzę Taha dostarcza nam kompleksowo w dalszej części komiksu, opisując swoje przypadki od wczesnego dzieciństwa, aż po etap, w którym z mieszkańca Pakistanu stał się politycznym uchodźcą.

Poznajemy zatem rodzinę bohatera – matkę, ojca, młodszego brata (potem jeszcze pojawią się młodsze siostry) – i śledzimy jej perypetie, ale też dzięki autorskiej narracji i nabytej z czasem wiedzy w tej autobiograficznej opowieści dostajemy również rodzaj komentarza człowieka już uświadomionego życiowo (czytaj: społecznie, politycznie, kulturowo i religijnie), który widzi wszystkie niedociągnięcia, uchybienia, po prostu błędy będące integralną częścią jego wychowania w bogobojnej islamskiej rodzinie. Wszystko to najpierw rozgrywa się w Arabii Saudyjskiej, dokąd wyemigrowali jego rodzice po politycznych roszadach w Pakistanie w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Dzięki temu możemy poznać również perspektywę islamskiego uchodźcy w innym islamskim kraju. I patrzeć, jak w codziennym życiu uwidaczniają się religijne podziały (np. sunnici kontra szyici), których wpływ na ludzkie życiorysy znamy również z innych, przytoczonych wyżej tytułów.

Dlatego w „Klubie dysydenta” znajdziemy wiele tematów, które przewijały się w doskonałym „Arabie przyszłości” czy „Kronikach ze Stambułu”. Choć nie jest wcale tak, jakbyśmy kolejny raz czytali o tym samym. To na tyle skomplikowany i szeroki obszar świata, że znajdziemy tam dziesiątki różnorodnych społecznych niuansów i – jak widać na przykładzie tej opowieści – można je wplatać z powodzeniem do różnorodnych fabuł.

„Klub dysydenta” o tyle różni się od wielu innych komiksowych reportaży, że opowiedziany jest przez zawodowego dziennikarza, któremu w większym stopniu zależy na przekazaniu faktów, niż tworzeniu alegorii uchodźczego losu. Dlatego to, co innym autorom zajmuje zazwyczaj więcej stron, Taha Siddiqui przy pomocy współscenarzysty i zarazem rysownika albumu Huberta Maury’ego z premedytacją skraca i szybciej dąży do finału, który ma najsilniejszy związek z tytułem albumu. Śledzimy kolejne etapy życia Tahy – niektórym poświęca wyraźnie więcej komiksowych stron, niektórym mniej, ale jest to podane trochę jak w formule życia na gorąco: to już się wydarzyło, nie ma co roztrząsać nad tym, co było i minęło, idźmy do przodu. Być może dlatego niektóre doświadczenia nie wybrzmiewają równie mocno i symbolicznie, jak byśmy chcieli. Ot, choćby te pierwsze miłosne uczucie między Tahą i Sonią, któremu stanęły na przeszkodzie kwestie kulturowo-religijne. Czujemy, że to niezwykle ważne doświadczenie, ale narrator zachowuje się tak, jakby szybko chciał je zostawić za sobą i zapomnieć. I bardziej skupić się na czymś innym, co przeradza się w jego życiową misję.

W szybkim rytmie, w jednostajnych barwach, ale za to za pomocą ekspresyjnych, naładowanych energią rysunków dostajemy opowieść o rodzącej się dziennikarskiej świadomości. Próba zrozumienia otoczenia zaczyna się od pierwszych naiwnych poglądów na świat i rozwija do momentu, kiedy Taha zaczyna odczuwać niezgodę na to, co dzieje się wewnątrz pakistańskiego społeczeństwa. Władza czy religia – obie formy zarządzania ludzkim losem z czasem wydają się mu coraz bardziej opresyjne i indoktrynacyjne, a w efekcie zaczyna żyć głównie po to, by o tym mówić i to kwestionować. Ten rodzaj niezgody przynosi zaś plony zbierane zazwyczaj przez tych, którzy idą pod prąd i walczą o prawdę – koniec końców muszą ratować się ucieczką, choć nie zaprzestają swojej walki. O tym jest to album – o walce i przede wszystkim o cenie, jaką się za nią ponosi. Jeśli chcecie wiedzieć, czy ta walka wciąż trwa, czy może zakończyła się wraz z wyemigrowaniem Tahy i jego rodziny do Francji w 2018 roku, koniecznie zajrzyjcie do „Klubu dysydenta”.

Tomasz Miecznikowski


Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje