Premiera nowej powieści Julii Fiedorczuk już 12 lipca. Tylko u nas przeczytasz przedpremierowy fragment „Domu Oriona”

1 lipca 2023

12 lipca nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się nowa książka Julii Fiedorczuk, laureatki Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, autorki dobrze przyjętej powieści „Pod słońcem”. „Dom Oriona” to wielopoziomowa historia, w której za jednego z głównych bohaterów można uznać ruch. Akcja rozpięta jest pomiędzy Puszczą Białowieską, pełnymi słońca Atenami i kolorowymi miejscowościami Meksyku. Główna bohaterka, Eliza, podąża tropem Lou, swojej przyjaciółki, niespełnionej miłości, siostrzanej duszy, z którą od dłuższego czasu nie ma żadnego kontaktu. „Dom Oriona” przenosi czytelnika w podróż za tajemniczymi migracjami zwierząt, ludzi, minerałów i gwiazd, którzy pozostają w nieustającym ruchu. Fragment książki przedpremierowo przeczytasz poniżej.

Mój mózg przypomina wysypisko śmieci, wszystko się w nim miesza. Przypomina niszczarkę, która bez przerwy bezładnie mieli treści. Skrawki wspomnień, rozmów i książek wypływają czasem na powierzchnię jak fragmenty rozbieranego przez morze wraku. Moje warszawskie mieszkanie zarosło papierami, książkami, ciuchami… Nie wiem już nawet, co tam mam. Mój laptop to rezerwuar rozgrzebanych pomysłów, ikonki folderów nie mieszczą się już na pulpicie. Gdzieniegdzie iskrzy coś ciekawego, wartego podjęcia, dokończenia. Chciałabym wreszcie coś skończyć. Nie wiem, od jak dawna wszystkie moje maile i esemesy zaczynają się od sakramentalnego „Przepraszam za poślizg…”. Mój czas składa się z malutkich monet — jest ich zdecydowanie za mało; kiedy tylko się nie pilnuję, a nawet kiedy bardzo uważam, zaciągam długi, a potem, żeby je spłacić, muszę wydobywać kruszec z własnego wnętrza, drążąc w sobie coraz głębsze korytarze. W końcu zostanie ze mnie tylko pusta powłoka. Możliwe, że to się już stało i że całość urobku z mojego wnętrza, moja przemieszczona dusza, krąży w hałaśliwym obiegu chwilowych zaspokojeń. Nie mogę spać. Nie mogę nie spać.

Niesamowite, że nawet z tego udaje się zrobić biznes: moje feedy błyskawicznie zaczynają proponować sesje couchingu, profesjonalne kursy reorganizowania przestrzeni, no i audiobooki o sprzątaniu, o wyrzucaniu rzeczy, o pracy głębokiej, o głębokim relaksie, o głębokim śnie, o słuchaniu własnego serca, o życiu w zgodzie z naturą — zwłaszcza to ostatnie; natura to pokupny towar: im szybciej umiera wszelka dzikość, tym głośniej jest reklamowana. Nie da się nie uwierzyć, że rozwiązanie jest w zasięgu ręki, trzeba tylko znaleźć właściwą technikę. Przecież wiem, że to tak nie działa. A mimo to parę tygodni przed wyjazdem założyłam sobie dziennik zmian, w którym zaplanowałam cele, dzięki czemu mogłam potem śledzić porażki. Choć miałam też sukcesy. Wyrzuciłam sporo ubrań, pożegnałam się z dziesiątkami książek, zaczęłam przeglądać stare papiery. Sprzątać, sprzątać! Ryłam w całym zgromadzonym przez dekady materiale jak kret (swoją drogą, czy to prawda, że krety są ślepe?). To wszystko tylko coraz bardziej mnie pogrążało.

Któregoś ranka po przebudzeniu stwierdziłam, że nie mogę się ruszać. Leżałam przez dłuższy czas na wznak, nasłuchując ulicznego szumu. Nie byłam sparaliżowana, nie o to chodzi. Po prostu nie miałam takiej władzy, żeby nakazać ciału działanie. Ciało stało się ciężkie, ogromne i obce, jak potężny kamień, który powinnam wtoczyć pod górę. Tylko jak wtoczyć samą siebie? Telefon leżał na parapecie i od czasu do czasu wibrował; stanowiło to swoistą torturę. Podobnie musiał się czuć biedny Gregor Samsa, kiedy do drzwi jego pokoju pukał poirytowany prokurent. Zamknęłam oczy. Po jakimś czasie zasnęłam, a kiedy się obudziłam, znów byłam człowiekiem.

Rozkładam swoje rzeczy w tej mojej wynajętej przestrzeni. To naprawdę bardzo ascetycznie urządzone mieszkanie — tylko kilka sprzętów, ale niczego więcej nie potrzeba. Próbuję oswoić się z tym miejscem. Kładę książki przy łóżku, kosmetyczkę w mikroskopijnej łazience. Nadal jest zimno. Kiedy wchodzę do łóżka, myślę o Lou. Gdy zaczęła przychodzić w snach, była śliczna — taka jak wtedy, kiedy się znałyśmy — i żywa, podatna na zranienie, potłuczona. Od jakiegoś czasu obsesyjnie odtwarzałam w głowie sceny z przeszłości, jakbym w nich czegoś szukała — jakiegoś wyjaśnienia, podpowiedzi, szczegółu, który pozwoliłby mi umiejscowić moment utraty, precyzyjnie zdiagnozować zdarzenie, od którego zaczęła się moja choroba. Przypominało to obmacywanie rannego miejsca, żeby sprawdzić, gdzie boli. Ból tego rodzaju bywa przyjemny, gdyż jest czuciem. Żywi ludzie czują. Zwierzęta czują. Nawet rośliny czują. Lou czuła. Czasem zapominała, że ma granice, wtedy bardzo cierpiała. Ale czuła. Opatulam się kołdrą najszczelniej, jak się da, udaje mi się jeszcze wpaść w panikę, że nie zdołam zasnąć, po czym prawie od razu zasypiam.

Śni mi się hodowanie morza. Młode morze ma małe fale. Tak małe, że do czegoś ich nie starcza. Może nie są dość wysokie dla surferów? A może nie dają wystarczającej ochłody — komu? Zapewniono mnie, że w kolejnym roku fale będą ogromne. O, proszę, ta, która właśnie nadchodzi, jest bardzo wysoka. Wystarczająco wysoka, żeby nakryć nas razem z głowami. Czy obawiam się, że utonę? Chyba tak — to logiczne. Dlatego drugi sen jest o matce. Przebywamy obie w jakimś dużym budynku, ale w różnych jego częściach. Badane są moje oczy. Usiłuję dodzwonić się do matki, odbiera lekarka. „Proszę czekać”, mówi, i zaczyna liczyć do dziesięciu. „O, już”, oznajmia w pewnej chwili. Już po wszystkim.

Budzę się nagle, jakby ktoś mną potrząsnął. Jest czarno. Przez dłuższą chwilę nie pamiętam, gdzie jestem, musiałam spać strasznie głęboko. Znów czuję kołatanie serca, boję się, że jestem chora. To znaczy, jestem chora, tylko nie wiem, jak bardzo. Boję się, że umieram, że to już, to wszystko. Potem krystalizuje się sytuacja, przypominam sobie podróż, to, że zabiłam kota. Znowu jest zimno, szczelniej owijam się kołdrą i próbuję zasnąć, ale nic z tego. Dopada mnie gonitwa myśli, jestem w tych ciemnościach, w całkowitej, przerażającej ciszy, zupełnie bezbronna. A przecież sama chciałam tej ciszy.

Spod ubrań, które porozrzucałam na podłodze, wydobywam telefon; pokazuje czwartą z minutami. To mój najsłabszy czas. Leżę bez ruchu, rozpamiętując wypadek, moje ciało pamięta uderzenie, które zabiło kota. Czuję szczery żal, rozpłakałabym się, ale brakuje mi energii na wyraziste emocje. Przechodzi mi przez myśl, że powinnam tam wrócić, sprawdzić, czy kot aby na pewno nie żyje, pojechać do sąsiedniej wsi, gdzieś to zgłosić, przyznać się, niech mnie ktoś rozliczy, ukarze. Dziś umarła moja matka… Oczywiście nie dziś, nie wczoraj, tylko już ponad rok temu. Nie ma sensu dalej trwać w tym koszmarze.

Wyłażę z pościeli i naciągam na siebie bluzę, drżącymi rękami otwieram drzwiczki pieca. Dawno tego nie robiłam, właściwie to od czasów starego domu. Ogień najpierw kilka razy gaśnie, od zapałek parzę sobie palce. Kiedy pokój wypełnia się dymem, zastanawiam się mgliście, czy nie grozi mi zaczadzenie. Co roku ileś tam osób umiera z tego powodu. Pocieszam się od razu, że byłaby to bardzo lekka śmierć. Wreszcie ogień pełznie po drewnie, wreszcie zaczyna buzować. Zmienia się nastrój, moje demony na razie się wycofują.

Muszę iść po więcej drewna. Narzucam kurtkę i wychodzę. Na dworze jest mokro, zimno, bardzo ciemno, no i chyba pochmurno, bo nie widzę gwiazd ani księżyca. Nie widzę nawet zarysów dużego domu. Nagle czuję, jakbym została całkiem sama na planecie — sama jedna. Tylko ja i noc. Oczywiście nie mam latarki. Cofam się do domku po telefon, po czym znowu wychodzę. Kiedy układam w koszu kawałki drewna, przyświecając sobie niezdarnie telefonem, dociera do mnie zza płotu trzask łamanej gałązki. Zamieram w bezruchu. Ktoś lub coś za płotem również zamiera. Jak na osobę, której zbrzydło życie, która kilkakrotnie w ciągu ostatniej doby fantazjowała o umieraniu, jestem zaskakująco tchórzliwa. Zmuszam się do pozostania w bezruchu. Mija parę sekund. Rozlega się kolejny trzask. I następny. Jeśli zbliża się jakieś zwierzę, to raczej ciężkie i stąpające powoli. Może żubr? Czy żubry śpią w nocy? Nie mam pojęcia. Ale mogą to być także ludzkie kroki. Czekam jeszcze przez moment, ale hałas już się więcej nie powtarza. Zmywam się szybko, żeby niczego więcej nie usłyszeć. Nie chcę kłopotów. Nie chcę stawać przed koniecznością dokonania wyboru. Nie chcę się w nic angażować. Dorzucam do ognia i kucam przy piecu, chłonąc ciepło. Nic więcej nie ma w tej chwili do zrobienia. Wiem, że już nie zasnę. Dochodzi piąta. Powinnam odpoczywać, niestety nie bardzo wiem, jak się odpoczywa. Stawiam czajnik na płycie i czekam, aż zagotuje się woda, szybko, przysłaniając oczy dłońmi, zerkam na maile w telefonie przez szpary między palcami, jak w dzieciństwie, gdy oglądałam w ten sposób horrory; żadnej wiadomości nie otwieram.

Żeby nie oszaleć, postanawiam zająć czymś głowę. Otwieram laptopa i próbuję porządkować notatki. Faktem jest, że oba moje mózgi, ten ludzki, organiczny, i ten elektroniczny, są wypchane nieogarnialną już liczbą rozmaitych treści. Wypchane po brzegi, ale ten drugi, sztuczny, nie ma brzegów. Za to ten organiczny naprawdę grozi eksplozją. Albo implozją. Przynajmniej wreszcie jest mi ciepło. Klikam na folder „Ameryka Łacińska” zawierający trzydzieści siedem różnych dokumentów. Próbowałam niedawno pisać o kobietach walczących w obronie ziemi, w różnych punktach globu, głównie jednak w Ameryce Łacińskiej, gdzie jest to szczególnie niebezpieczne. Czytałam statystki, studiowałam książki, szukałam kontaktów. Planowałam wielką podróż do Panamy i Kolumbii, ale pandemia pokrzyżowała te plany i skończyło się na kilku wywiadach na zoomie, których w końcu nawet nie spisałam. Wyszukuję teraz plik o nazwie „Ligia Martinez”, to ostatnia z przeprowadzonych rozmów. Na ekranie pojawia się nieco rozmyta twarz mojej rozmówczyni i, w mniejszym okienku, moja twarz. Wyglądamy jak ryby zamknięte w dwóch akwariach, komunikujące się przez szkło.

Nagranie uruchamia się akurat w momencie, kiedy Ligia mówi: „Te kobiety bronią życia. Nie nazwałyby siebie aktywistkami czy ekolożkami. Walczą o przetrwanie swoich rodzin i wiosek”. Martinez mieszka i działa w Panamie. Walczy o zachowanie pierwotnego lasu na pograniczu panamsko-kolumbijskim — należy do niego porośnięty dżunglą skrawek lądu znany jako przesmyk Darién. Jest to jedyne miejsce, gdzie na mniej więcej sto kilometrów autostrada panamerykańska przerywa swój bieg. Nie ma tu drogi, są tylko wydeptane ścieżki ginące w zaroślach i błocie. Żeby tędy przejść, trzeba mieć przewodnika. Przewodnicy inkasują pieniądze, a często współpracują z kontrolującymi ten teren gangami, które czerpią zyski także z nielegalnych wycinek. I przyroda, i ludzkie ciała są zasobami, z których można jeszcze wycisnąć jakieś korzyści, choć wszędzie na świecie wymaga to użycia coraz większej przemocy. Ligia Martinez dokumentuje wycinki, pisze, rozmawia z mediami, należy do organizacji zrzeszających kobiety z różnych plemion. Po drugiej stronie są korporacje, przestępczość zorganizowana i skorumpowani politycy. Władza, pieniądze, karabiny. „Kiedy ktoś kradnie rzekę”, mówi Martinez, „kradnie źródło życia. Ludzie, rośliny, zwierzęta, woda i to, co może wyrosnąć z ziemi — to jest właśnie życie. Życie jest jedno, na Ziemi, innego nie ma. Kiedy rzeka umiera, wszystko umiera. Jest to w gruncie rzeczy bardzo proste”. Mam na nagraniu idiotyczną minę prymuski, której zależy na zrobieniu dobrego wrażenia. „W 2020 roku udokumentowano dwieście dwadzieścia siedem morderstw obrońców i obrończyń przyrody”, stwierdzam, „z tego ponad połowę w krajach Ameryki Łacińskiej: sześćdziesiąt pięć w Kolumbii, trzydzieści w Meksyku. A było ich zapewne o wiele więcej”. Jestem reporterką, mam obowiązek mówić te wszystkie rzeczy, o których czytelniczki i czytelnicy powinni wiedzieć, a także pytać o to, co może być dla nich interesujące. Więc pytam, czy Ligia boi się o swoje życie. Nie chce mówić o strachu. „To jest wojna”, odpowiada i uśmiecha się. „Na wojnie jest niebezpiecznie”. Jej twarz tchnie spokojem, a nawet jakimś rodzajem radości, który mnie zawstydza. Czuję się przy niej słaba i rozpieszczona. „Wojna przeciwko komu?”, dopytuję. Wszystko musi zostać wypowiedziane, każda oczywistość. „Nie tyle przeciwko komuś, co o coś”, odpowiada nieco znużonym tonem. „O życie po prostu. Jedni niszczą życie dla zysku, drudzy go bronią”. Pytam o Bertę Cáceres, bo wiem, że się znały. Odpowiada rzeczowo, spokojnie i wyczerpująco. „Cáceres była przywódczynią honduraskiego ludu Lenka. To oczywiście wiesz. Opowiedzieć o Lenka? Dobrze: Lenka to lud rolniczy, mieszkają na zachodzie kraju, między zatoką Fonseca a doliną rzeki Lempa i dalej na północ wzdłuż rzeki Gualcarque. Są przywiązani do swojej ziemi, bo dzięki niej żyją. Jakiś czas temu pewna międzynarodowa firma — bez trudu sprawdzisz, jak się nazywała — zleciła zbudowanie tamy na płynącej przez ich tereny Gualcarque. Właściwie to więcej niż tamy, bo chodziło o gigantyczną budowlę piętrzącą wodę, miały tam powstać cztery elektrownie wodne. Ale Gualcarque jest święta dla tych ludzi. Święta znaczy tyle co niezbędna. Zapisz to, proszę. Tamy by ją całkiem zniszczyły, więc ci ludzie przyszli do Berty z prośbą o pomoc. I udało się, tama nigdy nie powstała”. „Ale Cáceres…” — „…została zamordowana. Tak, u siebie w domu. Kiedy to było?”, Martinez liczy w pamięci, „już pięć lat temu. Dwa strzały: w dłoń i w policzek” — wskazuje palcem te miejsca na swoim ciele. „Kto to zrobił?”, pytam, żeby wszystko zostało wypowiedziane. „Cóż, dziś wiemy, że to owa firma zleciła zabójstwo, jej prezesa skazano nawet na parę miesięcy więzienia. To rzadkość. Tego typu morderstwa nieczęsto bywają rozliczane. Cáceres była wyjątkiem, bo była rozpoznawalna, nie tylko w Hondurasie, ale też w USA i Europie. Anonimowych śmierci jest więcej, znacznie więcej. W Hondurasie nie ma miesiąca, żeby ktoś nie zginął, broniąc rzeki lub lasu. Ale rzeki — to my”, konkluduje. Zatrzymuję nagranie i zastanawiam się, dlaczego to ostatnie stwierdzenie brzmi jak poetycka metafora, podczas gdy Martinez po prostu mówi prawdę. Ludzkie ciało składa się głównie z wody, nie da się przeżyć bez wody dłużej niż kilka dni. Zdrowa rzeka oznacza życie wielu ciał. Zatruta rzeka to zatrute ciała. Nazwane wprost, te podstawowe fakty brzmią jednak niepoważnie; podobne treści mogą znaleźć się w weekendowym dodatku gazety lub piśmie kobiecym, ale nie tam, gdzie toczą się naprawdę poważne rozmowy o przyszłości świata. „Sądzisz, że wasza walka ma mimo wszystko szansę na powodzenie?”, pyta mój duplikat, gdy ponownie uruchamiam nagranie. „Berta uratowała Gualcarque”, odpowiada. A po chwili dodaje coś jeszcze, bo dobrze wie, o co mi chodzi: „Tak, oni są silniejsi. Ale siła nie wystarczy. Oni mają pieniądze i maszyny, ale to my mamy lepszą motywację. Mamy lepszy powód, żeby walczyć. Mamy lepszy powód, żeby żyć. I w razie czego, żeby umrzeć”. I znowu się uśmiecha.

Kiedy mówi o maszynach — o pieniądzach i maszynach — myślę o tym dniu, kiedy harwestery wjechały do lasu nieopodal starego domu. I o ciałach, które ustawiły się naprzeciwko nich. Nie byłam jedną z nich, nie jestem typem aktywistki, nie przykuwam się do drzew ani do maszyn. Ale znałam ludzi, którzy walczyli wtedy o zatrzymanie wycinki, niektórzy byli moimi przyjaciółmi. Widziałam, jak zamieniali się w wojowników i wojowniczki, widziałam też, jak robiono z nich przestępców. Widziałam wypalenie, złamane życia, utratę nadziei, konflikty, widziałam też zwycięstwo. Ci od pieniędzy i maszyn są na całym świecie tacy sami, jakby należeli do jednego gatunku. Ale walka trwa. „Po prostu rób, co do ciebie należy”, mówi kobieta.

A wtedy: takie białe niebo. Jakby wyciekł z niego cały błękit, jakby nastąpiła przerwa między porami dnia i roku, jakaś luka, puste miejsce między zdarzeniami. Jest styczeń 2013 roku i ciągnę wywiady w sprawie żoliborskich przyjaciółek. Gdyby ktoś miał dostać się do mieszkania ofiar przez drzwi balkonowe, musiałby wspiąć się po balkonie Weroniki Lisek. Pukam więc do jej drzwi. Pani Weronika ma wesołe oczy i pomarańczowe loczki na głowie. Zaprasza mnie do kuchni, w której dostaję oczopląsu od nagromadzonych tu przedmiotów: pudełeczek, słoiczków, puszeczek. „Tak między nami mówiąc, to okropna baba była”, rzuca, parząc herbatę. „Ma pani na myśli panią Idę?” Ida Kalinowska, bo tak nazywała się starsza z dwóch przyjaciółek, rzekoma poetka, wzbudza u wszystkich więcej emocji niż młodsza Anna Lato. „No ona. Niby o zmarłych nie powinno się mówić źle, ale ktoś musi, skoro pani zależy na prawdzie. Ona się bardzo wywyższała. A nie wiadomo nawet, skąd się wzięła. Nie była stąd”. „To chyba jeszcze nic strasznego”. „Nie, pewnie, że nie. Ale wszędzie zachowywała się jak u siebie, na klatce, na dworze. Bieliznę wieszała na balkonie jak na wystawie… A przecież była już staruchą. I ciągle paliła, strząsała popiół przechodniom na głowę”. Urywa. „Morderstwa nic nie usprawiedliwia”, dodaje po chwili. „Jeśli to było morderstwo”. „Co pani ma na myśli?”, dopytuję. Wzrusza tylko ramionami.

Dość szybko staje się jasne, że niechęć wobec dwóch kobiet była w ich otoczeniu powszechna, tylko uzasadniana na różne sposoby. Odbierano je jako obce, dziwne, przemądrzałe. Rzekomo organizowały głośne imprezy, najprawdopodobniej były alkoholiczkami. Niewykluczone, że młodsza prostytuowała się, żeby utrzymywać cały ten cyrk. Tego ostatniego dowiaduję się od osoby spotkanej przypadkowo na podwórku. Kobieta nie mieszka nawet w tym samym bloku, ale już wie, że rozmawiam z mieszkańcami i chętnie dorzuca swoje trzy grosze. Najwyraźniej cała okolica żyje zbrodnią i śledztwem.

Mnie także zaciekawiło, skąd brały pieniądze, skoro tak daleko, jak sięgała pamięć zbiorowa, żadna z nich nie chodziła do pracy. I tu czaiła się największa niespodzianka: śledztwo policyjne wykazało, że Ida Kalinowska przez trzydzieści lat regularnie otrzymywała pieniądze od pewnego eksprzedsiębiorcy budowlanego, dzielącego czas między Kraków a górską posiadłość nieopodal Zurychu. Kiedy policja do tego dotarła, mężczyzna już nie żył. Popełnił samobójstwo trzy dni przed śmiercią przyjaciółek. W jego wspaniałym szwajcarskim domu znaleziono całe pudła listów napisanych, według ekspertyzy, ręką Idy Kalinowskiej. Samo przeczytanie tych listów stanowiło zadanie wymagające wielu tygodni, zadanie niebywale żmudne, które zdawało się nie mieć końca, lecz które jednak z czasem wykonałam, choć omal nie doprowadziło mnie do szaleństwa. W wielu z nich Ida opisywała po prostu przebiegi swoich dni, nudne relacje z codziennych rutynowych czynności ciągnęły się akapit po akapicie, jakby postawiła sobie za zadanie opisanie wszystkiego, dosłownie każdej minuty, każdego przedmiotu, którego dotknęła, każdej skosztowanej potrawy. W innych relacjonowała obserwacje astronomiczne lub dzieliła się refleksjami na temat natury wszechświata, przy czym chwilami miałam wrażenie, że używa jakiegoś kodu zrozumiałego tylko dla nich dwojga. Trafiały się też momenty dziwnej, niepokojącej poezji. Zdania tajemnicze i zapadające w pamięć. Jak to, że człowiek idzie po wiedzę, jakby szedł na wojnę. Albo to, że umiera się w całości, włączając w to te części, których nigdy w sobie nie rozpoznaliśmy. Że podobnie umierają światy. Notatki z tamtego okresu to ponad setka plików — trzymam je w folderze o nazwie Hypatia.
(…)

Julia Fiedorczuk „Dom Oriona”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 208

Opis: Historia, która pozwala oswoić nieuchronność bycia w drodze. Gwiazdozbiór Oriona rozświetla zimowe niebo nad Puszczą Białowieską. W dzikim i oszałamiającym lesie Eliza staje twarzą w twarz ze swoimi demonami, dźwigając bagaż własnych oraz cudzych historii i strat. Nie jest sama, w jej głowie wciąż dźwięczy głos Lou – przyjaciółki, niespełnionej miłości, siostrzanej duszy, która obdarowała ją zachwytem nad światem. Eliza jednak od dłuższego czasu nie ma z Lou żadnego kontaktu, dlatego postanawia podążyć jej tropem. W „Domu Oriona” struktura konstelacji przenosi nas do kolejnych miejsc – Puszczy Białowieskiej, rozgorączkowanych Aten, lasu deszczowego w środkowym Meksyku. Podążamy za intrygującymi i tajemniczymi splotami losów ludzi, zwierząt, minerałów i gwiazd, pozostających w nieustającym ruchu. Julia Fiedorczuk w charakterystycznym dla siebie stylu po raz kolejny zabiera nas w podróż do świata przyrody nierozerwalnie związanego z człowiekiem. Autorka, czerpiąc garściami z mitologii różnych kultur, buduje niekonwencjonalną, planetarną opowieść o rozedrganej współczesności.


Tematy: , , , ,

Kategoria: fragmenty książek