banner ad

Pisarz ma tak naprawdę dwa życia, swoje i bohatera, którego historię tworzy – wywiad z Agą Sarzyńską

9 lutego 2022

„Małe historie z dużych miast” to druga w dorobku pisarskim książka Agi Sarzyńskiej. Osiem światowych metropolii, osiem historii i dwudziestu czterech bohaterów, z których każdy opowiada czytelnikowi zgoła inną historię. O potrzebie adrenaliny, historii, którą napisało życie, oraz wcielaniu się w swoich bohaterów rozmawiamy z autorką Agą Sarzyńską.

Paulina Janota: Zwiedziła pani kawał świata! Kenia, Tajlandia, Wietnam, Indie, Hiszpania – we wszystkich tych krajach pani mieszkała. Czy obecnie wciąż mieszka pani w Barcelonie, czy to już jedynie wspomnienie?

Aga Sarzyńska: Nadal, ponieważ bardzo ciężko jest opuścić miasto, które pokochało się od pierwszego wejrzenia. Od lat powtarzam, że Barcelona jest moim domem tymczasowym, moja chwilową bazą, która to chwila jednak trwa dłużej, niż przypuszczałam, przyjeżdżając tutaj prawie dwanaście lat temu. Mieszkam w dzielnicy, która mieści w sobie cały świat. Ilekroć wracam z podróży z jakiegokolwiek zakątka świata, zawsze znajduję miejsce, gdzie mogę zjeść azjatycki czy afrykański przysmak, posłuchać samby albo podszlifować portugalski. Jednak tak naprawdę magnesem, który mnie tu przyciąga, są ludzie. Mój dom znajduje się w południowej części dzielnicy, gdzie częściej można usłyszeć arabski, wolof czy urdu niż hiszpański i kataloński. Ta strefa jest tyglem kulturowym, miejscem, w którym przenikają się różne światy. I ta heterogeniczność najbardziej mnie urzekła, kiedy po raz pierwszy pojawiłam się na Ravalu.

Pani pierwsza książka „Barszalona” traktowała właśnie o życiu w Ravalu, czyli dzielnicy, która nie cieszy się zbyt dobrą sławą. „Małe historie z dużych miast” również zabierają czytelnika do takich „szemranych” miejsc. Podłe dzielnice, niebezpieczeństwo, pewnego rodzaju brzydota miejska to coś, co zdecydowanie panią pociąga. Co jest w tym dla pani takiego uwodzącego?

Na pewno adrenalina, ale nie jest to główny powód moich „niebezpiecznych” wyborów. Interesują mnie miejsca naznaczone stygmą, strefy o wątpliwej reputacji, ponieważ nie raz się przekonałam, że negatywne opinie mijają się z prawdą, i niestety, są bardzo krzywdzące dla mieszkańców wyżej wymienionych. Raval ma łatkę dzielnicy niebezpiecznej, o wysokim wskaźniku przestępczości, podobnie jak fawela, z której pochodzi Johnny Favelado z jednego z moich opowiadań. Rzecz jasna, Raval czy Rocinha to nie rezydencje dla klasy średniej i, tak jak w „Mieście Boga”, można w tej drugiej spotkać młodego chłopaka z AK-47. Z pewnością też łatwiej w takich rejonach dostać narkotyki, natomiast należy pamiętać, że zdecydowana większość ich mieszkańców to skromni i uczciwi ludzie.

Nie każdy jednak zdecydowałby się na zamieszkanie w takim miejscu. Pani jednak nie ma z tym problemu.

Odkrywam te z pozoru niebezpieczne miejsca, a potem o nich piszę, głównie dlatego żeby je odczarować, pokazać iż wcale nie są takie odrażające, brudne i złe.

Brzydota miejska, jak to ładnie ją pani określiła, fascynuje mnie od lat. Te zaniedbane rejony tętnią życiem, gołym okiem widać ich historię, codzienne zmagania mieszkańców próbujących związać koniec z końcem. Zajmuję się amatorsko fotografią, portretując głównie takie właśnie społeczności, ponieważ „surowa”, „nieoszlifowana” fotografia najbardziej mnie interesuje. Historie wypisane na twarzach żyjących tam ludzi wyglądają barwnie nawet na moich czarno-białych zdjęciach.

W „Barszalonie” pisała pani o miejscu doskonale przez panią znanym, bo mieszka pani w Ravalu. Czy we wszystkich metropoliach, do których czytelnik przenosi się na kartach pani najnowszej powieści, również pani mieszkała? Precyzyjnie oddaje pani topografię opisywanych miast.

W niektórych udało mi się spędzić sporo czasu, mieszkając i pracując, inne poznawałam podczas wielu podróży. Sporo jeździłam po Indiach, żyłam w brazylijskiej faweli, dwa lata spędziłam w Hanoi, w Warszawie studiowałam i tak dalej, i tak dalej… W innych miastach – bohaterach mojej ostatniej książki – byłam lub bywałam na długich wakacjach.

Podróżuję „niespiesznie”, co daje mi możliwość głębszego wglądu w odwiedzane przeze mnie kraje oraz okazję do interesujących rozmów z ich mieszkańcami. Fakt, że zwiedzam świat sama, pozwala mi skoncentrować całą uwagę na osobach, które – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – stają na mojej drodze. Bywam głównie w miejscach, gdzie raczej trudno o atrakcje turystyczne, ale z mojej perspektywy tam właśnie jest najciekawiej. Na przykład w ubiegłym roku zawędrowałam pod granicę syryjską i muszę przyznać, że był to jeden z najbardziej ekscytujących momentów zeszłych wakacji.

Zawsze mam przy sobie mapę, ale czasami z premedytacją się gubię, bo stwarza to okazję do nieplanowanych wydarzeń, a te w końcu są najbardziej intrygujące.

Raval, dzielnica, w której mieszka autorka (fot. Aga Sarzyńska).

„Małe historie z dużych miast” to osiem historii i dwudziestu czterech bohaterów. Każde opowiadanie traktuje o czymś, pozornie, innym – mamy tu różne miasta i różnych bohaterów. To, co zdaje się łączyć wszystkie, posługując się tytułem, małe historie z dużych miast, to samotność i zagubienie; zagubienie w sobie i w rzeczywistości.

Fascynują mnie duże miasta, ich chaos, intensywność, anonimowość, czy w końcu samotność. Dla Anny izolacja to świadomy wybór, ucieka tam, gdzie nikt jej nie zna, ogranicza kontakty z ludźmi do niezbędnego minimum, jest na takim etapie życia, że bycie samą oznacza święty spokój. Podobnie Bruno, któremu matka nawet trochę przeszkadza, zakłócając swoją nadopiekuńczością jego wewnętrzny świat. Dla innych bohaterów bycie samym czy samotnym jest koleją losu. Tak po prostu potoczyło się ich życie. Samotność w naszym życiu jest konsekwencją szeregu zdarzeń, na które czasami nie mamy wpływu. I chcąc nie chcąc, musimy sobie z nią poradzić. Jednym idzie to lepiej, innym gorzej. Dużo zależy od naszej konstrukcji psychicznej, tego, jak dobrze lub źle czujemy się ze sobą, na jakim etapie życia jesteśmy. To jest dosyć skomplikowany temat, bo też inaczej to wygląda wśród imigrantów, nawet w tej grupie trzeba inaczej patrzeć na tych, dla których emigracja była wyborem, i tych, dla których okazała się jedyną opcją.

Odnalezienie się w miejskiej dżungli może być nie lada wyzwaniem, bo też każda dżungla ma swoją specyfikę. Paryż, jedno z moich najukochańszych miast, jest dosyć nieprzyjazne, w przeciwieństwie do Meksyku, którego mieszkańcy są jednymi z najserdeczniejszych, jakich poznałam.

Ciekawi mnie proces powstawania książki. Opowiadania były pisane przez panią w pewnych odstępach czasowych czy też usiadła pani do pracy, mając gotową wizję tego, jak książka będzie wyglądać?

Pomysł „Małych historii…” narodził w Paryżu. Kończyłam wtedy „Barszalonę”, zaczynałam pisać nową powieść. Pewnej nocy obudzili mnie nieproszeni goście… I tak powstał „Paryż”, który był sposobem na poradzenie sobie z traumą po tamtej wizycie. Opisanie tego zdarzenia było czymś w rodzaju katharsis. Przelanie na papier strachu było moją terapią domowej roboty, która przywróciła równowagę w wywrócone wtedy do góry nogami życie.

Od spisującej moje zeznania policjantki usłyszałam, że złodzieje pewnie bali się nie mniej niż ja. Wtedy pojawił się plan, żeby opisać całe zdarzenie z różnych perspektyw, bez oceniania ich bohaterów. Każdy z nas przecież inaczej postrzega tę samą sytuację, w końcu nasz punkt widzenia jest zdeterminowany przez wiele czynników, takich jak nasze pochodzenie, zasady wpojone przez rodziców, doświadczenie etc.

Po „Paryżu” szybko doszły inne miasta, w których mieszkałam lub zatrzymałam się na dłużej. Znałam ich rytm, mieszkańców, wiedziałam, co robią, gdzie się bawią. Lubię mówić o sobie, że jestem wielkomiejską pisarką. Fascynują mnie metropolie, ich szybkie życie, anonimowość, obcość. Patrząc na mijających mnie ludzi, wymyślam ich historie, tak jak ta Anastazji, która śmignęła mi przed nosem na rolkach w rosyjskiej stolicy. W ten oto sposób najkrótsze spotkanie zaowocowało opowiadaniem.

Autorka „Małych historii z dużych miast”, Aga Sarzyńska (fot. Sasha Asensio).

Niektórzy bohaterowie, jak i historie, mają zatem swoje źródła w rzeczywistości.

Część bohaterów „Małych historii…” miałam szczęście osobiście poznać. Oczywiście ich prawdziwe losy w niewielkim stopniu pokrywają się z tym, co opisuję w książce, jednak każde spotkanie było dla mnie ogromną inspiracją. Czasami wystarczyło mi jedno zdarzenie czy nawet słowo, by naszkicować coś, co potem przerodziło się w historię. Tak było na przykład z bohaterką „Moskwy”, która za ostatnie pieniądze kupiła szminkę Chanel.

Inni bohaterowie są fikcyjni, jednak przecież w niemal każdym mieście spotkamy bezdomnego, pedantycznego samotnie mieszkającego mężczyznę czy prostytutkę.

Nie chciałabym za dużo zdradzać, wolę zostawić czytelnikom pole do domysłów. Które z opisanych przygód oparte są na faktach? Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że często rzeczywistość jest ciekawsza od fikcji literackiej.

Jak wyglądały pani relacje z bohaterami? Stworzyła pani aż dwudziestu czterech różnych bohaterów – podejrzewam, że nie było to łatwe zadanie.

Pisząc „Małe historie…”, zaprzyjaźniałam się z każdym z bohaterów, dlatego też trudno byłoby mi wybrać jedną, czy nawet kilka bliskich mojemu sercu postaci. Pisanie ma coś wspólnego z aktorstwem. Grając, aktor wchodzi całym sobą w interpretowaną postać, utożsamia się z nią, żyje nią. Pisząc, byłam w pokoju Phillipa, kroiłam chleb, który wkładałam potem do zamrażalnika, patrzyłam na zdjęcie Grety Garbo. Podobnie było z pozostałymi bohaterami. Pisarz ma tak naprawdę dwa życia, swoje i bohatera, którego historię tworzy, więc chcąc nie chcąc, staje się swoim wytworem wyobraźni.

Piszę, żeby odkryć to, co jest dla mnie inne, obce, trudne do interpretacji, dlatego też wcielam się w zagubioną artystkę, policjanta czy staruszkę handlującą pumeksem pod warszawską Rotundą. Piszę, żeby zrozumieć. Mój krąg znajomych jest dosyć szeroki, bo są w nim szanowany lekarz, skromna emerytka, pracownica korporacji czy zabójca… i wiele innych nie mniej barwnych postaci. Rozmawiając z nimi, staram się dotrzeć do prawdy. Ich prawdy.

Raval, dzielnica, w której mieszka autorka (fot. Aga Sarzyńska).

Czytając pani książkę, miałam przed oczami filmy takie jak „Zakochany Paryż” czy też „Zakochany Nowy Jork”. Mają one podobną konstrukcję jak pani książka i również traktują o osamotnieniu (i nie tylko) w wielkich miastach.

Tak jak wspominałam wcześniej, inspiracją były słowa przesłuchującej mnie w Paryżu policjantki mówiącej o strachu włamywaczy, i to właśnie było głównym powodem, dla którego książka ma taką właśnie konstrukcję.

Jeśli natomiast chodzi o wpływy wielkiego ekranu, to obejrzawszy dawno temu „Amores Perros”, zastanawiałam się, jak taką historię można by opisać w książce. W rozpoczynającej film scenie zderzają się dwa samochody oraz losy trójki głównych bohaterów, ludzi należących do diametralnie różnych światów. Dzieli ich pozycja społeczna, łączy samotność.

Widziałam film Iñárritu jakieś dwadzieścia lat temu, więc na długo przed tym, jak zaczęłam pisać, ale jak widać, co się odwlecze, to nie uciecze.

Zadam pytanie podobne do tego, znienawidzonego przez wielu ludzi, które często pada w trakcie rozmowy o pracę – w jakim kraju widzi się pani za pięć lat?

Uwielbiam niespodzianki, więc mam nadzieję, że uda mi się siebie zaskoczyć. Tak naprawdę żyję z dnia na dzień, może nie aż tak jak Humphrey Bogart w „Casablance”, ale całkiem blisko i moje plany nie wybiegają poza najbliższe wakacje. Chyba nawet nie chciałabym wiedzieć, co będę robić za rok, a co dopiero za pięć lat. Mam oczywiście nadzieję, że będę robić to, co lubię, tylko jeszcze nie wiem, co to będzie. (śmiech)

Rozmawiała: Paulina Janota
fot. główna: Sasha Asensio


Tematy: , , , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady