Od czterdziestu lat słyszę, że powieść jest martwa – rozmowa z Isabel Allende

28 października 2023

Polska premiera „Violety”, dwudziestej pierwszej powieści (a dwudziestej piątej książki w ogóle) w dorobku Isabel Allende, stworzyła okazję do wywiadu z niekwestionowaną królową współczesnej literatury latynoamerykańskiej. Rozmowa dotyczyła jednak nie tylko samej książki, ale również sytuacji kobiet w wielu miejscach na świecie, nawyków wykuwających dyscyplinę, komunikacji z czytelnikami oraz odpowiedzi na pytanie: „Czy można czytać chilijską pisarkę i popierać Trumpa?”.

Sebastian Rerak: Przyznała pani, że w obecnym momencie życia czuje absolutną wolność. Czemu ją pani zawdzięcza?

Isabel Allende: Przyczyna jest prosta: nie muszę już zajmować się innymi ludźmi. Pięć lat temu odeszła moja matka, cztery lata temu – ojciec. Mój syn dobrze sobie radzi, wnuki zdążyły dorosnąć… Obecnie mam na głowie wyłącznie swoje psy. No i po trosze męża. (śmiech) Nie czuję żadnej presji, aby pracować, pisać czy robić cokolwiek innego. Wraz z wybuchem pandemii postanowiłam wyeliminować z życia wszystko to, na co nie mam ochoty. Dlatego też przestałam podróżować, uczestniczyć w sesjach podpisywania książek czy chodzić na przyjęcia koktajlowe. I nade wszystko unikam toksycznych ludzi! Temu wszystkiemu zawdzięczam wolność, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyłam.

Czy kiedykolwiek w swojej karierze odczuwała pani potrzebę udowodnienia czegoś? Najpierw jako pisząca kobieta, potem jako autorka odnosząca sukcesy komercyjne?

Nie, nigdy nie uważałam, że mam coś do udowodnienia. Po prostu pisałam książki – jedną po drugiej. Rozkochałam się w całym tym procesie, od pierwszego researchu aż po opowiadanie historii. I wciąż jestem zaskoczona odbiorem, z jakim spotykają się moje powieści, bo czytelnicy nie przestają pisać do mnie i dzielić się wrażeniami. Nigdy jednak nie czułam potrzeby zdobywania nagród czy plasowania się wysoko na listach bestsellerów. Nie traktuję pisarstwa jako kariery, ale jako styl życia.

I powołanie?

Można tak powiedzieć. Powołanie wyzbyte presji. Gdybym była muzykiem, nie potrafiłabym występować na żywo przed tłumem ludzi – to zbyt stresujące. Na szczęście nie muszę tego robić. Po prostu siedzę sama w swoim pokoju, zanurzona w ciszy. Nikt nie wyznacza mi deadline’ów ani nie decyduje, o czym mam pisać. Sama ustalam sobie termin skończenia pracy, ale po to, żeby nadać jej pewną strukturę, a nie dlatego, że ktoś zagląda mi przez ramię.

Niedawno ukazała się w Polsce „Violeta”. Tytułowa bohaterka walczy o niezależność, chce uwolnić się od więzów, którymi krępuje ją rodzina, społeczeństwo, a nawet państwo…

Czas i miejsce urodzenia determinują życie w ogromnym stopniu. Powieściowa Violeta przyszła na świat w Ameryce Południowej w roku 1920, a więc w zupełnie innej rzeczywistości. Kobiety nie mogły wówczas głosować ani decydować, ile dzieci urodzą (pamiętajmy, że antykoncepcja nie była jeszcze powszechnie dostępna!). Tylko nieliczne zdobywały zawód i same utrzymywały się z pracy. Współczesne kobiety nie są już tak ograniczane. Nie muszą poświęcać całego życia zajmowaniu się rodziną, a społeczeństwo straciło nad nimi kontrolę. A jednak w wielu miejscach na świecie sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Prowadzę fundację działającą na rzecz kobiet w Afganistanie, Pakistanie i trudno dostępnych rejonach Afryki. Kiedy spojrzy się na ich położenie, można dojść do wniosku, że cofnęliśmy się o cały wiek. Nadal jest więc wiele do zrobienia. Tym bardziej że 80% wszystkich uchodźców na świecie to kobiety i dzieci. Można nawet cieszyć się w miarę dobrymi warunkami życia, ale wszystko to traci na znaczeniu, kiedy z powodu wojny czy katastrofy zostaje się wygnanym z domu.

Olbrzymi nacisk kładzie pani na przemyślenia Violety, na to, jak odbiera wydarzenia dookoła i jak na nie reaguje. Nasza postawa wobec przeciwności losu jest kluczowa w przetrwaniu tychże?

Zdecydowanie tak. Częstokroć nie mamy wpływu na to, co się nam przydarza, ale możemy kontrolować nasze reakcje. Postać Violety jest luźno oparta na mojej matce, która także urodziła się w 1920 roku i żyła blisko sto lat. Mówię o niej, że była świadkiem stulecia. Urodziła się w czasach szalenie dynamicznych zmian – w sferze nauki, techniki, wynalazczości. Przeżyła II wojnę światową, ale widziała, też jak kobiety zdobywają się na emancypację. Przez większość życia mogła liczyć jedynie na siebie. Zgodnie z moją prywatną teorią feminizm nie może istnieć bez niezależności ekonomicznej. Dopóki ktoś inny płaci za ciebie rachunki, nie możesz mówić o wolności. Dlatego tak ważne było dla mnie, aby Violeta znalazła pracę, mogła utrzymywać się pomimo młodego wieku. Bo tylko wówczas jest się zdolnym do podejmowania wyborów.

Sto lat życia Violety to także czas wielu tąpnięć w historii Ameryki Południowej. Czy z kolei myśląc o przyszłości kontynentu, ma pani powody do optymizmu?

O tak! Nie byłam optymistką w latach 70. i 80., kiedy nad całą Ameryką Łacińską ciążyło widmo represyjnych dyktatur wojskowych. W samej tylko Ameryce Środkowej ludobójstwa pochłonęły życie dwustu tysięcy rdzennym mieszkańców. Po zakończeniu zimnej wojny w całym regionie rozkwitła jednak demokracja. Często daleka od ideału, ale jednak demokracja! Nadal w wielu miejscach mamy problemy z przestępczością, gangami narcos, nierzadko bardzo skorumpowaną władzą i wojskiem, jak również falą migracji ekonomicznych. Samą Wenezuelę opuściło w ostatnich latach sześć milionów ludzi, podczas gdy pół wieku temu był to drugi najbogatszy kraj świata! Takie są skutki nieudolnych rządów. Mimo wszystko uważam, że Ameryka Łacińska wciąż dojrzewa, staje się bardziej bezpieczna i przyjazna mieszkańcom.

Pytam także dlatego, że Violeta przychodzi na świat w czasie epidemii hiszpanki, a umiera w trakcie pandemii Covid. Taka klamra mogłaby sugerować pewną powtarzalność historii.

Historia poniekąd się powtarza, ale nigdy w dokładnie taki sam sposób. Dzieje ludzkości postrzegam nie tyle cyklicznie, co w formie ruchów spiralnych, falowych, czy nawet na kształt zygzaku. Pewna zapaść jest nieunikniona, co widzimy dziś w postaci – skądinąd przerażającej – tendencji do powrotu autorytarnych, quasi-faszystowskich rządów. Generalnie staram się jednak być optymistką i wierzę, że ludzkość nauczyła się czegoś od czasu ostatniej wielkiej wojny. „Violeta” ukazuje ewolucję stulecia – wszystkie pozytywne zmiany znajdują odbicie w biografii bohaterki.

(fot. © Lori Barra)

W powieści znalazło się także subtelne nawiązanie do debiutanckiego „Domu duchów”. Ktoś gotów byłby odebrać to jako sygnał, że „Violeta” miała być w założeniu pani ostatnią książką.

Od kilku lat zawsze zaczynam pisanie nowej książki 8 stycznia. Dzień wcześniej zadaje zaś sobie pytanie, czy nie będzie ona już tą ostatnią. W końcu mam 81 lat, może pora wziąć na wstrzymanie? (śmiech) W dodatku ciągle słyszę pytania: „Napisałaś 26 książek, ile zdołasz jeszcze?”, „Kiedy przejdziesz na emeryturę?”. Ale kiedy tylko w mojej głowie pojawia się pomysł, postanawiam dać mu szansę. Tak oto cały proces rusza na nowo, rozpoczynam research, piszę pierwsze zdanie i… pasja opowiadania rozpala się na nowo. A wraz z nią czuję przypływ adrenaliny.

Mówi pani tak, jakby pisanie przychodziło jej bardzo łatwo.

Och nie, początek jest zawsze trudny! (śmiech) Pierwsze tygodnie to czas harówki. Miewam wówczas poczucie, że zmierzam donikąd, ale zakładam, że z czasem historia zacznie się rozwijać, a bohaterowie zrobią coś nieprzewidywalnego – także dla mnie! Poniekąd łatwiej pisze mi się powieści historyczne, choć „Violeta” akurat taką nie jest. Kiedy muszę sporządzić dokumentację, to dostarcza mi inspiracji, a fakty historyczne stają się solidnym fundamentem opowieści.

W międzyczasie na rynku amerykańskim ukazała się pani najświeższa powieść „Wind Knows My Name”.

Akcja tej powieści rozpoczyna się w Wiedniu, na krótko przed wybuchem II wojny światowej. Od czasu nocy kryształowej żydowska społeczność wie już, że naziści jedynie nasilą represje, dlatego wiele rodzin postanawia opuścić kraj, poddany już wcześniej aneksji przez Trzecią Rzeszę. Wielka Brytania oferuje dziesięć tysięcy wiz dla żydowskich dzieci z Niemiec, Austrii, a także Polski i Węgier. Jednym z bohaterów „Wind Knows My Name” jest sześcioletni Samuel, którego matka wsadza do pociągu i wysyła w nieznanym kierunku. Kiedy spotykamy go ponad 80 lat później, mieszka w Berkeley, jest renomowanym muzykiem. Wraz z wybuchem pandemii zamyka się w swoim domu odcięty od świata. W tym samym czasie siedmioletnia niewidoma dziewczynka zostaje oddzielona od swojej rodziny przez amerykańskie służby graniczne w konsekwencji antyimigracyjnej polityki Trumpa. Połączyłam losy dwojga ludzi, rozdzielone 80 latami historii. Skądinąd przypadek dziewczynki inspirowany jest prawdziwą historią, z którą zetknęłam się poprzez moją fundację.

W obu wspomnianych książkach pojawia się pandemia Covid. Niektórzy spekulowali, że zmieni ona nawyki ludzi i że wielu z nich na nowo odkryje czytanie. Pani zdaniem rzeczywiście tak się stało?

Moja agentka twierdzi, że faktycznie sprzedaż książek jest wyższa, a przynajmniej w USA i wśród wydawnictw hiszpańskojęzycznych. Nie sądzę jednak, aby ten trend utrzymał się długo. Życie znowu nabiera tempa i na lekturę może zabraknąć czasu. Z drugiej strony podobno zwiększyło się zainteresowanie audiobookami, a tych można słuchać nawet na telefonach. Potrzeba poznawania historii nie zniknie nigdy. Od 40 lat słyszę co jakiś czas, że powieść jest martwa. I zawsze okazuje się to przedwczesną deklaracją.

(fot. © Lori Barra)

Wspomniała pani, że nie uczestniczy już w działaniach promocyjnych. Mimo to zachowuje pani kontakt z czytelnikami?

Tak, biorę udział w wydarzeniach na Zoom, udzielam wywiadów, a wreszcie staram się odpisywać na maile. Piszą do mnie głównie młode kobiety. Czasami dziękują za wsparcie w trudnych chwilach, bywa że proszą o poradę lub przyznają, że któraś z moich bohaterek była dla nich inspiracją. Kiedy jednak otrzymuję wiadomość w rodzaju: „Zmieniłaś moje życie!”, odpowiadam: „Nie, ja niczego nie zmieniłam. Co najwyżej ubrałam w słowa coś, co było już w tobie”. Ludzie odnajdują siebie w moich książkach, bo myślą i czują podobnie. Wiem, że nie nawiążę takiej więzi z sympatykami Trumpa, ale oni i tak nie sięgnęliby po moje książki.

Kiedy czytelnicy piszą o wsparciu i inspiracji, czuje pani pewną odpowiedzialność?

Nie tyle wtedy, gdy odpowiadam na maile, ale niewątpliwie podczas pisania książek. Przede wszystkim staram się nie poddawać nikomu negatywnych pomysłów. Dlatego nigdy nie opisuję tortur, a najwyżej sugeruję, do czego zdolni są psychopaci. W moich książkach nie ma też miejsca na okrucieństwo wobec zwierząt – to coś, o czym nie mogę nawet myśleć.

Wrócę jeszcze na koniec do nawyku systematycznej pracy, którą rozpoczyna pani zawsze tego samego dnia w roku. Nie można być pisarzem, jeśli nie ma się dyscypliny?

Och, wielu pisarzy nie ma dyscypliny. Aczkolwiek dlatego też piszą jedną książkę na 10 lat. (śmiech) Ja potrzebuję dyscypliny, aby wnieść porządek do mojego skomplikowanego życia. Moje książki tłumaczone są na 42 języki, a wydawcy ze wszystkich krajów chcą, żebym angażowała się w promocję. Mogłabym poświęcić resztę życia na podróże, wywiady i spotkania autorskie. Dyscyplina pozwala mi jednak powiedzieć „nie”. Nade wszystko potrzebuję przestrzeni i czasu. Wszyscy w moim otoczeniu – rodzina, przyjaciele, agent, wydawca – wiedzą, że styczeń jest świętym miesiącem odosobnienia i tworzenia. I tak już pozostanie, dopóki nadal mogę pisać.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. © Lori Barra


Tematy: , , , , , ,

Kategoria: wywiady