Mikael Blom­kvist jedzie na północ. Przeczytaj fragment „Krzyku orła”, czyli 7. tomu „Millennium” autorstwa Karin Smirnoff

15 listopada 2023

Siódmy tom popularnej serii kryminalnej zapoczątkowanej przez Stiega Larssona trafił do księgarń nakładem Wydawnictwa Czarna Owca. W powieści „Krzyk orła”, pierwszej odsłonie napisanej przez Karin Smirnoff, na czytelników czekają niemałe zmiany w życiu bohaterów. Magazyn „Millennium” przestaje ukazywać się drukiem i ma odrodzić się w formie podcastu. Lisbeth Salander musi zaopiekować się siostrzenicą, która będzie ważną postacią również w kolejnych dwóch tomach. Natomiast Mikael Blom­kvist uda się na północ Szwecji. W jakim celu? Przekojancie się, czytając poniżej jeden rozdział książki.

3

A czego się, kurde, spo­dzie­wał. Po trze­cim komu­ni­ka­cie, że pociąg do Sund­svall, Umeå, Luleå i Kiruny z godziny 18.11 jest opóź­niony, a nowy ter­min odjazdu to 19.34, Mikael Blom­kvist posta­na­wia iść na piwo w restau­ra­cji Luzette.

W nor­mal­nych warun­kach taka chwila na sztok­holm­skim Cen­tra­len byłaby dla niego momen­tem odprę­że­nia. Sie­dzi się w swo­jej bańce i obser­wuje prze­pły­wa­jący obok tłum. Jed­nak nie dziś. Jest za bar­dzo zmę­czony, żeby inte­re­so­wać się oto­cze­niem. Zmę­czony z wielu powo­dów, z któ­rych więk­szość jest dobrze znana. Za dużo pracy. Za dużo zawra­ca­nia głowy w redak­cji. Sie­dze­nie po nocy, za mało snu i deadline, który rze­czy­wi­ście jest śmier­telny.

Cią­gle ta gazeta. „Mil­len­nium”. Dama ponad innymi damami. Która cią­gle wygrywa z rodziną, przy­ja­ciółmi i part­ner­kami. Teraz, po jej śmierci, musi zapy­tać sam sie­bie, czy było warto? Tak. Bez waha­nia. „Mil­len­nium” jest powie­trzem, któ­rym oddy­cha. Krwią, która pły­nie w jego żyłach. Prze­cież nie wszy­scy mogą być ide­al­nymi mężami i ojcami rodzin. Ktoś, mię­dzy innymi on, musi opo­wia­dać tym ide­al­nym mężom i ojcom rodzin, jak się rze­czy mają poza wygra­co­wa­nymi ścież­kami do ich willi.

I wła­śnie dla­tego to takie nie­po­jęte, że już jest po wszyst­kim. Zło, nie­spra­wie­dli­wo­ści, całe to gówno, a jakoś nikt nie ma siły się tym przej­mo­wać. Ludzie wra­cają do domu po dniu spę­dzo­nym w biu­rze, nale­wają sobie szkla­neczkę whi­sky, spraw­dzają maile, jedzą kola­cję, grają w padla i idą spać. W takiej cho­ler­nej bańce żyje więk­szość zna­nych mu osób. Zestre­so­wani życiem, przej­mują się tylko swo­imi naj­bliż­szymi, jeśli w ogóle. Słu­że­nie spra­wie­dli­wo­ści to prze­ży­tek.

Skro­luje listę połą­czeń. Wciąż ani słowa od Eriki Ber­ger. Albo od kogoś innego z redak­cji.

Mikael Blom­kvist nie jest samotny. Jed­nak czuje się osa­mot­niony. A to jest coś nowego.

Wypiw­szy piwo, idzie do kio­sku z gaze­tami, gdzie kupuje sobie kubek kawy i „Mor­ning Star”. Jego uwagę przy­kuwa arty­kuł o bry­tyj­skiej fir­mie wydo­byw­czej, która pró­buje się zain­sta­lo­wać w Nor­r­bot­ten. Dopiero po chwili reaguje na głos.

– Mikael, halo, Mikael.

Pod­nosi wzrok. Sio­stra. Annika.

– A ty co tu robisz? Nie jesteś w Åre?

– Byłam, ale w pracy coś się stało i musia­łam wra­cać. Wła­śnie przy­je­cha­łam. A ty? Cze­kasz na kogoś?

– Pociąg mi się spóź­nia – odpo­wiada. – Chcia­łem poje­chać tro­chę wcze­śniej. Chyba przy­je­dzie­cie na wesele?

– W każ­dym razie pozo­stała la fami­glia – mówi Annika. – Ja przy­jadę tro­chę póź­niej. Prze­cież nawet nie znam narze­czo­nego Per­nilli.

– Chyba jak wszy­scy. Stało się coś szcze­gól­nego?

– Nie – odpo­wiada Annika. – Cho­ciaż tak. Jed­nak nie mogę o tym roz­ma­wiać.

– No weź, coś tam byś mogła.

– E tam. Jeden poli­tyk nakno­cił i tyle.

Mikael czeka na dal­szy ciąg, który nie nastę­puje. A ponie­waż zna swoją sio­strę, to wie, że nic jej nie skłoni do mówie­nia, skoro posta­no­wiła mil­czeć.

– Nada­wa­ła­byś się na szpiega – odzywa się.

– Tak? – śmieje się Annika. – Dla­czego aku­rat na szpiega?

– Bo nawet na tor­tu­rach nie puści­ła­byś pary.

W mil­cze­niu obser­wują prze­cho­dzą­cego męż­czy­znę pcha­ją­cego wózek ze swo­imi rze­czami. Coś mu się stało w plecy. Wózek to jed­no­cze­śnie rola­tor.

– Wie­dzia­łeś, że ochrona co noc wyrzuca na godzinę wszyst­kich śpią­cych na ław­kach, kiedy odbywa się tutaj sprzą­ta­nie? – odzywa się Annika. – Wyobraź sobie, jak im się musi dłu­żyć ta godzina. Paskudna rzecz, że też pań­stwo nie może zała­twić miesz­kań bez­dom­nym – cią­gnie. – Nie­któ­rzy tkwią tu tylko dla­tego, że zale­gają z opła­tami. Pod­czas gdy inni oczy­wi­ście…

– O któ­rego poli­tyka cho­dzi? – prze­rywa jej.

– Daj spo­kój – odpo­wiada, obej­mu­jąc go. – Pew­nie dowiesz się z gazet. Pozdrów Per­nillę. – Nagle zaczyna jej się spie­szyć.

Do odjazdu zostało zale­d­wie parę minut, gdy udaje mu się wtasz­czyć walizkę do prze­działu, i od razu żałuje, że szkoda mu było wydać na bilet w pierw­szej kla­sie albo wago­nie sypial­nym. Kiedy w prze­dziale powstaje chaos, bo sze­ściu face­tów jed­no­cze­śnie roz­ściela prze­ście­ra­dła, Mikael wrzuca walizkę na środ­kową pry­czę, zabiera swoją torbę na ramię i przez kole­biące się wagony idzie do restau­ra­cyj­nego. Kupuje piwo i kanapkę, po czym kie­ruje się do upa­trzo­nego miej­sca sie­dzą­cego, które ktoś mu wła­śnie zaj­muje.

– Cho­lera jasna – mówi gło­śno i wtedy jakaś dłoń cią­gnie go za rękaw.

– Zmie­ści się pan tutaj. Jedziemy w tym samym prze­dziale – odzywa się męż­czy­zna. Mikael go roz­po­znaje. Wcze­śniej czę­sto­wał wódką i Mikael mu odmó­wił. Nie­po­trzeb­nie szorstko, żeby trzy­mać dystans.

– IB – mówi tam­ten i podaje mu rękę.

– MB – odpo­wiada Mikael. Ścią­ga­jąc pla­sti­kowe opa­ko­wa­nie z kanapki, zasta­na­wia się, jak daleko jedzie IB. Oby się oka­zało, że wysią­dzie już w Gävle.

– Boden – mówi tam­ten i pod­nosi szklankę. – A ty?

Cho­lera, co za nazwa, nie spo­sób zapa­mię­tać: Nor­r­byn, Sköbyn, Stor­byn – Älvsbyn.

– Älvsbyn. Córka wycho­dzi za mąż. Za gościa z Gas­skas. Męż­czy­znę z Gas­skas – popra­wia się. Okre­śle­nie gość nie pasuje do Henry’ego Salo.

– Jeśli jedziesz do Gas­skas, to też powi­nie­neś wysiąść w Boden – mówi IB. – Tak jest naj­bli­żej. Odcho­dzi stam­tąd bez­po­średni szy­no­bus.

– Będę miał pod­wózkę z Älvsbyn – odpo­wiada Mikael, nagle bar­dzo zajęty swoją komórką.

Na temat jego przy­szłego zię­cia Henry’ego Salo sporo już napi­sano. Bur­mistrz gminy Gas­skas. Od dość nie­dawna. Taki, co to na każ­dym zdję­ciu jest uśmiech­nięty i wydaje się lubiany. Cóż, takiego sobie wybrała. Na pewno jest w porządku. Przy­stojny. Może nawet za bar­dzo. Nie żeby z Per­nillą było coś nie tak, prze­ciw­nie, zresztą u Sala prze­szka­dza mu nie tyle twarz, ile jego mina albo raczej mowa ciała. Na zdję­ciach lokuje się zawsze w cen­trum, nie­za­leż­nie, czy gra­tu­luje jakiejś mło­dej oso­bie otrzy­ma­nia sty­pen­dium, czy uro­czy­ście otwiera park.

„Jest dobry dla Lucasa”. Córka mówi to za każ­dym razem, kiedy roz­ma­wiają ze sobą. A on zawsze odpo­wiada: „Wie­rzę ci”. Jed­nak po odło­że­niu słu­chawki ma zupeł­nie prze­ciwne odczu­cie. Chło­piec. Jego wnuk. Mikael go pra­wie nie widy­wał, odkąd się uro­dził. Aż do ostat­niego lata.

Naj­pierw jej odma­wia, nie ma czasu opie­ko­wać się dziec­kiem, ale Per­nilla się upiera.

– Pra­wie ni­gdy cię o nic nie pro­si­łam – mówi.

To prawda. Ni­gdy się spe­cjal­nie nie zaj­mo­wał córką. Zawsze mu coś w tym prze­szko­dziło. Zwy­kle było to „Mil­len­nium”. A więc gdy Per­nilla prosi go o zaję­cie się chłop­cem przez parę tygo­dni, bo ona musi poje­chać na kurs w Ska­nii, pod­czas gdy Salo będzie na kon­fe­ren­cji w Hel­sin­kach, Mikael od razu odpo­wiada odmow­nie. Nie­moż­liwe. Nie ma czasu. W następny czwar­tek uka­zuje się kolejny numer pisma. Zresztą nie umie zaj­mo­wać się dziec­kiem.

Mimo to Lukas zostaje wysa­dzony na brzeg w San­dhamn, a Per­nilla wraca do mia­sta tym samym stat­kiem.

Dwa tygo­dnie póź­niej Mikael ści­ska chłop­czyka, który naj­chęt­niej by u niego został. A może to on chciałby dziecko zatrzy­mać. Będzie pusto bez niego. Lukas wypeł­nił jakieś miej­sce, wypie­ra­jąc upo­rczywy smu­tek, który od wielu mie­sięcy tkwił w nim jak grypa. Wystar­czyło, że było dziecko, które reali­zuje swoje natych­mia­stowe potrzeby, takie jak choćby wstać wcze­śnie, bo dzień ofe­ruje całe mnó­stwo moż­li­wo­ści. Radość życia, Blom­kvist. Przy­da­łoby ci się wię­cej tego towaru.

– Nie­długo się zoba­czymy – mówi do chłopca, a potem: – Cze­kaj! – Ściąga z szyi łań­cu­szek, który dawno temu sam dostał od dziadka i od tam­tej pory zawsze nosił; jest na nim krzy­żyk, kotwica i ser­duszko. Mikael zakłada go na szyję Luka­sowi.

– Teraz jest twój – mówi. – Będzie cię osła­niał przed złem.

Wciąż brzmi mu w uszach odpo­wiedź chłopca:

– Ale nie przed całym złem.

Mikael skro­luje wia­do­mo­ści na stro­nie „Gaskas­sen”. Też mi nazwa gazety, myśli sobie i na widok tytu­łów na czo­łówce uśmie­cha się. PRZED­SZKOLE ÄLGEN SPRZE­DAJE KORA­LI­KOWE PRA­SO­WANKI. DOCHÓD PRZE­KA­ZUJE UKRA­INIE. PRZE­GRANA Z BJÖRKLÖVEN. BRAM­KARZ USU­NIĘTY Z BOISKA. Salo patrzy ponuro, sie­dząc w loży dla VIP-ów razem z innymi face­tami, któ­rzy mają takie same miny. Gminne szy­chy. Czy tak się jesz­cze mówi? O męż­czy­znach, któ­rzy mają na wzglę­dzie dobro gminy i wła­sne.

A potem zatrzy­muje się na tytule dopiero co prze­czy­ta­nym. Cho­ciaż nie w „Gaskas­sen”, tylko wcze­śniej: MIMER MINING BLI­SKI OTRZY­MA­NIA KON­CE­SJI NA WYDO­BY­CIE.

Na mniej­szym zdję­ciu widać wesołą buźkę Salo. Na więk­szym demon­stran­tów z pla­ka­tami.

– Sły­sza­łeś o tym? – pyta Mikael, pod­su­wa­jąc tam­temu zdję­cia.

– Oczy­wi­ście – odpo­wiada IB. – Mój stary pra­co­wał w kopalni, jak więk­szość męż­czyzn w Gas­skas. Miała być nowa Kiru­na­va­ara, ale ruda skoń­czyła się już w latach sie­dem­dzie­sią­tych i zalali kopal­nię wodą. Nawet sobie nie zawra­cali głowy wycią­gnię­ciem maszyn.

– To dla­czego znów chcą ją otwie­rać?

– Nie cho­dzi o otwie­ra­nie sta­rej kopalni. Anglicy robią próbne odwierty w rejo­nie poło­żo­nym kilka kilo­me­trów dalej, gdzie zamie­rzają zro­bić odkrywkę. Na razie zarząd pro­win­cji się nie zga­dza, co zupeł­nie zro­zu­miałe. Odkrywka dopro­wa­dzi­łaby do zagłady jezior, nara­zi­łaby na nie­bez­pie­czeń­stwo zatru­cia wody pit­nej w pobli­skiej Gasskasälven, a hodowcy renów zosta­liby jak zwy­kle z niczym. Ale gdy w grę wcho­dzą duże pie­nią­dze, nie przyj­muje się odmowy. Ponoć w zarzą­dzie pro­win­cji zro­bili prze­me­blo­wa­nie i Mimer otrzy­mał wstępną zgodę.

– Tak po pro­stu – odzywa się Mikael.

– Gdy­byś nie wie­dział, to powiem ci, że Gas­skas jest sie­dli­skiem gang­ste­rów – mówi IB. – A wła­ści­wie gmina Gas­skas. – Wypija kilka łyków piwa, ściera pianę z brody i znów pije. – To szambo w sam raz dla oszu­stów – dodaje, beka parę razy, opróż­nia do reszty butelkę i otwiera następną. – Gmina zga­dza się na pra­wie wszystko, a kopal­nia to nie­je­dyna sprawa na tape­cie. Następny pro­jekt to naj­więk­sza farma wia­trowa w Euro­pie, cho­lera wie, jak by to miało wyglą­dać. Powstałby teren prze­my­słowy o pro­mie­niu kil­ku­dzie­się­ciu kilo­me­trów.

Mikael Blom­kvist się uśmie­cha. Malmö to szambo. Sztok­holm też. W porów­na­niu z nimi licząca ze dwa­dzie­ścia tysięcy miesz­kań­ców gmina Gas­skas to raczej zagroda dla jagnią­tek.

– Dla­czego aku­rat Gas­skas? – pyta Mikael.

– Dobre zaopa­trze­nie w ener­gię – odpo­wiada IB. – Gdy­byś nie wie­dział, to gminy mające sta­bilną i tanią ener­gię rzą­dzą świa­to­wym ryn­kiem. Lista zagra­nicz­nych firm, które chcia­łyby dzia­łać w gmi­nie, jest długa.

– No tak, ale dla Nor­r­lan­dii to chyba dobrze, że ludzie będą mieli pracę.

– Od razu można poznać, że jesteś z połu­dnia. Wy wciąż żyje­cie mitem, że ludzie z Nor­r­lan­dii muszą się stam­tąd wypro­wa­dzać za pracą. Tym­cza­sem pracy jest cał­kiem sporo. W nie­któ­rych miej­sco­wo­ściach wię­cej niż ludzi do pracy. W dodatku na otwar­ciu kopalni w Gas­skas nie sko­rzy­sta­liby miej­scowi, tylko kiep­sko opła­cani robot­nicy ze wschodu i dojeż­dża­jący do pracy miesz­kańcy Sztok­holmu, któ­rzy ni­gdy nie mel­dują się na miej­scu – bur­czy IB i kie­ruje wzrok na mijany kra­jo­braz.

Mikael korzy­sta z oka­zji i wyciąga maca, jego ekran sta­nowi wystar­cza­jącą barierę mię­dzy nimi.

Wła­śnie uka­zał się ostatni numer „Mil­len­nium”, nie tylko w sen­sie aktu­alny, ale naprawdę ostatni. Mikael otwiera PDF i patrzy na czarno-białą czo­łówkę pozba­wioną zarówno zdjęć, jak i blur­bów. Wygląda jak pierw­sza strona gazety z trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku i taki był zamiar. Tylko tro­chę tek­stu i jeden jedyny tytuł: KONIEC EPOKI, ALE WOJNA TRWA.

Trzy­dzie­ści jeden lat w służ­bie dzien­ni­kar­stwa śled­czego, ale dłu­żej się już nie dało. Musiał to przy­jąć do wia­do­mo­ści nawet Mikael Blom­kvist.

Papie­rowa gazeta idzie do ziemi i powstaje z niej w for­mie pod­ca­stu. Pod­ca­stu! Tego nie da się wypo­wie­dzieć, nie sycząc. Słowo pisane jest prze­żyt­kiem. Teraz wszy­scy mają się nawza­jem prze­krzy­ki­wać, on też. Męczące to mało powie­dziane.

„Zesta­rza­łeś się, Mika­elu”, tak się wyra­ziła Erika Ber­ger. „Stary i uparty jak osioł. To będą nie tylko pod­ca­sty. Będziemy rów­nież pro­wa­dzić blogi i vlogi”.

I co jej odpo­wie­dział? Że ona, stara klempa, powinna rozu­mieć, że media spo­łecz­no­ściowe ni­gdy nie będą mogły zastą­pić praw­dzi­wego dzien­ni­kar­stwa. „Co ty sobie, kurde, myślisz? Nie zda­jesz sobie sprawy, jaka jesteś żało­sna. Pod­ca­sty są dla dzie­cia­ków. Ego­cen­trycz­nych dwu­dzie­sto­lat­ków gada­ją­cych o kosme­ty­kach i zabu­rze­niach odży­wia­nia”.

Od tam­tej pory się nie kon­tak­to­wali. Na pewno nie ode­zwie się pierw­szy, Erika może być tego pewna.

– Pro­szę – mówi IB. Przy­niósł dwie butelki piwa, jedną podaje Mika­elowi. – Napij się, to będziesz lepiej spał.

– Cho­lera z tym zasię­giem – klnie Mikael, waląc pal­cem w kla­wisz.

– Wybacz, ale jesteś w pociągu jadą­cym do Nor­r­lan­dii – pod­kre­śla IB.

Mikael chowa lap­topa i chce wstać, kiedy tam­ten znów otwiera usta.

– W Gas­skas dzieją się dziwne rze­czy – mówi. – Ludzie zni­kają. Męż­czyźni wycho­dzą po gazetę i już nie wra­cają do domu. Chłopcy idą do szkoły i… – Nie koń­czy zda­nia.

– To chyba nie jest takie nie­zwy­kłe. Dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent wszyst­kich zagi­nięć nastę­puje podobno z wła­snej woli.

– Może i tak – odpo­wiada IB – ale co z pozo­sta­łymi pię­cioma pro­cen­tami?

Patrzą na sie­bie znad piwa.

– Nie wiem – odzywa się w końcu Mikael. – A ty co o tym myślisz?

– Pie­nią­dze. Cały czas cho­dzi o pie­nią­dze. O to, jak je zdo­być. Wydać. Pomno­żyć. Ukryć. Zadłu­żyć się. Zro­bić z sie­bie dur­nia. Zadłu­żyć się jesz­cze bar­dziej. Znik­nąć.

– Mówisz teraz o dra­gach? – dopy­tuje Mikael.

– Nie tylko – odpo­wiada tam­ten – cho­ciaż Gas­skas zaczyna się upo­dab­niać do Järfälla. Dzie­ciaki ćpają na śmierć, a poli­cja jest bez­radna.

– Smutne to – mówi Mikael, prze­ły­ka­jąc ostat­nie cie­pławe kro­ple piwa.

– I będzie jesz­cze gorzej, uwierz mi – cią­gnie IB. – Kiedy kapi­tał prze­suwa się na pół­noc, suną za nim ciemne inte­resy. Już doje­chał gang moto­cy­klowy. Import pro­sto ze Sztok­holmu.

– Hells Angels? – pyta Mikael.

– Nie, jakoś ina­czej, ale też biblijna nazwa. Abba­don, Gehenna, Hades…

– Svavelsjö?

– Wła­śnie, tak się nazy­wają.

Do Mika­ela dociera, że gość może mieć rację co do Gas­skas. Svavelsjö MC, a to dopiero. Powinni już dawno być starci z powierzchni ziemi. Szybko spraw­dza rzecz w smart­fo­nie. Ostat­nia wia­do­mość na ich temat pocho­dzi z ubie­głego lata. NA MOTO­RACH NA RZECZ DZIECI CHO­RYCH NA RAKA.

– Sprytne łobuzy – zauważa IB. – Prze­je­chali kawal­kadą przez mia­sto i kazali sobie pła­cić za prze­jażdżki. Do każ­dej zaro­bio­nej przez nich korony gmina dopła­ciła podwój­nie. Zebrali sto czter­dzie­ści tysięcy i wpła­cili na dzieci chore na raka. Ślicz­nie, co?

– Fak­tycz­nie – mówi Mikael, sta­ra­jąc się doj­rzeć twa­rze ukryte pod kaskami i za oku­la­rami sło­necz­nymi. Praw­do­po­dob­nie wszyst­kich wymie­nili. Moż­liwe, że została tylko marka. W każ­dym razie wolno mieć taką nadzieję.

– A ty czym się zaj­mu­jesz? – pyta.

– Niczym, jestem od paru lat eme­ry­tem.

– A przed­tem?

– Byłem psy­cho­lo­giem. Ostat­nie dwa­dzie­ścia lat w Säpo.

– Co może tam robić psy­cho­log?

– Różne rze­czy – odpo­wiada ogól­ni­kowo IB. – Głów­nie pro­fi­lo­wa­nie spraw­ców.

Mikael wie, jak roz­mowni, a raczej nieroz­mowni bywają ludzie z Säpo. IB nie jest wyjąt­kiem.

– Po przej­ściu na eme­ry­turę pozna­łem kobietę z Uppsali. Można powie­dzieć, że jeste­śmy parą na odle­głość.

Potem nie ma już nic do doda­nia poza życze­niem dobrej nocy, podzię­ko­wa­niem za towa­rzy­stwo i piwo.

To był długi dzień. A następne będą jesz­cze dłuż­sze. Mikael kła­dzie się w ubra­niu. Od razu gasi świa­tło i zamyka oczy. Wpraw­dzie nie zakłada, że uda mu się zasnąć. A jed­nak chyba przy­snął, kiedy IB z Säpo zasuwa drzwi prze­działu i gra­moli się na pry­czę nad nim.

– Nie śpisz? – pyta.

Mikael nie jest pewien, czy odpo­wia­dać, a jed­nak mówi:

– Mhm, chyba nie.

– Mam córkę – mówi tam­ten. – Latem cho­dzimy razem na ryby, a zimą polu­jemy na par­dwy. Zawsze była córeczką tatu­sia. Lubi pra­co­wać rękami. Miała ledwo pięt­na­ście lat, jak latem zaczęła pra­co­wać w sto­larni.

– A, to faj­nie – odpo­wiada obo­jęt­nie Mikael w nadziei, że zaraz skoń­czy się ten rodzinny nar­cyzm.

– Tak, syn też jest cał­kiem w porządku, ale Malin ma w sobie coś szcze­gól­nego. Ma, jak by to powie­dzieć, dobre serce. Pew­nie dała się nakło­nić do jakie­goś świń­stwa tylko przez to, że chciała być miła. Zmie­niła się z dnia na dzień. Rzu­ciła szkołę, cho­ciaż do matury został jej tylko jeden semestr. Prze­stała spo­ty­kać się z przy­ja­ciółmi. Nie chciała powie­dzieć, o co cho­dzi, nawet bratu. Cią­gle jeź­dziła do Lule albo Kalix, cza­sem dzwo­niła, żeby po nią przy­je­chać. Pró­bo­wa­łem być twardy, niech sama wraca, jak taka mądra. A kiedy nie wra­cała, nie spa­łem po nocach. Dzwo­ni­łem do niej, zgła­sza­łem zagi­nię­cie, sam jej szu­ka­łem. Odzy­ski­wa­łem ją na kilka dni, a potem znów zni­kła. Po paru tygo­dniach przy­szła kartka ze Sztok­holmu. Wszystko w porządku, pisała. Wrócę, jak będę gotowa. Potem dość długo nie mie­li­śmy kon­taktu, aż tu nagle znów się poja­wiła w Gas­skas. Zapi­sała się do szkoły wie­czo­ro­wej, żeby zro­bić tę maturę. Wró­ciła do gry w hokeja i była taka jak daw­niej.

Męż­czy­zna milk­nie. Nawet chra­pa­nie pozo­sta­łych pasa­że­rów cich­nie. Strzała Lapo­nii ryczy jak zwie­rzę, sunąc przez noc, a Mikael w końcu pyta:

– I co było dalej?

– Znik­nęła. To było dwa lata temu. Od tam­tej pory nikt nie miał z nią kon­taktu. Ani śladu. Do wczo­raj. Zadzwo­niła poli­cja. Myśliwy zna­lazł szczątki ludz­kie. Sądzą, że to może być Malin. Jadę tam, żeby pobrali ode mnie próbkę DNA.
(…)

Karin Smirnoff „Krzyk orła”
Tłumaczenie: Inga Sawicka
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 440

Opis: Zanurz się w świat spisku i zdrady, starych wrogów i nowych przyjaciół, zasypanej śniegiem dziczy i korporacyjnej chciwości. Lisbeth Salander powraca!

Na dalekiej północy Szwecji szykują się zmiany. Chęć przejęcia naturalnych terenów wzbudza pożądanie nie tylko globalnych korporacji, ale także organizacji przestępczych. Jednak nie to sprowadza Lisbeth Salander do miasteczka Gasskas. Zostaje ona opiekunką swojej siostrzenicy Svali, której matka niedawno zniknęła. Wkrótce dwie rzeczy stają się jasne: dziewczyna jest niezwykle utalentowaną nastolatką i… jest obserwowana.

Mikael Blomkvist również zmierza na północ. Magazyn „Millennium”, w którym pracuje, nie będzie już drukowany. Co gorsza, na temat mężczyzny, którego ma poślubić jego córka, krążą niepokojące plotki. Kiedy skrywana przez wielu prawda zaczyna niepostrzeżenie wychodzić na światło dzienne, Salander staje się ostatnią nadzieją Blomkvista.

„Krzyk orła” to siódma część przygód Lisbeth Salander i Mikaela Blomkvista. Trzy pierwsze książki autorstwa Stiega Larssona opublikowano w latach 2005-2007, a kolejne napisane przez Davida Lagercrantza ukazały się w latach 2015-2019.


Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek