Dojrzewanie w latach 90. w Peru. Przeczytaj fragment thrillera „Noc szpilek” Santiaga Roncagliolo

11 stycznia 2024

Oficyna ArtRage zapowiada na koniec stycznia „Noc szpilek” peruwiańskiego pisarza Santiaga Roncagliolo. To porywający thriller, którego akcja rozgrywa się w Limie w latach 90. Co się stało, gdy czwórka licealistów postanowiła wziąć odwet na znienawidzonej nauczycielce? Będąc już dorosłymi ludźmi, bohaterowie wspominają dramatyczne wydarzenia, o których tylko oni znają prawdę. Przeczytajcie historię, która rozpoczyna się jak słodko-gorzki film o nastolatkach z minionej epoki, a kończy jak prawdziwie skomplikowany dramat, który nie daje łatwych rozwiązań. Książkę można już nabyć w przedsprzedaży na stronie wydawnictwa, a poniżej przeczytacie jej fragment.

Carlos

Ja naprawdę miałem dziewczynę. To nie była ściema. Ani żadna tam nadmuchiwana lala, tylko kobieta z krwi i kości. Mógłbym przedstawić dowody. Mógłbym udowodnić́ przed sądem jej istnienie.

Na imię miała Pamela, imię delikatne jak miękki materac. I rzeczywiście poczyniłem z nią pewne postępy. Dłoń na wysokości pasa, tam gdzie w zasadzie plecy się kończą. Pocałunek w szyję, gdzie prawie zaczyna się kształtować pierś. No, ale do celu dochodzi się krok po kroku.
W dniu tej lekcji o narządach rozrodczych, kiedy już nas przyłapała w toalecie, panna Pringlin palnęła nam przydługie kazanie o czymś, co miało związek z dyscypliną, szacunkiem dla nauczycieli i szkodliwością tytoniu. Na koniec zadzwoniła do naszych rodziców, żeby zorganizować spotkanie w szkole, po lekcjach.

Teoretycznie miałem siedzieć w domu i czekać, żałując za swoje grzechy. Zamiast tego poleciałem do pracy Pameli, żeby się z nią zobaczyć. Byłem podekscytowany. Wreszcie miałem jej coś do opowiedzenia. Prawdziwą przygodę. I wszystko jej zrelacjonowałem. Trochę nawet przesadzałem.

– Paliliście w łazience? – zapytała Pamela pod koniec mojej opowieści, pod wrażeniem naszej odwagi. – Gdyby mnie złapali
z papierosem w szkole, mama dałaby mi szlaban na resztę życia.

Wciąż mam wrażenie, jakbym ją widział. Miała na sobie jaskrawopomarańczowy fartuszek kelnerki, piersi mocno ściśnięte, włosy zebrane w koński ogon pod czapeczką z logiem lokalu. Darowałem jej ten szczegół: „Manu, kochanie, dawaj, dawaj”, bo uznałem go za zbyteczny. I teraz, sącząc milkshake’a na mleku w proszku krajowej produkcji, zgrywałem bohatera.

– Dostaliśmy reprymendę i chcą gadać z naszymi starymi. Moi już tam są na zebraniu. Ale co mi tam. – Tu spoważniałem i łupnąłem pięścią w blat, na którym stał shake. – Nikt mi nie będzie mówił, co mam robić.

Uśmiechnęła się tym swoim uśmiechem, który mógł wyrażać zarówno podziw, jak i sarkazm; dostawałem na jego widok szału. Złapała mnie za rękę.

– Nie chcę, żebyś dostał karę – powiedziała. – Bo wtedy nie będziesz mógł przychodzić.

– Zawsze będę przychodził. Uwielbiam hamburgery.

Pamela pracowała w lokalu prowadzonym przez jej wuja: hamburgery McRonald’s. Proszę nie mylić z McDonald’s. Mimo zestawów dla dzieci, McMenu i żółtych literek M w kształcie pagórków McRonald’s to nasz krajowy patent. W tamtych czasach Peru było krajem drugiej kategorii, nie znaliśmy franczyzy, sieci fast foodów, butów Nike czy zabawek Star Wars. Jeśli ktoś miał coś w tym stylu, to znaczyło, że rodzice mu to kupili w Miami – albo, jeśli dopisało mu szczęście, sam poleciał do Miami czy Orlando i strzelił sobie jeszcze fotkę z Myszką Miki – i dowodziło, że dana rodzina była nieźle sytuowana i taki koleś mógł mieć nadzieje na dziewczynę z Santa Úrsula. W przeciwnym razie – jak w moim przypadku – skazany byłeś na konsumowanie produktów krajowych, to znaczy chodziłeś w butach Mike, bawiłeś się figurkami Star Mars i jadałeś hamburgery u McRonalda z dzielnicy Surco.

Właściciel – wujek Pameli – obserwował nas nieufnie zza kasy. Właśnie przeszedł obok nas i nawet na mnie nie spoglądając, zapytał swoją siostrzenicę:

Everything OK?

Fine – odpowiedziała Pamela. – Just talking.

Wuj nazywał się Ronaldo i podziwiał wszystko, co amerykańskie. Młodość spędził w Kalifornii, fascynował go język angielski, ciągle w nim mówił, a wymowę miał, jakby stale żuł gumę. McRonald’s to był jego wielki osobisty projekt: bezczelna kopia amerykańskiego oryginału, taki sam wystrój, takie samo menu i taki sam promocyjny klaun (Ronaldo w przebraniu); mówiąc krótko, hołd dla tego, co dla nas niedostępne, ale co znaliśmy z telewizji.

Kiedy wuj sobie poszedł, zapadła między nami cisza. Normalna rzecz. Nie zawsze było o czym gadać. Czasami mogło minąć i z pół godziny bez słowa, my – cali w nerwach – główkowaliśmy tylko, jaki by tu zarzucić temat.

– A jak u ciebie? – zapytałem, żeby jakoś zapełnić czas. – Dużo roboty?

Rozejrzeliśmy się wokoło. To było dość głupie pytanie. W lokalu nie było żywej duszy. W 1992 roku przez te wszystkie cięcia budżetowe i zagrożenie zamachami wszędzie świeciło pustkami.

– Przychodzę tu, żeby nie musieć siedzieć w domu – odpowiedziała. – Nienawidzę swojego domu.

Przygładziła dłonią włosy, odsłaniając dwa pryszcze na czole. Prześliczne pryszcze.

Według oficjalnych standardów Pamela nie była szczególnie ładna. Spełniała podstawowe warunki, to znaczy była biała i miała kasztanowe włosy (jakby się trochę uprzeć, mogła ujść́ za blondynkę). Tyle że jej raczej krągławe kształty – nieco za dużo w biodrach, policzki jak połówki jabłka – nie mieściły się w naszym kanonie wyznaczonym przez pisma typu „Playboy”. Dlatego jeszcze jej nie przedstawiłem kolegom. Piękno w naszym światku było kwestią pewnego konsensusu. Twoi kumple potwierdzali je swoimi komplementami albo negowali krytyką, czasem bardzo okrutną. A jeśli wszyscy twoi koledzy uważali, że twoja dziewczyna jest brzydka, no to taka była i kropka. Łatwiej zmienić narzeczoną niż życie.

– Wychodzisz dziś wcześniej? – zapytałem.

Pamela poczerwieniała. Wiedziała, co się kryje za tym pytaniem.

Na wszelki wypadek uściśliłem:

– Nie powinnaś wracać sama.

I to była prawda. Lima była brutalnym miastem (nadal jest).

Mogli cię napaść, porwać i zamordować (nadal mogą). Nasza dzielnica, Surco, leżała na zboczach wzgórza Monterrico. Po drugiej stronie, za murami szkoły, zaczynały się slumsy, ubogie okolice, w które zapuszczaliśmy się tylko w ramach jakichś́ akcji charytatywnych. Krążyła legenda, że pewnego dnia mieszkańcy tamtych dzielnic zbiorą się, przejdą przez wzgórze i rzucą się hordami na nasze domy, żeby je obrabować i zająć. Jednak póki do tego nie doszło, Surco było spokojnym miejscem, pełnym domów z ogrodami. W obrębie naszej bezpiecznej okolicy nigdy nie działo się nic złego. Acz przecież mogło.

– Dziś nie możesz mnie odprowadzić – odpowiedziała Pamela.

– Na pewno? – uśmiechnąłem się; miało to zabrzmieć bardzo dziarsko.

– Na pewno.

Odprowadzałem ją wcześniej trzy razy. Te spacery to były nasze najintensywniejsze doświadczenia miłosne.

Na pierwszym poprosiłem ją o chodzenie. Od jakiegoś czasu zaglądałem do restauracji i ją zagadywałem. Tak że wykorzystałem okazję i zapytałem ją: „Chcesz ze mną chodzić?”. Tak brzmiała typowa formuła oświadczyn. Ona trochę się zastanawiała, ale w końcu powiedziała, że tak. Nawet jej nie pocałowałem. Tylko podziękowałem i pobiegłem do domu, ciesząc się, że teraz wreszcie mam dziewczynę.

Za drugim razem pocałowałem Pamelę pod bramą garażu, niezbyt zgrabnie i nie mając specjalnej jasności, gdzie i jak wsadzać ten język. Zareagowała jednak w przyjemny sposób. Chyba była bardziej przestraszona niż ja. Przez kilka minut przetaczaliśmy sobie ślinę, na ile się dało, a potem się pożegnała.

Natomiast ostatni raz był szczególny, bo wyszła późno, kiedy zrobiło się już ciemno. I choć upierała się, że musi szybko wracać do domu, dała się namówić na powolne szwendanie się po pustych uliczkach na zboczu wzgórza. Pod osłoną nocy skręciliśmy w stronę jednego z dzielnicowych parków. Na ulicach prawie nie było przechodniów. Nie licząc paru gospodyń domowych wracających z zakupów, nikt tamtędy nie chodził. Nie było żadnych biur, a mieszkańcy przemieszczali się w tę i we w tę samochodami. Korzystając z samotności, usiedliśmy na jednej z ławek, za niewielką grotą, i daliśmy się ponieść miłosnej gorączce. Pozwoliła mi nawet dotknąć swoich piersi przez stanik, ale pod bluzką.

Zaczynaliśmy już ciężko dyszeć, kiedy w parku pojawił się dozorca, który przepędzał narkomanów i zakochanych. Nie przerwał nam (zapewne byliśmy najciekawszym, co się wydarzyło tego wieczora), ale Pamela uznała, że musi się zbierać, i kazała się prowadzić do domu bez dalszej zwłoki.

Zgodnie z życiową logiką podczas następnego spaceru powinniśmy zajść jeszcze kawałek dalej. I lepiej działać szybko, bo zważywszy na ten incydent w łazience, bardzo prawdopodobne, że panna Pringlin każe mi siedzieć w domu do roku 2100.

– Dlaczego nie możemy razem wracać? – nie odpuszczałem. – Zrobiłem coś nie tak?

Zaśmiała się. Jej śmiech brzmiał jak muzyka.

– Nie. Tylko że dziś mama mnie odbiera.

– No to poczekam, żeby ją poznać – zaproponowałem.

– O nie, nie ma mowy! – zaśmiała się.

– Dlaczego? Mamy wspólny temat do rozmowy.

– Z mamą nie da się gadać. – Pamela zmarszczyła brwi, ale potem uśmiech wrócił na jej usta: – Co innego z tobą.

Maczałem z roztargnieniem frytki w majonezie, ale przerwałem, żeby uniknąć jakichś niestosownych skojarzeń. Pochyliłem się nad stołem i próbowałem ją pocałować.

– Nie tutaj! – cofnęła się gwałtownie, jakby na blacie wylądował jadowity pająk. – Wujek tu jest!

– A bo bardzo cię lubię – odpowiedziałem, starając się, by nie zabrzmiało to zbyt błagalnie. Bo taka była prawda, bolesna prawda.

– Hamburgery też lubisz – odpowiedziała. – I nie robisz im czegoś takiego.

– Ale ty mnie też lubisz, co? – zapytałem. – Chodzimy ze sobą?

Potrzebowałem potwierdzenia. Chciałem mieć pewność, że się mną nie znudziła i mnie nie rzuca. Dlatego że jestem dziwny albo że nie gram w nogę. Niełatwo mi było uwierzyć, że mogę się komuś podobać.

Zrozumiała. Mrugnęła do mnie, dotknęła mojej dłoni, upewniając się wcześniej, że wuj nie patrzy, nachyliła się dyskretnie i szepnęła mi do ucha:

– Powolutku, okej? Powoli. Żeby się móc nacieszyć.

W środku aż cały chodziłem. I to nie tylko dlatego, że chuchnęła mi do ucha. Rzecz w tym, co powiedziała. To była najpiękniejsza deklaracja, jaką słyszałem. I przy okazji przepełniła mnie nadzieją, że oboje marzymy o tym samym. Różni nas tylko oczekiwana data realizacji. Dopisek małym druczkiem do umowy.

– Niegrzeczna – powiedziałem, żeby coś powiedzieć.

– Sam jesteś niegrzeczny – odpowiedziała.

Z tego cielęcego stanu wytrąciło nas dopiero pojawienie się wujka, który robił obchód po lokalu, i czar prysł.

Pamela, can you help me in the kitchen, please?

Posłała mi całusa i wyszła. Zanim jednak zupełnie zniknęła, odwróciła się ostatni raz:

– Dziś wieczorem idę z koleżankami do galerii Camino Real. Gdybyś tam zajrzał, może się zobaczymy.

Może się zobaczymy!

Chciała się ze mną zobaczyć!

Tylko co z tego. Czekała mnie kara. I to pewnie długa.
(…)

Santiago Roncagliolo „Noc szpilek”
Tłumaczenie: Tomasz Pindel
Wydawnictwo: ArtRage
Liczba stron: 448

Opis: Porywający od pierwszego zdania thriller autorstwa jednego z najważniejszych współczesnych południowoamerykańskich pisarzy. „Nie byliśmy przecież żadnymi potworami. Możliwe, że trochę… przeholowaliśmy” – tak zaczyna się „Noc szpilek”, opowieść o czterech kumplach ze szkoły prowadzonej przez jezuitów, Peru lat 90. i o tym, jak łatwo przekroczyć granicę, zza której nie ma już odwrotu.

Beto, Moco, Carlos i Manu wracają do historii, która związała ich ze sobą na zawsze i miała na zawsze rozdzielić. Gdy wylądowali na celowniku nauczycielki, panny Pringlin, postanowili jej odpłacić pięknym za nadobne, a przy okazji pokazać rówieśnikom, że nie są klasowymi ofermami. Co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy, gdy zbuntowali się przeciwko całemu światu?

Roncagliolo w „Nocy szpilek” tworzy nie tylko arcywciągającą fabułę, lecz także wnikliwy obraz targanej przemocą Limy i całą galerię przekonujących postaci – od dorastających, chłopaków, których rozsadza testosteron, przez nieszczęśliwe małżeństwa, po przetrąconego wojną z Ekwadorem ojca z PTSD. To literatura popularna najwyższej próby.

fot. Richard Hirano


Tematy: , , , ,

Kategoria: fragmenty książek