banner ad

Szukam niezwykłości w zwyczajnym świecie – wywiad z Łukaszem Orbitowskim

11 stycznia 2021

Wznowiony niedawno „Święty Wrocław” to powieść, w której przewijały się motywy mające powrócić po latach w „Kulcie”, tyle że wtedy autor pisał o nich w konwencji miejskiego horroru. W związku z publikacją nowego wydania książki zadaliśmy Łukaszowi Orbitowskiemu kilka pytań.

Marcin Waincetel: Od pierwszego wydania „Świętego Wrocławia” minęło już sporo czasu. Książka opowiada między innymi o przemianach bohaterów, metamorfozie pewnej zbiorowości. A jak od jej premiery zmienił się Łukasz Orbitowski?

„Święty Wrocław” pisałem w 2007 roku, więc książka liczy sobie mniej więcej 13 lat. No i cóż powiedzieć – zmieniłem się szalenie. Złagodniałem, jestem bardziej rozsądny. Stałem się człowiekiem rodzinnym, mniej imprezowym. Rzucało mnie po relacjach, teraz się zakotwiczyłem. Zdziadziałem. Można chyba powiedzieć, że teraz jestem dziadziarsem.

Jak można zdefiniować świętość tak grzesznego miejsca, jakim jest Wrocław z kart twojej powieści?

Dla jednych jest to faktycznie miejsce święte, dla innych siedlisko zła. Schronienie, które uchodzić może za coś bluźnierczego. Być może zakończenie rzuca jakieś światło na to, czym jest w istocie to miejsce. Wydaje mi się, że tym, co najtrafniej opisuje święty Wrocław, jest anomalia. Osobliwość. Coś niemożliwego, co pojawia się w rzeczywistym świecie, a równocześnie zaprzecza jego regułom.

W tej powieści niezwykle istotna jest narracja. Głos oddajesz tajemniczemu kronikarzowi, który opowiada o znikających we Wrocławiu ludziach. A co interesuje ciebie jako tego najważniejszego narratora?

Odpowiem może przewrotnie – Ty mnie interesujesz. Co cię tak naprawdę przywiodło do tej rozmowy? Co wpłynęło na to, że poświęcamy sobie wzajemnie czas? Interesują mnie zwykli ludzie, codzienność rozmówcy. Czasami mam ochotę podejść do nieznajomej osoby i zapytać: kim jesteś? Oczywiście, że tego nie zrobię, bo pewnie szybko trafiłbym do wariatkowa. Natomiast odpowiem wprost, że szukam niezwykłości w zwyczajnym świecie. Poznałem masę ludzi, którzy zachowywali się zupełnie zwyczajnie, sprawiali wrażenie szarych i nijakich, a mieli przecudowne światy wyrażające się w marzeniach, obsesjach, fantazjach, złościach. To nie zawsze są rzeczy piękne, ale często rzeczy bardzo niezwykłe. I tego właśnie szukam w literaturze.

Skoro już mówimy o ludziach i ich dążeniach, to trzeba zauważyć, że „Święty Wrocław” daje nam ciekawe spojrzenie na relacje damsko-męskie. Co kierowało Michałem i Małgosią, jednymi z głównych postaci historii?

Oni tak naprawdę szukają zaginionego. Poczucia sensu. I uczucia. Teraz zapewne trochę inaczej rozpisałbym bohaterów. Nie chciałbym, aby to kobieta była postacią do ratowania, a sama – zgodnie z własną naturą, naturalną odwagą – dążyła do zwycięstwa. Byłem jednak młodszy, inaczej postrzegałem świat. A o co mi chodziło? O miłość przecież. Bo zarówno Michał, jak i Pan Tomasz kochają tę samą dziewczynę. Oczywiście to dwa różne rodzaje miłości. Ojca, chłopaka, narzeczonego. Natomiast to właśnie w imię miłości muszą jakoś współdziałać, mimo początkowej niechęci. Zresztą, buduje się i na nowo odżywa miłość Pana Tomasza do własnej żony. Cała książka orbituje wokół miłości, bo są też inni, którzy jej poszukują. Pamiętam, że kiedyś podszedł do mnie jakiś starszy, mądry facet, stwierdzając, że napisałem całą, bardzo rozbudowaną książkę, aby de facto, przez usta swoich bohaterów, wypowiedzieć dwa proste słowa: „Kocham Cię”.

„Święty Wrocław” posiada wymiar apokaliptyczny. Można powiedzieć, że teraz też żyjemy w czasie końca świata, przynajmniej takiego, jaki znaliśmy do tej pory. Jak wygląda u ciebie czas izolacji?

Mówiąc zupełnie szczerze, to słabo się izoluję, wiesz? Oczywiście przestałem jeździć w trasy promocyjne, ale staram się jednak żyć możliwie normalnie. Najbardziej straciły na tym wszystkim dzieci, które straciły kontakt ze swoją grupą rówieśniczą. Głowiliśmy się, jak odciągnąć dzieciaki od ekranu, a teraz utrwalamy zupełnie nowe zachowania. Nie zbudują sobie relacji – nie znajdą nic ciekawego poza światem wirtualnym.

Straszna wizja, choć faktycznie istnieje takie ryzyko.

Może zaobserwujemy to dopiero za 10 lat, ale takie będzie właśnie, według mnie, pokolenie ukształtowane przez ekran. Zastanawiam się, na ile to jest wielka pauza, a na ile to jest faktyczna zmiana. Bo baseny, restauracje, siłownie – wrócą. Wielkie koncerty – nie wiadomo. Jak zmieni się podróżowanie? To kolejna kwestia. Zwróć uwagę, jak tragedia WTC zmieniła światowe podróżowanie. Z całym szacunkiem dla zmarłych wówczas, straconych w ataku terrorystycznym – mamy teraz do czynienia z czymś o wiele poważniejszym. Nie wiem, co będzie, trudno to przewidzieć, natomiast wydaje mi się, że dojdzie do sprzężenia naszego życia z GAFA. Zamawiamy przez Amazona. Rozmawiamy na Facebooku. Mamy komputer. Co tam było jeszcze? Google oczywiście. W związku z tym największe korporacje staną się jeszcze większe. Być może stracimy jakąkolwiek kontrolę.

Pielgrzymowanie jest motywem nie tylko „Świętego Wrocławia”, ale też „Kultu”. Czy pielgrzymka, dosłowna bądź metaforyczna, ma dla ciebie jakieś szczególne znaczenie?

Cóż, nie pielgrzymuję. Nie mam wielkiego celu. Ja bym chciał być po prostu dobrym człowiekiem. I to jest jakiś cel, wielki cel, który sobie ustanowiłem. To trudne, bo jestem, jakim jestem. Staram się ogarniać swoją nadpobudliwość, złość, kierować dobrą, a nie złą stroną serca. Staram się odkrywać coś, czego jeszcze nie robiłem, a co byłoby dobre, zaskakujące. Chcę być też lepszy jako twórca. Co nie jest łatwe, bo z wiekiem wcale nie jest się mądrzejszym.

Sakramentalne pytanie: nad czym obecnie pracujesz?

Na warsztacie jest serial, o którym nie mogę zbyt wiele mówić, ale liczę, że za rok, półtora będzie o nim głośno. I powstaje nowa powieść, której tytuł brzmi „Choć ze mną”. Jestem w połowie tworzenia. Historia zostanie osadzona w Gdyni i będzie to głównie opowieść o tym mieście. Ale główni bohaterowie pojawią się również w USA, Austrii, Szwecji… Całość dzieje się w latach 50. i jest troszkę oparta na prawdziwej historii, ale puszczam jednak wodze wyobraźni. Co więcej, w historii pojawią się wątki fantastyczne.

Coś takiego! Wracasz do fantastyki?

W pewnym sensie, choć to raczej symboliczne. Ale wątki fantastyczne będą bardzo ładnie zaszyte, przynajmniej tak to próbuję zrobić. Myślę, że ta książka zaskoczy. Nie wiem, czy w dobrym, czy złym sensie, choć mam nadzieję, że w tym pierwszym. Całość jest też pisana z perspektywy kobiety. Cóż, to będzie ciekawa książka.

Rozmawiał: Marcin Waincetel
fot. Zuza Krajewska

Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady