banner ad

Podwarszawianin – rozmowa z Piotrem Sommerem

27 października 2022

Nie da się przecenić tego, co Piotr Sommer robi dla polskiej literatury. Jego nazwisko od dekad pojawia się na okładkach książek – zbiorów wierszy, zbiorów esejów i znakomitych przekładów poezji. W roku 2022 Piotr Sommer został uhonorowany tytułem „warszawskiego twórcy”, przyznanym za całokształt twórczości w ramach 15. edycji Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, dlatego nasza rozmowa musiała zacząć się od pytań o to wyróżnienie…

Sebastian Rerak: Jaką rolę w pana życiu i twórczej aktywności odgrywa Warszawa?

Piotr Sommer: Dużą, pewnie jak każda przestrzeń, z którą człowiek jest blisko. Naturalnie Warszaw jest wiele – i każda warszawska przestrzeń, nawet najbardziej oswojona, znaczy co innego, niż znaczyła w innym czasie. W Warszawie studiowałem, dwadzieścia kilka lat mieszkałem w Warszawie, i ponad czterdzieści lat w Warszawie pracowałem. W Warszawie mieszkała moja mama, studiowała na WSH, potem pracowała w warszawskim magistracie, przez kilka miesięcy zastępowała nawet sekretarkę Stefana Starzyńskiego; i jej mama mieszkała w Warszawie. Mówię „nawet”, bo to była dla niej ważna praca, o nikim innym „nawet” – pewnie bym nie powiedział. Ja się z Warszawą przyjaźnię bez przerwy, choć od czwartego roku życia do pierwszego albo drugiego roku studiów mieszkałem w Otwocku, z którym też jestem bardzo zżyty – również bardzo się zmienił – a od ponad trzydziestu lat mieszkam w Sulejówku. Niby to wszystko są chwilówki, ale się nie kończą.

Był pan laureatem wielu nagród – jako poeta i tłumacz. Czy nie jest trudniej o ekscytację kolejnym laurem, kiedy ma się już ich całą kolekcję?

Kolekcja i ekscytacja, mówi pan? Hm, nie wiem, co począć z takimi słowami. Nagroda mówi coś o stosunku konkretnego jury do autora, więc to jest oczywiście miłe – dowiedzieć się, że ludzie, którzy znają się na rzeczy, są moim staraniom życzliwi. Życzliwości nie da się kolekcjonować, ale jest człowiekowi potrzebna, chyba głównie w tym sensie nagroda ma znaczenie. Forsa też się przydaje, bośmy są w tej profesji raczej chudopachołki. A nagroda warszawska – bo jak rozumiem, do niej pan pije – jest dla mnie dodatkowo miła, bo wiąże się z Warszawą. Do gustu przypada mi i to, że dano ją facetowi, który nie mniej niż z Warszawą jest zżyty z podwarszawiem, i dla którego podwarszawie jest częścią warszawskości.

Kilka miesięcy temu ukazał się pański tomik „Lata praktyki”. W jednej z recenzji można przeczytać takie oto zdanie: „Po przeszło dekadzie do poetyckiej gry z nową książka wraca Piotr Sommer”. Pana zbiory ukazywały się jednak wcześniej w dość regularnych odstępach – mniej więcej co dziesięć lat. Czy wydanie autorskiej książki jest zatem powrotem czy konsekwencją naturalnego cyklu?

Jakaś niewinna dusza napisała, że wracam do gry? Wątpię, czy „gra” jest najbardziej akuratnym słówkiem, a nawet „powrót”. Przerwy między książkami to raczej naturalny bieg zdarzeń. Byłem mocno zapracowany w „Literaturze na Świecie”, miałem przeważnie dużo mniej czasu, niż jest mi do pisania potrzeba. A wie pan, opublikować książkę z wierszami da się wtedy, kiedy człowiek ma z czego ją ułożyć. Acz gdybym wypuszczał książkę z wierszami, jak pan sugeruje, mniej więcej co dziesięć lat, opublikowałbym ich do tej pory ze trzy i pół albo cztery, a ja tych książek tzw. poetyckich opublikowałem kilkanaście. Drobiazg, ale może jakaś inna dusza miałaby ochotę do którejś zajrzeć – to teraz będzie miała nieco większy wybór.

Był taki czas, że lepiej swoje wiersze rozumiałem, kiedy patrzyłem na nie w druku – i lepiej wtedy wiedziałem, co dać do książki. Dziś jest niewiele pism papierowych, którym ma się ochotę coś zaproponować, a w sieci wiersz trochę się rozpływa, tak mi się wydaje; inne teksty też raczej w tym morzu toną. Z siecią jest tak, że jak człowiek do niej wpada, to przestaje być śledziem pojedynczym, a staje się jednym z ławicy śledzi, które już w niej są, i niezaolaboga dają sobie radę. W sieci się „wisi”, prawda? A wisielcowi – nie wiem, czy pańska ekspertyza to potwierdza – podobno gorzej się oddycha. Mnie nawet czytanie wierszy w internecie idzie słabo, ale przecież tak ma być i będzie jeszcze bardziej, więc jako osoba nowoczesna podejmuję działania samokształceniowe.

Posłużę się cytatem: „Mówię póki pamiętam, zanim zapomnę, / na wypadek gdybym”. Czy poezja może przyjmować rolę pamięci?

Przyjmuje rozmaite role, więc pewnie może, ale moim zdaniem wierszowi ta robota wywiązywania się z tych czy innych obowiązków wychodzi najlepiej „przy okazji”, kiedy wiersz nie rezygnuje ze swoich innych „ról”, m.in. roli wiersza. To zresztą dla wiersza nie jest rola, bo kiedy wiersz staje się sobą, nie musi brać na siebie roli wiersza, bo jako wiersz już tę rolę na siebie wziął. Tak jakby powiedzieć, że rolą człowieka jest chodzić albo spać, albo oddychać, a rolą rzodkiewki rosnąć głową w dół. Wierszowi różne role wychodzą właśnie „przy okazji”, czyli wtedy, kiedy nie robi nic frontalnie. Jestem do idei nie-frontalności wiersza trochę przywiązany, ale naturalnie to tylko jeden z pomysłów występujących w przyrodzie. A czy poezja może przyjmować rolę pamięci? Może pamięć wspierać, a to już coś. Kiedy mowa wiersza jest ciekawa, aktywizują się rozmaite fakultety, pamięć też.

W tym roku przestał pan pełnić funkcję redaktora naczelnego „Literatury na Świecie”. Było to chyba niełatwe rozstanie?

Patrząc od strony funkcji, to jest rozstanie. Byłem tak tej pracy oddany, że zwykle nie docierało do mnie, że pełnię funkcję. A jak musiałem sobie tę funkcyjność z rozmaitych powodów bardziej uprzytamniać, czułem, że pora odchodzić. Tyle że, wie pan, kiedy instytucja zachowuje ciągłość, to nie jest cięcie typu „do dziś byłem szefem, a od jutra nie ma po mnie śladu”, zwłaszcza w przypadku pisma planującego numery z dwuletnim wyprzedzeniem. Koleżeństwo będzie jeszcze dłuższy czas pracować nad tym, cośmy zaplanowali.

Tak czy owak, po blisko trzydziestu latach przyszedł czas, żeby „Literaturę na Świecie” po prostu poprowadził ktoś inny, o pokolenie młodszy. Człowiek się do szefowania trochę przyzwyczaja – i to też może być powód, żeby odejść. Nie, nie zakładałem, że będzie łatwo. Ale zawsze chciałem odejść po swojemu, czyli kiedy pismo będzie w doskonałym stanie – choć żywię nadzieję, że nic mu zbytnio nie dolegało i w innych fazach mojej kadencji – i odejść na własne życzenie, nie wtedy, kiedy będę musiał. I zależało mi na tym, żeby zapewnić zespołowi właściwą sukcesję.

Cofnę się do roku 1986. Nie był pan jeszcze naczelnym „Literatury na Świecie”, ale zredagował pan pamiętny „niebieski numer” – numer 6 miesięcznika. Do dziś wielu odwołuje się do tej publikacji, dlatego ciekaw jestem, jak ocenia pan dzisiaj jej rolę kulturotwórczą?

Niezręcznie mi oceniać, bo to jest, wie pan, odrobinę tak, jakbym miał oceniać własne kulturotwórcze znaczenie. Tamten numer na pewno miał znaczenie dla mnie: upewnił mnie w moich poetyckich intuicjach i odruchach – i uprzytomnił, że to, co ma sens dla mnie, może mieć sens nie tylko dla mnie. Człowiek, powiedzmy, nie dość ze sobą otrzaskany nie musi zdawać sobie z czegoś takiego sprawy – kiedy zacząłem myśleć o tym numerze, byłem tuż po trzydziestce i czułem się bardzo nieopierzonym młodzieńcem.

To była pierwsza u nas, w miarę pokaźna antologia wierszy Franka O’Hary i Johna Ashbery’ego – zwłaszcza ich dwóch – a także Jamesa Schuylera i Kennetha Kocha, i pierwsza antologia tekstów na ich temat, a nawet skromna pokazówka towarzyszącego im malarstwa. Potem to wszystko rozpędziło się bardziej. Tymczasem cała czwórka całkowicie pochopnie wyprawiła się na tamten świat. Przepraszam, trójka, bo O’Hara w ogóle zmarł dwadzieścia lat wcześniej.

Poza szkołą nowojorską popularyzował pan także poezję irlandzką. Ta pierwsza kojarzy się z pewną nerwowością, doraźnością, poezją dnia codziennego, druga z kolei jawi się jako refleksyjna, podejmująca dialog z historią. Mam wrażenie, że obie te tendencje były stale obecne także w pana twórczości.

Wie pan, jak to jest ze skojarzeniami, nie muszą być miarodajne. Natomiast jeśli chodzi o moje pisanie, to fakt – obchodziła mnie i wciąż obchodzi zarówno codzienność, jak i historia. Ale nawet jeśli takie rozróżnienie bywa użyteczne, to w odniesieniu do wierszy, które coś znaczą, wydaje mi się cokolwiek wątpliwe, poczynając od dość podstawowej kwestii, że nasza doraźność – czy tego chcemy, czy nie, i bez względu na to, czy rzecz widać w naszym pisaniu mocniej, czy bardziej strzępiaście – zawiera w sobie całą historię, a może i „całą przeszłość”. My nawet nie wiemy kiedy dokładnie, ani jak, doraźność zamienia się w historię – choć często zamienia się „na naszych oczach”. Ja doraźność i historię widzę raczej w związku, więc takiego rozróżnienia zbyt serio bym nie traktował, tak samo jak innych symetrycznie pomyślanych dwubiegunówek albo przeciwstawień typu „albo-albo”.

A poeci z Irlandii Północnej w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych byli bardzo mocni – Seamus Heaney, Michael Longley, Derek Mahon, Ciarán Carson, Paul Muldoon, bo to było wtedy prawie całkiem męskie towarzystwo, z wyjątkiem bardzo ciekawej Medbh McGuckian. Wydaje mi się, że są mocni nadal, te rzeczy na moje ucho nie zmieniają się z dekady na dekadę, chyba że potencjał anachronizmów od razu przebija potencjał aktywności wiersza. Myśleli i mówili o sprawach publicznych bez coraz bardziej dotkliwego u nas w tamtym czasie politycznego natręctwa, bez moralizowania i beserwiserki, bez przewidywalnych gestów językowych. W każdym razie ja od tej strony usiłowałem oskubać ich z mądrości, jak to cokolwiek zabawowo określił był John Berryman, też akurat w irlandzkim kontekście.

I do dziś jestem przywiązany do wczesnych książek szkockiego poety Douglasa Dunna, i do wierszy, też odrzecznie nieżyjącego już poety angielskiego, D.J. Enrighta.

Udowadniał pan, że poezja nie musi spełniać obowiązku poruszania tematów wielkiej wagi i uderzania w patetyczne tony. Ukuł pan nawet bardzo nośny termin „debalonizacja”.

Słowo wydawałoby się nośne, prawda? Ale chyba się zbytnio nie przyjęło. Raczej patrzono na mnie jak na raroga. Tym większą przyjemność mam z nagrody warszawskiej, którą przyznało mi jury złożone z ludzi znacznie młodszych ode mnie.

Rozmawiamy przed pana wyjazdem do USA. Z czym związany jest ten wypad?

Przez wiele lat, ze znajomą poetką amerykańską Jennifer Grotz, tłumaczyłem na angielski poezje Jerzego Ficowskiego, którego lekceważyli albo nie doceniali prawodawcy literaccy sprzed pół wieku. Poza pisaniem wierszy zajmował się Żydami, Cyganami, Schulzem, Wojtkiewiczem, Papuszą, tym, co wedle owych prawodawców było chyba dla kultury polskiej marginalne, a może i drugorzędne, był też członkiem KOR-u. Chyba dosłownie tylko kilka osób zdawało sobie sprawę, że Ficowski jest jednym z naszych najwybitniejszych poetów, mistrzów polszczyzny.

Jennifer Grotz najwyraźniej uwierzyła mi, że Ficowski jest świetny. Pracowaliśmy przynajmniej siedem lat – Jennifer uważa, że dłużej – w zasadzie co tydzień, przeważnie na skajpie. To było takie wieloletnie seminarium, po pierwsze z języka polskiego, bo ona wcześniej zaledwie otarła się o polszczyznę, po drugie z „Ficowskiego języka”, a po trzecie z niezbędnych kontekstów dotyczących kultury polskiej, polskiej poezji, no i przekładu, bo doświadczenie przekładowe też miała skromne. A że niemal każde zdanie Ficowskiego ma taki wielopiętrowy charakter, więc lekko nie było. Ktoś, kto zna poziom trudności Ficowskiego wiersza, wie, że to był właściwie karkołomny pomysł. W końcu powstał ten wybór poezji, „Everything I Don’t Know”, któremu amerykański PEN dał w kategorii poezji nagrodę za przekład roku. Nasz wydawca World Poetry Books – tak zwany mały wydawca – był bardzo rad i pewnie z tego względu zaprosił nas na przebieżkę z książką Ficowskiego po kilku kampusach Wschodniego Wybrzeża.

Jak rozumiem, chce się pan teraz poświęcić własnej poezji. Możemy zatem oczekiwać kolejnych książek?

Poświęceniem bym tego nie nazwał, acz będę czynił starania. A nuż coś z nich wyjdzie? Świat zostanie uratowany, a ja się do tego, jasna sprawa, walnie przyczynię.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. Zuza Krajewska dla Nagrody Literackiej m.st. Warszawy

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady