banner ad

Książka to dla mnie projekt – wywiad z Januszem Leonem Wiśniewskim

28 marca 2017


Janusza Leona Wiśniewskiego nie trzeba nikomu przedstawiać. W 2001 roku szturmem zdobył serca czytelników za sprawą książki „Samotność w sieci”. Przez kolejne lata publikował zbiory opowiadań, powieści, książki epistolograficzne, wywiady-rzeki i wiele innych. W lutym wyszła jego najnowsza książka „Eksplozje” – której współautorami jest 8 polskich pisarzy – i to o niej autor opowiada naszej redaktorce. Ale z wywiadu dowiemy się również, dlaczego Janusz L. Wiśniewski nie czuje się pisarzem, jak przygotowuje się do tworzenia książek, a także o czym będzie kontynuacja jego najbardziej znanej powieści.

Katarzyna Figiel: 1 lutego ukazały się „Eksplozje”, które tak naprawdę zamykają swoistą trylogię. Zaczęło się od pańskich opowiadań, które zostały wydane w 2002 roku. „Zespoły napięć” stanowią inspirację dla dwóch kolejnych książkowych projektów, czyli dla „Kulminacji” i „Eksplozji”. Jaka była geneza całego przedsięwzięcia?

Janusz Leon Wiśniewski: Opowiadania „Zespoły napięć” to była moja druga, po „Samotności w sieci”, książka. Ta druga jest zawsze ważna dla autora ? świat czeka, chce sprawdzić, czy ta pierwsza to nie była tylko jakaś jednorazowa eksplozja. W „Zespołach napięć” znalazły się bardzo osobiste, emocjonalne opowiadania, które w tamtym czasie były mi bardzo potrzebne. Pewnie by ich nie wydano, gdyby nie sukces „Samotności w sieci”. Co ciekawe, zostałem nawet podejrzany po napisaniu tej książki o to, że Janusz Wiśniewski to tylko pseudonim ? bo coś takiego musiała napisać kobieta. I rzeczywiście: to są bardzo kobiece opowiadania, przecież w każdym pojawia się element menstruacji. Nie w sensie fizjologicznym, ale psychologicznym. Pierwsza menstruacja u dziewczynki, która wprowadza ją w świat kobiecości, znikająca menstruacja, kiedy kobieta zachodzi w ciążę, czy ostatnia menstruacja podczas menopauzy. Zespoły wywędrowały do wielu krajów, wkrótce po publikacji w Polsce wydano je w Rosji, na Ukrainie, w Albanii, Estonii, Chorwacji, nawet w Wietnamie. A w którymś momencie wydawnictwo Wielka Litera wpadło na pomysł, że można tę książkę odnowić. I tu ogromny ukłon w kierunku Pawła Szweda i osób z wydawnictwa, którzy wymyślili, że może na te kobiece opowiadania napisane przez mężczyznę powinny odpowiedzieć kobiety. I tak powstały „Kulminacje”. Minęły trzy lata i Paweł Szwed z zespołem namówił tym razem mężczyzn, żeby podarowali mi czas i napisali swoje wersje moich kobiecych opowiadań. Pomysł na obie książki był moim zdaniem znakomity. Zresztą został od razu skopiowany na Ukrainie, gdzie namówiono do napisania opowiadań ukraińskie pisarki.

Jakie różnice w podejściu kobiet i mężczyzn pan zauważył?

To jest bardzo ciekawe, bo o ile kobiece opowieści były trochę zaczepne, komentujące, polemizujące, to w przypadku opowiadań znajdujących się w „Eksplozjach” nie widzę żadnej polemiki, wręcz przeciwnie. Mężczyźni poszli w stronę rozszerzenia pewnych wątków, kontynuacji historii albo pokazania innego spojrzenia na ten sam temat. Na przykład Jastrun w „Kochanku” opowiada, co czuł mężczyzna ? czarny charakter, kochanek młodej dziewczyny, któremu ja nie poświęcam dużo uwagi. Kontynuację wybrał też w swoim opowiadaniu Igor Brejdygant, który przedstawia historię ojca, który jako oficer Stasi znęcał się nad późniejszym opiekunem swojej córki.

Nie miał pan obaw przed oddaniem swoich tekstów do przetworzenia innym twórcom? Nie bał się pan właśnie tej możliwej polemiki?

Akurat tego się nie bałem, tak naprawdę liczyłem na to, że będzie jakaś polemika. Nie mam monopolu na wiedzę o kobietach, mimo że podejrzewa się, że bardzo dobrze znam ich dusze. Pomyślałem, że może to była arogancja ? to, że napisałem tak bardzo kobiece opowiadania. I byłem ciekawy, czy faktycznie jestem arogancki. Poza tym specjalnie poprosiłem o to, żeby dostać te teksty, jak już będą gotowe, wydrukowane, w okładkach, żeby ta polemika dotarła do mnie, jak już niczego nie będzie można zmienić. I rzeczywiście: opowiadania zawarte w „Kulminacjach” czytałem w samolocie, lecąc z Frankfurtu do Warszawy na prezentację tej książki. Dokładnie to samo zrobiłem w przypadku „Eksplozji”: czytałem je w hotelu w Warszawie przed spotkaniem z czytelnikami. Po pierwsze nie mam prawa ingerować, po drugie uważam, że to bezsensowne, po trzecie odebrałoby to swobodę twórczą moim współautorom. Poza tym, jeśli teksty są polemiczne, niezgadzające się ze mną, to tylko korzysta na tym czytelnik. Taki dyskurs zawsze jest interesujący.

Czyli w same teksty pan nie ingerował, ale czy miał pan wpływ na wybór autorów do obydwu książek?

Nie. I kobiety, i mężczyzn wybrało wydawnictwo. Nie sugerowałem żadnych autorów, uważałem, że wydawca zna lepiej rynek literacki w Polsce. Osobiście znałem wcześniej tylko dwóch autorów z „Eksplozji”: Daniela Odiję, który mieszka w Słupsku, gdzie ja byłem wykładowcą na uczelni i w związku z tym dość często się spotykaliśmy, i Tomasza Jastruna, którego poznałem kilka lat temu, i którego bardzo lubię. Panów Brejdyganta i Rogozińskiego poznałem na spotkaniach w Empiku. A z resztą autorów nie spotkałem się osobiście, choć oczywiście wiedziałem o ich działalności, znałem ich prozę.

A wie pan, jak wyglądał proces doboru tekstów? Czy autorzy sami sobie wybierali opowiadania-inspirację?

Wiem, jak to było, bo panowie Jastrun, Rogoziński i Brejdygant opowiadali o tym na spotkaniu. Autorzy sami wybierali opowiadania. Ci, którzy dostali propozycję i teksty jako pierwsi, mieli największy wybór. Później z wiadomych względów, wybór był coraz mniejszy.

Wiem już, jakie emocje towarzyszyły panu przy czytaniu opowiadań pana współautorów. A jak się panu czytało własne teksty po tak wielu latach? Nie miał pan pokusy, żeby trochę je pozmieniać?

To jest okropne cierpienie każdego autora czy pisarza. Człowiek wysyła manuskrypt do wydawcy – oddaje swoje „dziecko”, nad którym pracował dłuższy czas – i tam on nabiera formy i już nic nie można zmienić. Dlatego też, żeby uniknąć tej frustracji i tego niepokoju, że przecież mogłem to napisać inaczej, przyjąłem zasadę, że nie czytam swoich książek. „Samotności w sieci” nigdy nie przeczytałem w całości. A jeśli chodzi o „Zespoły napięć”, to jest z nimi związana pewna ciekawa historia, niemalże anegdotyczna. Swego czasu, wiele lat po tym, jak napisałem te opowiadania, moja była już żona wysłała mnie, żebym przyniósł jakieś rzeczy z piwnicy. Stał tam też karton z książkami i sięgnąłem po jakąś. Dodam, że nie było tam zbyt jasno. Otworzyłem tę książkę na przypadkowej stronie i zacząłem czytać. Bardzo mi się spodobała, wzruszyły mnie te historie. Potem dopiero zauważyłem, że ja przecież czytam „Zespoły napięć” (śmiech). Wróciłem do domu prawie po godzinie, bo siedziałem na podłodze i czytałem w tym piwnicznym świetle swoją książkę. To brzmi banalnie, ale tak było. To była chyba jedyna moja książka, którą przeczytałem.

Czytam oczywiście teksty przed wysłaniem, ale potem, po wydaniu już nie, bo wiem, że na pewno za tydzień chciałbym coś zmienić. Na przykład teraz kończę książkę, którą pisałem półtora roku. „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie”. Termin na jej wysłanie miałem do początku lutego, ale wydawnictwo przesunęło ją na jesień i mam jeszcze trochę czasu. W związku z tym co trzeci dzień wysyłam im coś zmienionego, bo coś mi jeszcze przyszło do głowy, bo chcę coś rozszerzyć. Nieraz to są trzy zdania albo jeden przymiotnik ? ale budzę się w nocy i on wydaje mi się nagle bardzo ważny, więc siadam do komputera i go dopisuję. I ciągle pytam pani w wydawnictwie, do kiedy mogę nanosić zmiany, licząc, że mi powie: „Panie Januszu, to już koniec, książka idzie do redakcji”.

Wspomina pan w wywiadach, że ma problem z fikcją, wobec czego raczej zapisuje pan zdarzenia, doświadczenia ? zapewne zarówno swoje, jak i osób z pana życia. Czy nikt się na pana za to nigdy nie obraził?

To może zabrzmieć dziwnie po tylu latach pisania, ale ja nie czuję się do końca pisarzem. Ja się ciągle czuję naukowcem, zresztą to jest ? mojego życia. Nie skończyłem żadnym humanistycznych studiów, nigdy nie pracowałem słowem jak dziennikarze, poloniści, redaktorzy. To mi się po prostu przydarzyło. Może to jest staroświeckie, ale uważam, że do pewnych zawodów powinno się być przygotowanym w sensie wykształcenia, a ja takiego wykształcenia przecież nie mam. Dlatego bardziej czuję się autorem tekstów niż pisarzem. I faktycznie mam problem z fikcją literacką, i to też pewnie wynika z tego, że pochodzę z naukowego świata. Jak się pisze artykuły naukowe, to trzeba udowadniać, skąd się wszystko wie. Ja też mam taką tendencję, że na każdej stronie na dole chciałbym w przypisach dodać: „a ja wiem to od tego i tego” albo: „to naprawdę się zdarzyło”. Ale tego w literaturze pięknej nie można robić. Mnóstwo rzeczy w moich książkach jest prawdziwych, bo najłatwiej się pisze, jak się coś widziało, czuło. Mam taki zwyczaj, że kiedy piszę o jakimś miejscu, to chcę w nim być. Kiedy pisałem „Bikini”, gdzie jest bombardowane Drezno, to mierzyłem, jaki czas potrzebny jest do przejścia od podziemi kościoła, gdzie bohaterka była podczas tego zdarzenia, do jej zbombardowanego mieszkania. Mierzyłem to ze stoperem, dodałem, że były gruzy i wyszło mi, że ona potrzebowała na to 30 minut. Kiedy pisałem w „Losie powtórzonym”, że w Muzeum w Nowym Sączu słychać dzwony kościoła, to ja się faktycznie przekonałem, że je słychać. Pojechałem do tego muzeum, oddychałem jego atmosferą, chciałem słyszeć skrzypienie drzwi czy schodów. To są drobiazgi, dla czytelnika niezauważalne, ale mnie przekonują, że to jest realne, prawdziwe, że nie można mi zarzucić, że coś jest niezgodne z prawdą. Wszystkie informacje historyczne, geograficzne są sprawdzone i można na nich polegać. To wszystko wymaga strasznie dużo pracy i czasu.

Czyli podchodzi pan do pisania bardzo naukowo.

Może nie naukowo, ale bardzo skrupulatnie i traktuję książkę jak projekt, do którego się przygotowuję. Dlatego najczęściej umieszczam akcję w miejscu, w którym byłem, i wiem, że nie muszę jeździć na drugi koniec świata. Bardzo cenię sobie to, że podczas pisania wychodzę poza swoją chemię, informatykę, chemioinformatykę, jak się to teraz nazywa, i uczę się rzeczy, których bym się pewnie nie nauczył. „Bikini” jest książką niemal historyczną: II wojna światowa, bombardowanie Drezna, obraz Nowego Jorku w 1945 i 1946. Dużo się też nauczyłem o fotografii, bo bohaterką jest fotografka. Z kolei w książce „Miłość i inne dysonanse”, którą napisałem z Iradą Wownenko, głównym bohaterem jest krytyk muzyczny. No więc czytałem encyklopedię muzyki, słuchałem płyt z muzyką klasyczną. W „Grandzie” bohaterowie pochodzą z różnych światów, czasem naukowych, a nawet teologicznych, więc byłem zmuszony do sięgnięcia do innych dziedzin życia. To jest taką wartością dodaną do tego pisania, że człowiek nie tylko przeżywa te swoje emocje, ale się też dużo uczy. To przygotowanie przydaje się szczególnie podczas pisania współczesnych historii, bo to wszystko można sprawdzić. I to widać, szczególnie po ostatnim eksperymencie Pana Mroza, który jako Skandynaw napisał kryminał o Wyspach Owczych. Dopuścił się tam pewnych nieścisłości, bo nie znał tego świata aż tak dobrze. Wydawało mu się, że wszystko można znaleźć w internecie, ale to wygląda trochę inaczej. Swoją drogą świetny pomysł, bo przecież cały szał na kryminały, który trwa w najlepsze, zaczął się właśnie od tych mrocznych skandynawskich kryminałów.

A pana nie kusi, żeby wyjść trochę poza swoją sferę zainteresowań pisarskich i napisać na przykład kryminał?

Ale ja tak naprawdę nie mam jednej sfery zainteresowań literackich. Bo w swoim dorobku mam powieść, ale i powieść historyczną, zbiór opowiadań, eseje ? niemalże popularnonaukowe, dwie książki epistolograficzne napisane z Małgorzatą Domagalik, dwie książki w postaci wywiadu rzeki, nawet bajkę. Swoją drogą tę bajkę, zatytułowaną „Marcelinka rusza w Kosmos. Bajka trochę naukowa”, właśnie wznawia Wydawnictwo TADAM z przepięknymi nowymi ilustracjami. I rzeczywiście nie mam popełnionej książki kryminalnej, ale napisałem książkę, która wydarzenia kryminalnego dotyczy: o morderstwie Zauchy („I odpuść nam nasze…”, wydawnictwo Od Deski Do Deski). I chociaż to jest bardzo analityczne zadanie: zaprojektować kryminał, to na razie nie zamierzam nic takiego pisać. Nie jest jednak tak, że wydaję książki tylko jednego typu. Wszyscy myślą, że ja piszę nieustannie o miłości, o relacjach między kobietą i mężczyzną. Jestem z tym kojarzony przez tę „Samotność w sieci”, która jest rodzajem tatuażu, którego nigdy nie zeskrobię.

Z jednej strony to tatuaż, którego chciałby się pan pozbyć, ale z drugiej właśnie poinformował pan, że szykuje kontynuację tej powieści.

To jest bardzo duży skrót myślowy. Pamięta pani kiedy wyszła „Samotność w sieci”?

W 2001 roku.

No to ile lat minęło? (śmiech) Wielu autorów kułoby ten temat chociażby ze względów finansowych i napisałoby sequel po dwóch, trzech latach, a ja broniłem się, jak mogłem, chociaż oferowano mi za to duże pieniądze. Ale ja uważałem, że musi minąć sporo czasu. Bo chciałem pokazać to drugie pokolenie internetowe. Chciałem, żeby historia była pokazana z punktu widzenia współczesnego bohatera. Dlatego odczekałem 15 lat od wydania, 20 ? od napisania „Samotności”. I myślę, że teraz już czas najwyższy. Akcja książki działa się w 1996 i 1997 roku, głównej bohaterce rodzi się syn i to on będzie bohaterem. To będzie zupełnie inna książka, nie żaden sequel. Ale zamysł był też taki, żeby spojrzeć również na to, co się wydarzyło w internecie przez te 20 lat. Ta książka trafi do innego pokolenia. Oczywiście większość ludzi, która czytała „Samotność”, będzie ciekawa, co wydarzy się w kontynuacji tej historii, ale to będzie ciekawe też dla zupełnie nowych czytelników, którzy może o „Samotności w sieci” nigdy nie słyszeli. Niezależnie od tego, ile lat minęło, jedno się nie zmieniło: miłość jest rzeczą uniwersalną, obojętnie czy mamy taki internet czy inny, ludzie się kochają, jak się kochali, pragną się, jak pragnęli. I tako chcę w tej książce pokazać. Taki jest plan.

Kiedy możemy się spodziewać wydania książki?

Mam nadzieję, że w przyszłym roku na jesieni. To będzie moje podstawowe zadanie literackie na ten rok.

W takim razie ja, i wszyscy pana czytelnicy czekamy niecierpliwie.

Rozmawiała: Katarzyna Figiel

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady