Korzenie definiują nas podobnie jak dzieciństwo – wywiad z Kallią Papadaki, autorką „Dendrytów”

3 czerwca 2020


O budowaniu własnej tożsamości, lękach w obliczu kryzysu i bohaterach ograniczonych przez marazm i rutynę rozmawiamy z grecką pisarką Kallią Papadaki, autorką powieści „Dendryty”, która została wyróżniona w 2017 roku Literacką Nagrodą Unii Europejskiej.

Karolina Chymkowska: Jak czytamy w Wikipedii, „kryształ dendrytyczny to agregat drobnych kryształów – krystalitów o strukturze fraktalnej, kształtem przypomina rozgałęzione drzewo, krzew lub liść paproci”. Dokładnie tak jak rodzina, pokolenie po pokoleniu. Niemniej samo słowo „gałęzie” sugeruje wzrost, sięganie w górę, dążenie do przyszłości. A co z korzeniami? Jaka jest ich rola w budowaniu poczucia przynależności i tożsamości? Są niezbędne, czy można o nich zapomnieć z wyboru?

Kallia Papadaki: Czasem „gałęzie” sięgają tak wysoko w niebo, że zapominają, jak wszystko się zaczęło – i nie ma w tym nic złego, zapominanie jest po to, by sięgnąć wyżej. Niemniej ten początek zawsze istnieje, ziarno wzrastające i w złych, i w dobrych czasach, podczas przyjemnej i surowej pogody, uparcie opierające się problemom. Korzenie definiują nas podobnie jak dzieciństwo, mityczna i mistyczna kraina możliwości i beztroski, która wiąże nas z konkretnym miejscem. Czasami konieczne jest wyzwolenie się z tych więzów, zrezygnowanie z tożsamości łączącej nas z określonym miejscem i czasem. Ale bez poczucia prawdziwej przynależności, bez końca czy początku, pojawia się samotność, którą człowiek byłby w stanie znieść chyba tylko, gdyby przypominał Boga.

Skąd pomysł na umieszczenie akcji akurat w Camden? Czy takie było pierwotne założenie, czy decyzja co do miejsca pojawiła się w trakcie rozwoju koncepcji na książkę?

Od samego początku wiedziałam, że zależy mi na opowiedzeniu historii o pierwszym i drugim pokoleniu imigrantów, którzy poszukują spełnienia amerykańskiego snu, którzy z całego serca wierzyli, że jeśli tylko będą pracować wystarczająco ciężko, dadzą radę to osiągnąć, a zamożność zależy bezpośrednio od tego, ile wysiłku należy w coś włożyć. Większość z nich przekonała się boleśnie, że życie obfituje w niespodzianki i zwroty akcji, a jedyne, co możemy zrobić, to podporządkować się nurtowi wydarzeń. Miałam klarowną wizję swoich postaci, ich marzeń, nadziei i lęków, ale potrzebowałam odpowiedniego miasta, które samo w sobie stałoby się bohaterem opowieści, nadałoby jej ton. Miasta, które pochwyciłoby moje postaci w pułapkę niezdecydowania, introspekcji, zapomnianych planów i straconych szans. Camden nadawało się do tego idealnie. Niegdyś było zamożne, jego gospodarkę napędzały kolejne fale imigrantów, słynęło z wydajnie funkcjonujących przedsiębiorstw – po drugiej wojnie światowej większość tych firm albo upadła, albo przeniosła się bliżej południowej granicy, co przełożyło się na bezrobocie, biedę, korupcję i olbrzymi wzrost przestępczości.

„Dendryty” to staranna dekonstrukcja „amerykańskiego snu”. Jednocześnie jednak książka wydaje się koncentrować przede wszystkim na ludziach i ich indywidualnych wadach, nie na mitach o równych szansach i prostej ścieżce do sukcesu. Bohaterowie nie są bynajmniej herosami, czasami wręcz chciałoby się nimi potrząsnąć. Planują, myślą, ale rzadko kiedy wdrażają swoje założenia w życie, po prostu się poddają. Andonis i jego żona spędzają większość życia w małżeństwie na wzajemnym unieszczęśliwianiu się, Basil jest przytłoczony przez odpowiedzialność i boi się, że jej nie sprosta… Skąd w nich wszystkich tyle lęku? Czy to kwestia braku pewności siebie? Obawy przed zmianami i rozczarowaniem? A może jeszcze czego innego?

Nigdy nie myślałam pod tym kątem i to skłania mnie do refleksji: czemu są tak pasywni? Czy się boją? Czemu nie podejmują ryzyka? Nie działają, nie dążą do zmiany? I co to mówi o ich twórcy, o pisarzu? Książka powstała w czasie, gdy Grecja zmagała się z potężnym kryzysem socjoekonomicznym, niepewność unosiła się w powietrzu, niemniej nadal żyliśmy naszym codziennym życiem, w oczekiwaniu, dzień po dniu, zachowując nadzieję, ale bez podejmowania szczególnych działań. Zastanawiam się zatem, czy człowiek w obliczu historycznych zmian nie jest stłamszony przez nadzieję, przez oczekiwanie, że wszystko obróci się na dobre, a lęki i trudności ostatecznie zmniejszą się lub całkowicie znikną. Moi bohaterowie żyją w czasach ekonomicznych, społecznych i politycznych kryzysów i zdają się je znosić, ale w istocie to jeden rodzaj kryzysu jest katalizatorem zmian: ten związany z własnym wnętrzem, które definiuje nas, nasze osobiste nadzieje i obawy, niewypowiedziane marzenia i koszmary, stając się czymś na kształt egzystencjalnego robaka, zjadającego nas od środka, pochłaniającego całą energię i odwagę, aż w końcu zostajemy uwięzieni w pustce codziennej rutyny.

Dorastałaś w Salonikach, studiowałaś w Stanach Zjednoczonych i ostatecznie wróciłaś znów do kraju. Czy zawsze planowałaś wrócić? Czy czujesz się związana ze swoim greckim dziedzictwem kulturowym?

Nie był to plan, raczej silna potrzeba. Zależało mi na tym, żeby całkowicie zmienić własne życie i podążyć za marzeniem z dzieciństwa: chciałam uczyć się filmu, opowiadać i pisać historie. Kiedy myślę o dziedzictwie, wyobrażam je sobie jako zbiorową pamięć wyłaniającą się znikąd, tak jak język opisujący nasze działania i definiujący zrozumienie świata.

Istnieje sporo stereotypów związanych z Grecją i Grekami. Jaka jest twoja definicja stereotypu?

Stereotypy to nic innego jak nasza niechęć do zagłębiania się w detale, do włożenia dodatkowego wysiłku w dostrzeżenie niuansów w ludzkiej osobowości i działaniach. To upraszczająca doktryna, pokazująca wszystko w czerni i bieli. Stereotypy nie rzucają światła na złożoności charakteru i duszy człowieka, raczej przeciwnie – zaciemniają widzenie różnych ścieżek i możliwości w imię utrwalania jednej, niezaprzeczalnej, aforystycznej prawdy.

Gdybyś miała przenieść „Dendryty” na duży ekran, jak wyobrażałabyś sobie pierwszą scenę?

Kiedy rozpoczynałam pracę nad książką, miałam ten obraz w głowie. Nastoletnia dziewczynka przed lustrem w szkolnej łazience, trzymająca w dłoni nożyczki, zdecydowana przywrócić równowagę we własnym wyglądzie poprzez obcięcie prawego kucyka – lewy obciął jej sprawiający wiecznie kłopoty brat, kiedy nie chciała oddać mu swojego kieszonkowego. Cały jej dramat, rozczarowanie i upokorzenie są widoczne w tej scenie, kiedy patrzy na siebie w lustrze i ma dokonać aktu sprawiedliwości. Tak zaczyna się moja książka i za żadne skarby bym tego nie zmieniła.

Czy sądzisz, że Basil, Susan i Leto wciąż mają szansę na odbudowę swojej rodziny? Co powinni w tym celu przedsięwziąć? Co zmienić, by odnaleźć szczęście, uleczyć wszystkie blizny? W którymś momencie przestali ze sobą rozmawiać i stracili całą emocjonalną uczciwość.

Nie jestem pewna, czy są w stanie cokolwiek naprawić. W tej rodzinie jest miłość, ale każde z nich już dawno straciło poczucie kierunku. Przestali podążać za swoimi potrzebami i marzeniami, nie są już tacy, jacy byli niegdyś. Niezależnie od wieku zawsze bolesne jest uświadomienie sobie, że poszło się na kompromis, zapomniało o początkowych nadziejach i że w zasadzie przestało nas obchodzić, dokąd zmierzamy. Wyłączyłabym Leto z tego równania, jest młodziutką nastolatką, pełną potrzeb i oczekiwań, a jeżeli w ogóle szukać w tej powieści jakiejś nadziei, to leży ona w nowym pokoleniu. Basil i Susan przestali się wzajemnie słuchać i być wobec siebie szczerzy.

Co planujesz eksplorować w swoich kolejnych pracach? Co przede wszystkim motywuje cię jako pisarkę? O czym obecnie marzysz?

Moją największą motywacją podczas pisania jest opowiedzenie historii, która mnie porusza. Właśnie tego szukam, nim usiądę i zacznę spędzać na pracy długie godziny nocą lub rankiem. Oczywiście mam jeszcze inne przemyślenia, wątpliwości, nadzieje i marzenia. Ale marzeń nie należy zdradzać, ponieważ wypowiedziane na głos stracą cały swój rozpęd, a gdy ubierzesz je w słowa, stracą magię.

Rozmawiała: Karolina Chymkowska

Tagi: , , , , ,

Kategoria: wywiady