banner ad

Elementy magii i uniwersalny dramat rodzinny – wywiad z Wunmi Mosaku i Abbey Lee Kershaw na temat serialu „Kraina Lovecrafta”

18 września 2020

Wyświetlany właśnie na HBO i HBO GO serial „Kraina Lovecrafta”, nakręcony na podstawie powieści Matta Ruffa o tym samym tytule, śledzi losy Atticusa Freemana, który razem z przyjaciółką i wujem wyrusza w podróż przez przesiąknięte rasizmem amerykańskie Południe lat 50., aby odnaleźć zaginionego ojca. Po drodze przyjdzie im zmierzyć się z rasistowskim terrorem oraz przerażającymi potworami rodem z powieści Lovecrafta. W produkcji obok Jonathana Majorsa i Michaela Kennetha Williamsa występują m.in. aktorki Wunmi Mosaku i Abbey Lee Kershaw. Obie odpowiedziały wspólnie na kilka pytań dotyczących serialu. Książka „Kraina Lovecrafta” jest dostępna w księgarniach nakładem Wydawnictwa W.A.B.

Dlaczego zainteresowałyście się tym projektem? I jakie były wasze pierwsze wrażenia po przeczytaniu scenariusza?

Wunmi Mosaku: Przeczytałam go jednym tchem, bo uwielbiam dobre dramaty rodzinne. Akcja serialu ma doskonałą oprawę. Podobało mi się wszystko, nawet wybór pierwszej książki, którą Atticus czyta w autobusie. Jest to dramat rodzinny, który wydaje się być bardzo autentyczny, prawdziwy i pełen dramaturgii. W sceny ze świata rzeczywistego wpleciono motywy z książek H.P. Lovecrafta, co daje niespotykany efekt. Podczas przesłuchania dowiedziałam się, że serial jest adaptacją powieści. Natychmiast ją przeczytałam, bardzo mi się podobała i muszę przyznać, że rozpaliła moją wyobraźnię.

Abbey Lee Kershaw: Trudno jest mi jednoznacznie powiedzieć, co dokładnie sprawiło, że zainteresowałam się tym projektem, który jest ciekawy z bardzo różnych powodów.​ Podoba mi się połączenie różnych gatunków i dobór poruszanych tematów. Scenariusz jest wielowątkowy i bardzo uniwersalny. Nigdy wcześniej nie czytałam tekstu, który w tak kameralny sposób opisuje w szczegółach przedstawiony świat. Scenariusz potwierdza geniusz Mishy Green, której produkcje są głęboko osadzone w naszej historii, ale mają niezwykle aktualny wydźwięk. W serialu pojawiają się elementy magii i uniwersalnego dramatu rodzinnego. To połączenie zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

Kiedy zaczęłam poznawać lepiej Christinę, która jest kompletnie nieobliczalna, stwierdziłam, że musi być szalona. Ale potem okazało się, że w serialu pokazujemy często zachowania, które odbiegają od normy, są szalone, bezkompromisowe lub nawet przewrotne, ale oglądamy je z przyjemnością. Czasem jest to jazda bez trzymanki i wielka przygoda.

Kiedy dostałam do ręki scenariusz, przeczytałam go jednym tchem. Pamiętam, że zamknęłam się w hotelowym pokoju i zasiadłam do lektury, a potem poczułam, że muszę zrobić to jeszcze raz. To trwało przez całą dobę, bo kiedy czytałam, ciągle wracałam do wybranych fragmentów, bo w scenariuszu dużo się dzieje.

Czy serial bardzo różni się od innych produkcji, w których wcześniej grałyście?

ALK: Aktorki bardzo rzadko dostają role, które są tak bardzo zniuansowane już na etapie scenariusza. Mówię tutaj o postaciach kobiecych, które są bardzo wielowymiarowe, a nie sztampowe, odzwierciedlające jeden archetyp. Misha stworzyła moją postać, która jest zlepkiem dwóch męskich bohaterów powieści. Nigdy wcześniej nie zagrałam tak wyjątkowej roli, bo nikt nie przysyła mi podobnych scenariuszy. Pod tym względem jest to zupełnie inny serial niż wszystkie inne produkcje, w których dotychczas zagrałam. Bardzo rzadko szwarccharakterem jest kobieta. Bardzo rzadko kobieta nie tylko gra rolę antybohaterki, czyli tej złej, ale jest także postacią, którą rozumiemy, lubimy i możemy się z nią utożsamiać.

WM: Ten serial jest kompletnie inny niż wszystkie inne produkcje, w których wystąpiłam do tej pory. Jestem czarną aktorką i muszę przyznać, że chyba nigdy nie trafiła mi się rola w produkcji historycznej.​ Tylko raz wystąpiłam w serialu, którego akcja toczy się w latach 30. w Londynie. Moja bohaterka jest Amerykanką, Afroamerykanką, ale nigdy wcześniej nie zagrałam w filmie ani w serialu, który byłby osadzony w tym okresie. W tamtym serialu zagrałam piosenkarkę i musiałam nauczyć się grać na gitarze.

ALK: Ona ma fantastyczny głos!​

WM: Producenci zorganizowali nam lekcje śpiewu, które bardzo mi się przydały, bo nigdy wcześniej nie śpiewałam bluesa. Każdego dnia na planie zdjęciowym musiałam grać na gitarze, ale muszę przyznać, że do dzisiaj nie bardzo mi to wychodzi.​ (śmiech) Kiedy rusza kamera, zaczynam się denerwować i wszystko zapominam.

Akcja serialu toczy się w latach 50. w podzielonej rasowo Ameryce, ale bardzo często mamy wrażenie, że dzieje się współcześnie. Jego twórcy poruszają takie tematy, jak rasizm, seksizm i przywileje społeczne. Czy możecie powiedzieć mi coś więcej na ten temat?

WM: Historia lubi się powtarzać. Szkoda, że to już nie przeszłość, ale wciąż teraźniejszość. Mam wrażenie, że ten serial mógłby powstać w dowolnym roku i nadal pozostałby nośny i aktualny.​ Mam nadzieję, że za pięć lat będę mogła powiedzieć, że mamy to już za sobą. Ale zgadzam się z tobą, że są to obecnie bardzo aktualne tematy, bo tak wygląda mniej więcej nasza rzeczywistość.

ALK: Żyjemy w dobie cyfrowych technologii, które umożliwiają nam większe otwarcie się na ludzkie doświadczenia.​ Możemy śledzić na bieżąco aktualne wydarzenia nie tylko na naszym własnym podwórku, ale także w innych częściach świata. Jest to też dobry czas na premierę serialu, bo mam wrażenie, że ludzie na całym świecie zaczęli się w końcu budzić. Sztuka to jeden ze środków, który pomaga nam nagłośnić nasz przekaz. To kolejny sposób wspierania społecznych zmian. W naszym serialu dzieje się to w innym wymiarze – w sferze duchowej, co sprawia, że jest to zarówno nierealne, jak i bardzo realne. Serial ma wyjątkowy charakter i dotyka bardzo uniwersalnych ludzkich tematów. Myślę, że jego premiera odbywa się w idealnym momencie, bo widzowie są już gotowi zacząć rozmawiać o problemach, które poruszamy.

Wunmi – wiem, że odcinek piąty, w którym dotykamy problemu dyskryminacji osób o ciemniejszym kolorze skóry i rasizmu, był dla ciebie bardzo ważny. Czy masz własne związane z tym doświadczenia?

WM:​ Tak, to problemy, którym jesteśmy gotowi stawić czoła, kiedy dorastamy i zaczynamy się dobrze czuć w swojej skórze, dobrze znamy siebie i swoją społeczność. Czasem buntowałam się, kiedy świat próbował przekonać mnie, że powinnam być w stosunku do siebie krytyczna. Jest pewna scena z udziałem Ruby, która zabrzmiała mi bardzo znajomo. Pomyślałam sobie wtedy „Ja chyba też kiedyś to powiedziałam [sobie, kiedy byłam młodsza]”, ale teraz akceptuję i bardzo kocham siebie. Pamiętam, że kiedy miałam siedem lat, dostałam od kogoś magazyn dla nastolatek „Sugar”. Kiedy zaczęłam go przeglądać, stwierdziłam, że to nie dla mnie. Muszę przyznać, że do dzisiaj nie kupuję kolorowych magazynów.

Ruby ma burzliwą relację ze swoją siostrą Leti. Jak pokazałaś to w serialu?

WM: Mam dwie starsze siostry i kiedyś nasze relacje wyglądały podobnie, ale teraz bardzo się do siebie zbliżyłyśmy. Miałam jakiś punkt odniesienia, bo zdarzało się nam często kłócić. Jurnee ma z kolei starszą siostrę. Bardzo dużo rozmawiałyśmy o burzliwych relacjach między rodzeństwem i o tym, jak zmieniały się przez lata, by w końcu przerodzić się w przyjaźń. Moim zdaniem Ruby i Leti nie doszły jeszcze do tego etapu. Uważam, że Leti nie chce dorosnąć. Jest nadal bardzo samolubna i zaabsorbowana sobą. Ich relacja nie doszła jeszcze do punktu, kiedy utrzymują ze sobą kontakty, bo po prostu tego chcą. Mam wrażenie, że ciągle mają poczucie, że powinny się kochać, ale nie lubią się nawzajem.

Abbey, czyli bohaterka, którą grasz w serialu, przekonuje się, że biali mężczyźni cieszą się uprzywilejowaną pozycją. Czy to skłoniło cię do refleksji na temat seksizmu w naszym społeczeństwie?

ALK: Sztuka i życie mają wiele punktów stycznych. Czasem na planie mam wrażenie, że wracam do pewnych momentów z mojego życia, które zostały opisane w scenariuszu.

Moja bohaterka, czyli Christina, jest bezkompromisowa. Jest kobietą, która czasami chce za wszelką cenę postawić na swoim i zachowuje się jak wariatka. Nie mówię, że jej wybory są słuszne, ale jest w niej coś, co sprawia, że jest po prostu niepokorna. Myślę, że postępuje w taki sposób, bo wie, jaką pozycją cieszą się mężczyźni, zwłaszcza w latach 50., kiedy kobiety praktycznie były pozbawione praw, nie były niezależne i nie miały wolności. Ruby dobrze znała poczucie braku wolności.

Dzięki temu uświadomiłam sobie, jak często ja sama przepraszam mężczyzn albo się do nich uśmiecham, jak reaguję, kiedy podjeżdżam na stację benzynową, żeby kupić Colę, a ktoś mówi do mnie per „skarbie”. Podobne doświadczenia są znane wszystkim kobietom – każdej z nas regularnie zdarza się być protekcjonalnie albo w lekceważący sposób potraktowaną. Za bardzo się do tego przyzwyczaiłyśmy, bo takie rzeczy dzieją się praktycznie każdego dnia.

Dzięki Christinie zaczęłam zastanawiać się dlaczego w ogóle uśmiecham się do obcych mężczyzn? Dlaczego w ogóle ich przepraszam? I zaczęłam być naprawdę zła.

fot. mat. prasowe HBO

Tagi: , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady