banner ad

„Czarnobyl. Spowiedź reportera” Igora Kostina ? książkowy dokument z miejsca katastrofy w Czarnobylu

16 lipca 2019


Zrealizowany przez stację HBO miniserial „Czarnobyl” na nowo rozbudził zainteresowanie katastrofą elektrowni jądrowej, do której doszło w 1986 roku. W związku z tym do księgarń trafiło kilka publikacji poświęconych temu zdarzeniu. Do tych najważniejszych z pewnością należy „Czarnobyl. Spowiedź reportera” Igora Kostina. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Albatros.

26 kwietnia 1986 roku Igor Kostin, fotoreporter Agencji Prasowej Nowosti, został wyrwany ze snu przez przyjaciela, który był pilotem helikoptera. Usłyszał, że w elektrowni atomowej w Czarnobylu doszło do jakiegoś wybuchu. Nie wziął więc nawet prysznica i nie wypił kawy, lecz ubrał się, zabrał sprzęt i poleciał na miejsce. Udał się tam oczywiście nielegalnie, bez pozwolenia. Początkowo myślał, że to kolejny mało znaczący pożar, który szybko zostanie ugaszony, a jedyną zaletą całej wyprawy będą ciekawe ujęcia z góry. Nie miał pojęcia, że oto stał się świadkiem wielkiej katastrofy nuklearnej. Wychylił się przez okno, wdychając żrące powietrze i zrobił dwadzieścia zdjęć, wisząc jakieś pięćdziesiąt metrów nad ziemią. Na skutek bardzo wysokiego promieniowania wszystkie klatki na kliszy zostały całkowicie prześwietlone. Wszystkie, poza pierwszą. To jedyne na świecie zdjęcie zniszczonego reaktora wykonane w dniu katastrofy.

W tym czasie władze Związku Radzieckiego próbowały wszelkimi sposobami ukryć prawdę o Czarnobylu. Kilka dni później w Kijowie odbył się nawet tradycyjny pochód pierwszomajowy, w którym wzięło udział milion osób. Nie odwołano go, żeby nie wzbudzać paniki. Jako fotoreporter Kostin od razu zrozumiał, że musi coś zrobić. Cały świat zaczął mówić o katastrofie, której szczegóły nie były jednak znane. Należało udokumentować historię, która rozgrywała się na jego oczach. „Chciałem działać, nie mogłem usiedzieć na miejscu. Do głowy mi nawet nie przyszło, żeby zostać w domu albo uciekać pierwszym samolotem byle dalej od promieniowania radioaktywnego. Uważałem, że powinienem zostać tu, na Ukrainie. Elektrownia znajdowała się w odległości stu pięćdziesięciu kilometrów od Kijowa, od mojego bloku. Robotnicy, którzy tam przebywają, to obywatele mojego kraju, moi bracia, ludzie tacy jak ja. Jestem jednym z nich. Zostaję” ? wspomina.

Kostin udał się ponownie na miejsce wybuchu, tym razem już legalnie, i uwiecznił na zdjęciach pracę tych, którzy ryzykowali życiem (a niejednokrotnie je poświęcali), żeby zminimalizować skutki katastrofy. Jak wiadomo, władze radzieckie nigdy nie oszczędzały „materiału ludzkiego”. Tym razem sytuacja była wyjątkowa. Roboty nie były w stanie pracować, ponieważ radioaktywność zakłócała działanie systemów elektronicznych. Dlatego cała nadzieja spoczęła na żołnierzach, naukowcach i zwykłych robotnikach, którzy usuwali radioaktywne szczątki przy pomocy łopat i buldożerów. Najbardziej niebezpieczny teren znajdował się w sąsiedztwie zniszczonego reaktora, gdzie promieniowanie było niewiarygodnie wysokie. Likwidatorzy ubierali ważące 35 kilogramów fartuchy z ołowiu, choć i to nie zapewniało skutecznej ochrony, ale żołnierze i robotnicy zazwyczaj pracowali w zwykłych drelichach, często też zdejmowali maski, bo było tak gorąco, że nie mogli oddychać. Nie wiadomo dokładnie, ilu z nich poumierało i nabawiło się chorób. Trudno nawet ocenić, czy wszyscy byli wolontariuszami.

Radioaktywność to podstępny, bo niewidzialny wróg. Mieszkańcy miejscowości, w których zarządzono ewakuację, nie chcieli wierzyć, że cokolwiek zagraża ich życiu. Przecież czuli się dobrze, dzieci biegały radośnie po ulicach, a motyle fruwały na słońcu. „Ale w Czarnobylu nie mógł cię ochronić żaden mur, żaden okop, wróg był wszędzie, nic nie mogło go powstrzymać. Trafiały w ciebie tysiące kul, a ty nie wiedziałeś, kto do ciebie strzela. Nie wiedziałeś, czy zostałeś ranny ani gdzie i kiedy to się stało. Szedłeś więc naprzód. Potem skóra zaczynała się łuszczyć. Mięśnie obumierały. Kości gniły. I nie było na to żadnego lekarstwa” ? wspomina Kostin.

Wybuch w Czarnobylu nastąpił w czasach, kiedy Związek Radziecki chylił się powoli ku upadkowi. W systemie pojawiły się luki, które Kostin wykorzystał, dzięki czemu mógł dotrzeć z aparatem tam, gdzie kiedyś nie uzyskałby nawet wstępu. Sam przy tym wielokrotnie postępował brawurowo. Fotografował pozostałości reaktora z dachu sąsiedniego obiektu elektrowni stojącego tuż przy radioaktywnych gruzach. Uwieczniał na kliszach ludzi, którzy pracowali, ale też tych, którzy nie chcieli opuścić swoich domów i pozostali na skażonym terenie, by umrzeć „na swoim”. Kilka lat później zszedł nawet w ołowianym stroju do epicentrum eksplozji. Był wszędzie tam, gdzie nie zapuścił się żaden fotograf na świecie. „Nic się dla mnie nie liczyło prócz zdjęć. Musiałem je zrobić” ? tłumaczył. Brak rozsądku przypłacił zresztą chorobą popromienną. Fotografowaniu katastrofy i jej konsekwencji poświęcił siedemnaście lat. Najważniejsze zdjęcia znalazły się w wydanym właśnie książkowym albumie „Czarnobyl. Spowiedź reportera”.

[am]
fot. Jay Springett/Flickr
Wypowiedzi Igora Kostina pochodzą z książki „Czarnobyl. Spowiedź reportera” w tłum. Wiktorii Melech.

Tagi: , , , ,

Kategoria: premiery i zapowiedzi