banner ad

W Polsce nie można otworzyć lodówki, by nie znaleźć w niej Wojtyły – rozmowa z Janem Mazurem, autorem „Incela”

11 lipca 2022

W naszej rozmowie z Janem Mazurem pada wiele haseł pochodzących z internetowego żargonu, ale nie może być inaczej, skoro tematem wywiadu jest opublikowany przez Kulturę Gniewu komiks „Incel”. Nowy album warszawskiego rysownika i scenarzysty opowiada losy poczciwego anona, którego życiowe niepowodzenia pchają ku zorganizowanej grupie inceli, a więc – ujmując rzecz z grubsza – mizoginów nienawidzących kobiet z powodu przymusowej abstynencji seksualnej. Co się stanie, gdy „przegryw” da się omotać manosferze? Odpowiedź w „Incelu”, a częściowo i w poniższym wywiadzie.

Sebastian Rerak: „Incel” pokazuje, że znasz dobrze kulturę anonów. Zdarza ci się zaglądać na chany?

Jan Mazur: Tak, z forami obrazkowymi jestem związany od długiego czasu, bo zacząłem na nie wchodzić jeszcze w gimnazjum, w okolicach roku 2006. To był sam świt kultury chanowej, a ja natrafiłem na niego siłą towarzyskiej inercji i w poszukiwaniu możliwości do prokrastynacji. Chany wydają mi się o tyle interesujące, że to, co się na nich tworzy, jest ciekawe także z antropologicznego punktu widzenia. Zatem tak, można powiedzieć, że jestem dość dobrze zaznajomiony z tym zjawiskiem.

Bywalcy chanów wiedzą, że powstał komiks o nich?

Dowiedzieli się niedawno za sprawą gorącej dyskusji, która wywiązała się na moim fanpage’u, m.in. z udziałem Patrycji Wieczorkiewicz, autorki powstającej właśnie książki o „przegrywach”. W toku tej dyskusji screeny z niej trafiły na jeden z chanów. Oczywiście jego użytkownicy nie przyjęli tego zbyt pozytywnie, bo wynoszenie jakichkolwiek informacji z tych miejsc jest bardzo źle widziane i karane co najmniej zlewami (mowa o praktyce zamawiania armatury łazienkowej na adres wybranej osoby – dop. red.).

Ale na twój adres jeszcze żadnych nie dostarczono?

Na szczęście nie. Liczę też na to, że anony przeczytają mój komiks i przekonają się, że nie jest to taka zła rzecz.

A dzisiaj obserwujesz chany wyłącznie z pozycji badacza?

I tak, i nie. Z jednej strony patrzę na nie z dystansem, z pozycji pewnego życiowego przywileju i nie czuję się predestynowany do ogłaszania się emisariuszem sprawy anońskiej. W tym sensie jestem obserwatorem, który zagląda na fora dla przyjemności. Jednocześnie jednak w różnych zakątkach internetu istnieją też niszowe chany, na których poruszam się swobodniej, bo miejscowe środowisko jest bardziej liberalne i kieruje się luźniejszymi zasadami. Takie miejsca pozwalają mi na dostęp do kultury chanowej, a jednocześnie nie sprawiają, że czuję się tam jak kompletny intruz.

Bartek, główny bohater „Incela” pracuje w Żabce, słucha depresyjnego black metalu i jest zupełnie niezborny życiowo. Celowo posłużyłeś się pewnymi kliszami w jego konstrukcji?

Myślę, że wszyscy zetknęliśmy się na jakimś etapie z podobnymi postaciami. Z recenzji oraz z opinii znajomych dowiaduję się, że wielu ludzi w jakimś stopniu odnajduje w bohaterze samych siebie. Oczywiście korzystałem z klisz, ale w nich także jest sporo nudnej, codziennej prawdy. Podobny żywot wiedzie wielu ludzi w naszym kraju i wcale nie muszą się oni czuć incelami, czy nawet nimi być. W toku przebywania w kulturze internetowej poznałem masę różnych osób, które częściowo także mogły być inspiracją. Z pewnością jednak sięgnąłem do zbioru stereotypów, starając się ich zbytnio nie przerysować. Chciałem, by postawa bohatera była zrozumiała, by był wiarygodny i naturalny.

W pewnym momencie Bartek styka się z zorganizowanym środowiskiem inceli, choć ci woleliby pewnie nazwać się aktywistami praw mężczyzn. Subkultury inceli i anonów zazębiają się też w internecie?

Tak, jak najbardziej. Tak zwana manosfera prowadzi dość aktywną rekrutację na chanach. Oczywiście ta rekrutacja nie jest organizowana wprost, odbywa się raczej poprzez zakorzenianie pewnych treści w dyskusjach. Chany zawsze przyciągały ludzi o określonych cechach, a typ postaw właściwy incelom zaczął się krystalizować kilka lat temu. Obecnie granica między tymi środowiskami jest nieco rozmyta. Łatwo jest przeskoczyć do manosfery, bo ta oferuje zestaw poglądów bliski anonom. Oczywiście nie każdy, kto udziela się na chanach, zostaje incelem, ale na platformie ideologicznej obie grupy przecinają się i żywią nawzajem swoim językiem i postawą.

Nie jest to aby konsekwencja pewnego prawicowego zwrotu na chanach?

Tak, to jeden z powodów, a zarazem efekt większego procesu politycznego, jaki miał miejsce m.in. w USA. Nagle bycie anarchistą przestało być cool, bo ten zestaw zachowań antysystemowych zaczął być inkorporowany przez współczesny kapitalizm. Ludzie biorący udział w kulturze chanów są kontrarianami i po prostu biorą tę stronę, z którą nie zgadza się większość. Sami, czując się w jakiś sposób wykluczeni, stają w opozycji do mainstreamu. Prawdziwie undergroundowy i kontrariański stał się w ich oczach zestaw poglądów konserwatywnych. Chany nie miały więc wyboru i wybrały nie empatię, a manosferę, która reprezentuje niszę nastawioną wrogo do głównego nurtu. Zwrot ku prawicy nie był więc szczególnie przemyślany czy zaplanowany. Odbył się niejako na zapleczu większych globalnych przemian.

W twoim komiksie grupa inceli przygotowuje zamach, który kończy się komicznie. Na Zachodzie mieliśmy już jednak akty przemocy w wykonaniu podobnych osób. Myślisz, że i u nas znajdą się naśladowcy?

Polska na szczęście nie jest tak przesiąkniętym przemocą krajem, jak USA. Akty terrorystyczne są wypadkową agresji i polaryzacji, a my mamy inny poziom temperatury debaty publicznej i napięć społecznych. U nas przemoc wobec kobiet na ulicach uskuteczniana jest głównie przez rząd. Zawsze istnieje jednak jakieś ryzyko. Tym bardziej że dotychczasowe akty terroru dokonywały tzw. samotne wilki, czyli ludzie nie powiązani oficjalnie z żadną organizacją, ale mniej lub bardziej bezpośrednio zrekrutowani w kręgi manosfery. Na razie nie wchodziłbym jednak w alarmistyczne tony. Prawdopodobieństwo incelskich zamachów w Polsce jest dosyć małe.

Nie sposób pisać o chanach bez przywołania jednego z bardziej popularnych memów, a więc cenzopapy. W „Incelu” także się on pojawia. Co sądzisz o tym, że Jan Paweł II stał się memem?

Było to nie do uniknięcia przy tak intensywnym, wieloletnim pompowaniu tego balona, w dodatku absurdalnie nieznoszącego innej narracji niż czyste bałwochwalstwo. Cenzopapa jest bardzo naturalną i dość łagodną rekcją wobec polityki promowania JP2. Sam nie wiem, czy to dobrze czy źle, że papieżak stał się takim memem. Mnie, jako antropologowi z wykształcenia, wydaje się to ciekawą formą kwestionowania autorytetów i samoobrony przed akcjami, które momentami zakrawają o przemoc symboliczną, bo w Polsce nie da się otworzyć lodówki, by nie znaleźć w niej Wojtyły. Z perspektywy kogoś, kto zetknął się z tym memem na wiele lat, zanim przesiąkł on do mainstreamu, uważam, że jest on pozytywnym zjawiskiem. Czemuś służy.

Otrzymałeś publiczną dotację na stworzenie „Incela”. Nie obawiasz się, że ktoś zamelduje urzędnikom, że oto w komiksie dofinansowanym przez miasto Warszawa szkaluje się papieża Polaka?

Nie muszę się tego obawiać, bo sam już to zrobiłem. Musiałem wysłać urzędnikom odpowiedzialnym za przyznanie dotacji fragment komiksu, a następnie całość. Nie uniknę więc tego – dowiedzą się, co tam jest. No cóż… (śmiech)

Wiesz, Prosiakowi reklamę zrobił Zbigniew Ziobro i nie wyszło to na złe jego komiksowi.

To prawda. Myślę, że mnie podobna sytuacja raczej ominie. Na szczęście w Warszawie nie rządzi już Hanna Gronkiewicz-Waltz, której otoczenie polityczne łatwo dawało się sprowokować. Kilka lat temu ekipa ówczesnej prezydent próbowała zatopić pewien komiksowy festiwal, w dodatku w sposób nie do końca fajny, bo przy złamaniu zawartych wcześniej umów. Działo się to pod pretekstem kolportażu antypolskich treści, a kością niezgody był rozdawany na festiwalu komiks „Polska mistrzem Polski” autorstwa twórców Jeża Jerzego, Rafała Skarżyckiego i Tomasza Leśniaka. W toku rozmów okazało się jednak, że w ratuszu pracowało też sporo życzliwych nam osób i dzięki nim sytuacja rozeszła się po kościach. Dziś wśród władz miasta panuje zgoła inny klimat, więc mam nadzieję, że nie napotkam żadnych problemów.

Pytanie natury technicznej. Kadry twoich komiksów są bardzo powtarzalne. Rysujesz je ręcznie? Sprawia ci to fun?

Niestety, nigdy nie sprawia mi to radości. Generalnie niezbyt lubię rysować, a dodatkowo wybrałem sobie najgorszą możliwą metodę. Mam zdiagnozowane ADHD i robienie powtarzalnych, monotonnych czynności jest zupełnym zaprzeczeniem tego, co lubię robić.

Nie może być formą terapii?

Formą terapii byłoby raczej zrezygnowanie z tego. (śmiech) Z jednej strony wybrałem metodę pozwalającą na tworzenie historii, które wydają mi się ciekawe, z drugiej jednak – praca nad nimi jest bardzo męcząca, wiele mnie kosztuje emocjonalnie i fizycznie. W „Incelu” uprościłem nieco warsztat. Szkice robiłem na komputerze, stosując sporo kopiuj-wklejek, z kolei tusz nakładałem ręcznie, dzięki czemu kadry nadal różnią się od siebie. Od strony technicznej jest to wciąż bardzo monotonna, nudna i nieprzyjemna praca. Musiałem ją sobie ułatwić, bo inaczej chyba bym zwariował.

Pomimo tego planujesz nowe komiksy?

Potrzebuję przerwy od rysowania na dłuższy czas. Pracuję teraz wyłącznie nad scenariuszami – równolegle powstają trzy albumy. Jeden to fantastyka historyczna, do której powstał już storyboard, na jesieni będę mógł zdradzić więcej. Drugi to rzecz biograficzna, do której właśnie przygotowuję scenariusz. Trzecia rzecz powinna zadziać się jakoby sama, bo mowa o kontynuacji „Rycerza Janka”, nad którą prace trwają już od wielu miesięcy. Na razie komiksowo będę działał jedynie scenopisarsko.

Rozmawiał: Sebastian Rerak


Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady