banner ad

Kozacki noir thriller a la czarny romantyzm

25 marca 2012

Igor Baranko „Maksym Osa”, Wyd. Timof i cisi wspólnicy
Ocena 7 / 10

Rozległe tereny Ukrainy w XVII i XVIII nie należały do spokojnych ziem. Jej stepy szerokie, których „nawet sokolim okiem nie zmierzysz”, co raz spływały krwią. „Maksym Osa” Igora Baranko z powodzeniem snuje mroczną opowieść o zbrodni, bogactwie i odkupieniu na tle tego burzliwego w dziejach okresu, który odcisnął się piętnem na historii dwóch krajów i trzech narodów.

Ta historia mogłaby śmiało stać się kanwą powieści Sienkiewicza, gdyby nie był takim ukrainofobem. Polscy czarni romantycy z ukraińskiej szkoły poetyckiej (Słowacki, Malczewski albo inny Goszczyński) mogliby wykorzystać ją na poemat. Jest w niej wszystko, czego potrzebowali: dzicy i gwałtowni Kozacy rodem z „Zamku Kaniowskiego” Goszczyńskiego, zbrodnia na miarę „Marii” Malczewskiego, bohater romantyczny, który Słowackiego doprowadziłby do omdlenia z zachwytu i sama Ukraina za „złotych czasów” Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

Czytając o perypetiach Maksyma Osy, wrażliwe panny ze szlacheckich dworów już od pierwszych stron drżałyby całe z emocji. W końcu przypadki Kozaka zaczynają się sceną, w której Osa pije na własnym grobie, nieświadomy, że za chwilę zostanie nieco wbrew swej woli wplątany w zagadkę kozackiego skarbu zrabowanego Turkom. Z polecenia polskiego szlachcica, który chce wykorzystać pieniądze by zmienić Dzikie Pola w cywilizowaną krainę mlekiem i miodem płynącą, a przynajmniej czytającą i piszącą, Maksym ma za zadanie odzyskać ukryte bogactwo. Jest tylko jeden „niewielki” problem. Właściciel skarbu jest wilkołakiem i nikt nie wie, gdzie ukrył swój łup.

Baranko urodził się w Kijowie i od kiedy w wieku siedmiu lat zobaczył po raz pierwszy komiks nieustannie rysuje. W 1999 roku wygrał „Zieloną Kartę” i wyjechał do USA, gdzie profesjonalnie zajmował się oczywiście komiksem. Współpracował też z Les Humano?des Associés z Francji. „Maksym Osa” pierwotnie ukazał się nakładem Joker-Horizont. Za polskie wydanie odpowiedzialne jest wydawnictwo Timof.

W historii Kozaka Maksyma autor czerpie pełnymi garściami z wielu konwencji i gatunków. Mamy więc elementy horroru, choć bliżej tu do thrillera czy powieści gotyckiej, w której to, co nadnaturalne, znajduje racjonalne wyjaśnienie. Jest pełen namiętności romans, ale i przy okazji kryminał, bo namiętność prowadzi, jakżeby mogło być inaczej, do zbrodni, a Maksym musi „zabawić” się w detektywa (przy czym zdarza mu się prowadzić monolog wewnętrzny niczym jakiś kozacki Philip Marlowe). Dodajmy więc kryminał w klimacie noir, co pięknie podkreślają czarno-białe rysunki. Można wyłuskać z komiksu elementy powieści łotrzykowskiej, w końcu Maksym czysty jak łza nie jest i raczej niejednoznaczny moralnie, choć honoru i szlachetności odmówić mu nie można. Nie brak też wartko płynącej akcji – pojedynek goni pojedynek, niczym w klasycznym dziele spod znaku płaszcza i szpady. Nie należy także zapomnieć o powieści przygodowej, wszak wszystko rozchodzi się o ukryty skarb. Wisienką na torcie jest nutka dramatu społecznego, bo przy okazji dostajemy dość wierny obraz obyczajowości owej epoki.

Taka mieszanka jest niebezpieczna, bo łatwo się w niej pogubić i „rozmyć” pierwotne założenie, jednak Baranko wychodzi z tego pojedynku zwycięsko i serwuje w gruncie rzeczy bardzo nowoczesną opowieść, choć osnutą na historycznym tle. Także w sferze graficznej, w której widać silne wpływy tradycji komiksu amerykańskiego. Kreska utrzymana jest w stylu amerykańskiego realizmu (na szczęście niezbyt cukierkowego), a dynamiczne kadrowanie, jak z zeszytów o przygodach „herosów w rajtuzach”, sprawia, że nie ma czasu na nudę. Także w sposobie ujęcia materiału widać amerykańską szkołę: Baranko skupia się przede wszystkim na akcji, jak choćby w scenach pojedynków, podczas których bohaterowie, na modłę Spidermanów czy innych Batmanów, prowadzą ze sobą dialog, przy okazji wymieniając ciosy. To jednak w żaden sposób nie przeszkadza, a przyśpiesza rytm historii do niemal szalonego tempa z pełnym napięcia i zaskakującym finałem.

„Maksym Osa” arcydziełem komiksu może nie jest, ale mimo wszystko jest to pozycja wyjątkowa na naszym rynku. Gdyby ktoś pokusił się o komiksową adaptację sienkiewiczowskiej trylogii w takim stylu, otrzymalibyśmy prawdziwy dynamit, którym bez żadnych kompleksów można by było chwalić się za granicą. Dopóki tak się nie stanie, pozostaje rozkoszować się szalonymi przypadkami Kozaka Maksyma Osy, pierwszej wody szermierza, który nade wszystko kocha wolność i każdej napotkanej łachudrze, choćby w szlacheckimi kontuszu, posłuchu nie daje.

Krzysztof Stelmarczyk

Gdzie kupić:
Kup komiks w księgarni Lideria

Tematy: , , , , ,

Kategoria: recenzje