banner ad

Strach przed lataniem utrzymuje człowieka w powietrzu. Przeczytaj jedną historię z książki „Smutki wszelkiej maści” Mariany Leky

23 października 2023

Po „Śnie o okapi” Wydawnictwo Otwarte opublikowało kolejną książkę napisaną przez Marianę Leky. „Smutki wszelkiej maści” to 39 krótkich opowieści, w których narratorka opisuje smutki własne i otaczających ją ludzi. Zawód miłosny czy bezsenność to być może banalne, codzienne problemy, z którymi zmagała się większość z nas, ale autorka przemienia ten każdy rodzaj „smutku” w coś wyjątkowego, a na dodatek przedstawionego z lekkością i humorem. Jedną z historii zawartych w książce przeczytacie poniżej.

STRACH PRZED LATANIEM UTRZYMUJE CZŁOWIEKA W POWIETRZU

Jest poniedziałkowe popołudnie, powinnam siedzieć przy biurku albo przynajmniej krążyć wokół biurka. Zamiast tego stoję na rozmiękłej od deszczu łące i krążę wokół drzewa w towarzystwie mieszańca pinczera miniaturowego imieniem Lori. Lori to suczka mojego sąsiada, pana Pohla, który jest dzisiaj zbyt nieszczęśliwy, by wyjść z nią na spacer.

Lori cała się trzęsie. Robi to ustawicznie, o każdej porze roku, i przypuszczam, że tak właśnie przystoi mieszańcom pinczera miniaturowego. Już od dłuższego czasu tkwimy tutaj w błocie, a ja deliberuję, jak by tu pomóc panu Pohlowi. Chciałabym koniecznie mu pomóc – bo pan Pohl jest jednym z najbardziej uczynnych ludzi, jakich znam. Kiedy wczoraj jakiś dzieciak mniej więcej tysiąc razy jeździł tam i z powrotem po ulicy na swoim skrzypiącym trójkołowym rowerku i w końcu sąsiadka z pierwszego piętra otworzyła okno i zaczęła wyklinać, że do cholery, potrzebuje swojej poobiedniej drzemki, pan Pohl zszedł na dół z buteleczką oleju i zatroszczył się o to, żeby dzieciak mógł dalej bezgłośnie ujeżdżać do woli. A kiedy ostatnio pewnego wieczora zabrakło mi papieru do drukarki, zadzwoniłam do pana Pohla i przepraszając za zawracanie głowy o tak późnej porze, spytałam, czy nie mógłby mi pożyczyć kilku kartek.

– Już do pani idę – zawołał pan Pohl i w rozwianym szlafroku narzuconym na piżamę zbiegł do mnie i wręczył mi kompletną ryzę papieru. – Proszę dać mi znać, jak tylko będzie pani potrzebowała więcej.

Teraz to pan Pohl potrzebuje pomocy, a ja właśnie łamię sobie głowę nad tym, co mogłabym dla niego zrobić, gdy raptem przez łąkę przebiega dwóch chłopców w wieku szkolnym. Jeden z nich ma na sobie wełnianą czapkę z pomponem, której otok wcisnął sobie za uszy, co wygląda dosyć śmiesznie. Obydwaj mają ze sobą miecze świetlne, które za naciśnięciem guzika ryczą i błyskają, i rozmawiają sobie o supermocach. Jeden z chłopców wskazuje swoim mieczem świetlnym na trzęsącego się obok mnie maleńkiego pieska i pyta, nie bez drwiny w głosie:

– A jakaż to jest jego supermoc?

Spoglądam ze współczuciem na Lori, zastanawiając się, jak mamy we dwie wyjść z honorem z tego pytania, kiedy chłopak w czapce z pomponem mówi:

– Jego supermocą jest strach. Kiedy on drży, drży z nim cały świat.

Jeśli chodzi o mnie, to do przekonania trafia mi każdy, najosobliwszy nawet lęk. Gdyby tylko dać mi parę minut, umiałabym bez trudu zrozumieć choćby lęk przed galaretką z pigwy albo przed półkami na kapelusze. Pan Pohl wie o tym, a mimo to trwało dobrą chwilę, nim zebrał się na odwagę, żeby opowiedzieć mi o swoim lęku. Stał pod moimi drzwiami i tak długo się wahał, że już się obawiałam, że zaraz wyzna mi miłość albo napad na bank. Chodziło jednak o klaustrofobię. Pan Pohl boi się wind, środków komunikacji publicznej i innych zamkniętych przestrzeni, których nie da się natychmiast opuścić. Pan Pohl przedsięwziął wiele, żeby pozbyć się swojego lęku: uzbroił się po kolei w trzech różnych terapeutów behawioralnych, w poduszki do medytacji, w progresywne rozluźnianie mięśni, w tabletki uśmierzające lęk – ale niestety również wszystko inne, w bezlitosną konfrontację oraz pozytywne afirmacje.

– Po prostu nigdy się go nie pozbędę – powtarzał cicho raz za razem. – Po prostu nigdy się go nie pozbędę. – I rzadko kiedy widziałam na naszej klatce schodowej kogoś tak smutnego, tak zmęczonego i potarganego wewnętrznie jak on.

Chłopcy na łące próbują wciągnąć Lori w walkę na miecze świetlne, ale Lori nie może, bo musi się w pełni koncentrować na swojej supermocy, o której przedtem nie miałyśmy obie pojęcia, ja zaś myślę o moich włas­nych lękach. Jednym z nich jest strach przed lataniem. Uważam tę czynność za całkowicie niedorzeczną. Ilekroć zdarza się, że inne sposoby podróżowania są niemożliwe i muszę się wznieść w powietrze, bo na ten przykład Deutsche Bahn nie oferuje połączeń do Alabamy, najchętniej przez cały lot trzymałabym się kurczowo nóg stewardesy. Pozostaje dla mnie zagadką, dlaczego inni pasażerowie wyglądają, jakby latanie było czymś zupełnie zwyczajnym, i za każdym razem zastanawiam się, czy oni wszyscy nie są przypadkiem pod wpływem silnych medykamentów albo czy nie skończyli z życiem.

Pytam chłopca, tego, który mówił o lęku jako o super­mocy, czy sądzi, że to działa również na strach przed lataniem.

– No jasne – mówi chłopak. – Strach pasażerów przed lataniem utrzymuje samolot w powietrzu.

Jak dobrze, że ktoś tutaj, na tej grząskiej łące, z takim uznaniem mówi o lękach. To z pewnością dobrze im robi. Bądź co bądź może się okazać, że lęk jest rodzajem mocy pomocniczej. Być może topornym superpomocnikiem jakiejś nieustraszonej tęsknoty, który z wdziękiem windykatora próbuje przeforsować jej interesy.

Zastanawiam się, jaka może być tęsknota pana Pohla. Nie znam go zbyt dobrze, tylko bardzo go lubię. Może panu Pohlowi po prostu brakuje miejsca. Może jest czymś zewsząd przyblokowany, może lęk pana Pohla demonstruje na rzecz – jak to się mówi na kursie prawa jazdy – nieco większej zdolności manewrowej.

Ściemnia się już na łące i robi się jeszcze bardziej niemiło niż zazwyczaj. Chłopcy zarzucają tornistry na plecy i mówią mi do widzenia.

Oczyma duszy widzę pana Pohla, jak siedzi w swoim mieszkaniu i czeka na Lori. Nie znam jego mieszkania, być może jest otoczony mnóstwem czystego papieru. Może siedzi za stołem w kuchni, z głową wspartą na rękach, obładowany swoją błyskającą, ryczącą, przeklętą supermocą, może pod jego stopami drży właśnie cały świat, a on nie wie, co począć.

Lori i ja stoimy w miejscu, jedna bezradna, a druga drżąca, i patrzymy w ślad za błyskami oddalających się mieczy świetlnych.

Mariana Leky „Smutki wszelkiej maści”
Tłumaczenie: Agnieszka Walczy
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 240

Opis: Kojąca opowieść o odnajdywaniu szczęścia wśród codziennych trosk. Lisa przeżywa pierwszy zawód miłosny. Jej ciotka boi się latania. Ulrich z niepokojem czeka na diagnozę. Pani Weise rozważa przeprowadzkę do innego miasta. Na pana Pohla sąsiedzi zawsze mogli liczyć, jednak tym razem to on potrzebuje pomocy. Lori, mieszaniec pinczera miniaturowego, stale się trzęsie, a w zaroślach czai się aligator. Słowem: zwyczajne bolączki oraz niecodzienne zdarzenia, które dowodzą, że życie polega na oswajaniu swoich słabości. Bo przecież świadomość własnego strachu też może być supermocą!

Mariana Leky to wnikliwa i czuła obserwatorka, która opisując swoich bohaterów i ich życiowe zakręty, przywraca wiarę w ludzi, w siłę więzi i wspólnoty. Jej dyskretny dowcip i celne puenty sprawiają, że „Smutki wszelkiej maści” wprawiają w zaskakująco dobry nastrój. Pełna humoru i empatii literacka dawka miłości do życia we wszystkich jego odcieniach. Książka, której potrzebuje każdy z nas i w której każdy odnajdzie samego siebie.


Tematy: , ,

Kategoria: opowiadania