banner ad

Wolne obroty

12 listopada 2013

Ulica nadbrzeżnaJohn Steinbeck „Ulica Nadbrzeżna. Cudowny czwartek”, wyd. Prószyński i S-ka
Ocena: 6,5 / 10

Uchwycenie codzienności wymaga od artysty pewnego rodzaju wycofania, wyciszenia własnego głosu i przekazania pióra nienazywalnemu autorowi snującemu opowieść. Zadanie o tyle trudne, co niemożliwe do osiągnięcia, ponieważ język opisuje rzeczywistość, deformując ją jednocześnie. Samo zmaganie jest jednak fascynujące.

Ambicją dwóch powieści Johna Steinbecka „Ulica Nadbrzeżna” i „Cudowny czwartek” wydanych ostatnio w jednym tomie (i słusznie, ponieważ kompozycja obu utworów uzasadnia połączenie) przez Prószyński i S-ka jest ukazanie życia w czystej postaci. Punkt wyjścia określa sam pisarz w początkowych, wprowadzających akapitach „Ulicy?”, wyznaczając samemu sobie miejsce w cieniu wydarzeń. Pozwala książce pisać się i, od czasu do czasu, zagląda w strumień opowieści.

Kreśląc historię okolicy Monterey w Kalifornii, autor uwydatnia elementy, które składają się na ciepły, pełen magicznego niemal uroku obraz jej mieszkańców. Przygoda rozpoczyna się w latach trzydziestych XX wieku („Ulica Nadbrzeżna”), a kończy w okresie powojennym („Cudowny czwartek”), co nie jest bez znaczenia: książka Steinbecka przynosi wówczas wytchnienie po przebytej traumie. Odbudowywanie wizerunku człowieka, skupienie uwagi na jaśniejszych stronach jego natury, dystans wobec drobnych ułomności to istotne elementy dzieła. I wydaje się, że takie spojrzenie było wtedy potrzebne.

Bohaterami powieści są mieszkańcy urokliwej ulicy. Ich pospolitość, podniesiona do rangi waloru, ma siłę uwodzicielską. Pod niewidzialnym, spokojnym piórem pisarza włóczędzy, prostytutki, właściciele sklepów, straceńcy i marzyciele zyskują w swej prostocie rysy niemal bajkowe. Postacią, która spina obie powieści jest Doktor, prowadzący tajemnicze analizy naukowiec. Badacz to wyjątkowy, ponieważ „szkiełko i oko” nie zabiły w nim człowieczeństwa. Wrażliwy na krzywdę mędrzec, zawsze gotów pomóc innym, sam cierpi na nieokreślony brak, który czasami daje w kość.

Fabuła obu powieści ma charakter szczątkowy ? nie ona jest najważniejsza ? co nie oznacza, że brak w niej spektakularnych wydarzeń (mamy, po prostu, do czynienia z efektownością innego rodzaju), a epizod wyławiania żab z basenu przez Macka i jego ekipę należy do jednego z najzabawniejszych i najbardziej wzruszających w literaturze XX wieku.

Mack i chłopaki ? mamy bowiem w „Ulicy Nadbrzeżnej” interesujący typ bohatera zbiorowego, który występuje zwykle jako grupa, ale niekiedy jego elementy separują się i funkcjonują oddzielnie ? próbują urządzić przyjęcie dla Doktora. Niemal od samego początku wiemy, że to nie może się udać. Zmierzające ku katastrofie wysiłki autor ukazuje jednak w taki sposób, że bohaterowie zyskują sympatię czytelnika.

Wspólna porażka może cementować koleżeństwo. Właśnie przyjaźni poświęcił Steinbeck szczególne miejsce w omawianych utworach. Trud codziennych zmagań z przeciwnościami grozi upadkiem, a łatwiej powstać z pomocą kogoś życzliwego. Wątek zapoczątkowany w „Ulicy Nadbrzeżnej” pisarz konsekwentnie rozwija w „Cudownym czwartku”. Symptomy choroby Doktora, która nie jest niczym innym jak samotnością, nasilają się, dlatego przyjaciele przybędą z pomocą.

Społeczność sportretowaną przez autora można czytać jako metaforę. Monterey wydaje się mikroświatem, który posłużył Steinbeckowi do refleksji nad człowiekiem w ogóle. Ciepłe i wyrozumiałe pochylenie nad losem bohaterów zachęca odbiorcę do spojrzenia z dystansem na rzeczywistość i samego siebie. „Ulica Nadbrzeżna. Cudowny czwartek” to chwila, w której można zwolnić, zatrzymać się i sprawdzić czy w biegu nie zagubiliśmy czegoś ważnego.

Marcin Karnowski

Tagi: , , , , , ,

Kategoria: recenzje