banner ad

Przeczytaj fragment osobistych zapisków Sylvii Plath z tomu „Dzienniki 1950-1962”

17 grudnia 2019


W wieku jedenastu lat Sylvia Plath otrzymała od matki pierwszy dziennik i odtąd aż do samobójczej śmierci w lutym 1963 przelewała na papier wszystkie codzienne zmartwienia, lęki i namiętności, kreśląc tym samym wyjątkowy autoportret. Zapiski pisarki z lat 1950-1962, powstałe, gdy była już dorosłą osobą, znalazły się w książce, która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Marginesy. Ten niezwykle intymny obraz pozwala lepiej zrozumieć Plath i jej twórczość, która trafiła do kanonu XX-wiecznej literatury. Fragment obszernych dzienników, pisany podczas letnich wakacji 1950 roku, możecie przeczytać poniżej.

6.

? Dziś pierwszy sierpnia. Gorąco, parno i mokro. Pada. Kusi mnie, żeby napisać wiersz. Ale pamiętam, co było napisane na jednym z zawiadomień o odrzuceniu mojego maszynopisu: przy silnych opadach wiersze pod tytułem Deszcz spływają powodzią z całego kraju.

7.

? Kocham ludzi. Wszystkich. Myślę, że kocham ich jak filatelista kocha swoją kolekcję znaczków. Każda historia, każde wydarzenie, każda rozmowa to dla mnie materiał. Moja miłość nie jest bezosobowa, ale też nie jest całkowicie subiektywna. Chciałabym być każdym, kaleką, umierającym, dziwką, a potem wrócić do siebie, żeby napisać o swoich myślach, emocjach jako ta osoba. Ale nie mam wszechwiedzy. Muszę przeżyć własne życie, to jedyne, jakie mi dano. Ale przecież nie można wciąż patrzeć na własne życie z obiektywną ciekawością…

8.

? Dla mnie teraźniejszość to jest zawsze, a zawsze wciąż przesuwa się, płynie, topnieje. Ta teraz sekunda jest całym życiem, a gdy minie, umiera. Nie można jednak co sekundę zaczynać od nowa. Trzeba decydować, sądząc po tym, co umarło. To jak ruchome piaski… beznadziejne od samego początku. Czyjaś historia, obraz mogą do pewnego stopnia odnowić wrażenie, ale to nie starczy, nie starczy. Nic nie jest prawdziwe oprócz teraźniejszości, a ja już czuję przytłaczającą mnie masę stuleci. Jakaś dziewczyna, sto lat temu, żyła kiedyś tak jak ja. Jest martwa. Jestem teraźniejszością, ale wiem, że też przeminę. Szczytowy moment, wielki błysk, pojawiają się i zaraz znikają niekończące się lotne piaski. A ja nie chcę umierać.

9.

? O niektórych rzeczach trudno pisać. Kiedy coś ci się przydarzy, idziesz o tym napisać i albo dramatyzujesz, albo opisujesz lekceważąco, przesadnie podkreślasz to, co złe, albo ignorujesz to, co ważne, w każdym razie nigdy nie opiszesz tego tak, jak byś chciała. Właśnie usiadłam, żeby opisać, co mi się przydarzyło dziś po południu. Nie mogę powiedzieć matce; w każdym razie jeszcze nie teraz. Była u mnie w pokoju, kiedy wróciłam, i przerzucając ubrania, nawet nie wyczuła, że coś się stało. Wciąż tylko zrzędziła i gadała i tak dalej, więc nie mogłam jej zatrzymać, żeby jej powiedzieć. Nieważne, jak się o tym dowie, muszę to opisać.

Na farmie padało przez całe popołudnie, było zimno i mokro. Przykryłam włosy wzorzystą jedwabną chustką, a na koszulę włożyłam czerwoną kurtkę z ortalionu. Całe popołudnie przepracowałam przy fasoli i zebrałam ponad trzy buszle. Była już piąta, więc ludzie zbierali się i ja też czekałam przy samochodach na podwiezienie do domu. Właśnie przyszła Kathy i wsiadając na rower, zawołała: „Ilo idzie!”.

Spojrzałam i w samej rzeczy szedł w swojej starej koszuli koloru khaki i białej chustce, którą zawsze nosił na głowie. Od czasu, jak pracowaliśmy razem na polu truskawek, często rozmawialiśmy, dał mi też rysunek farmy narysowany pewnie i szczegółowo. Ostatnio szkicował jednego z chłopaków.

Więc zawołałam:

? Skończyłeś już rysunek Johna?

? Ach, ja, ja. ? Uśmiechnął się. ? Chodź zobacz, ostatnia szansa.

Obiecał, że pokaże mi, gdy skończy, więc go dogoniłam. Szedł do stodoły, gdzie mieszkał. Po drodze minęliśmy Mary Coffee. Czułam, że patrzy na mnie jakoś dziwnie i nie chce spojrzeć mi w oczy.

? Cześć, Mary ? odezwał się Ilo.

? Cześć, Ilo ? powiedziała Mary dziwnie beznamiętnym głosem.

Minęliśmy Ginny, Sally i grupę dzieci chowających się przed deszczem w szopie na traktor. Zaczęły krzyczeć i wyśpiewywać: „Ach, Sylvia!”. Spiekłam raka.

? Czemu mi dokuczają? ? zapytałam. Ilo tylko się zaśmiał, szedł bardzo szybko.

? Zaraz wracamy do domu ? krzyknął Milton z umywalni.

Skinęłam mu i poszłam dalej, spuściwszy wzrok. Doszliśmy do stodoły. Była wielka, wysoka, pachniała końmi i mokrym sianem. Panował tu półmrok, wydawało mi się, że widzę czyjąś postać za przegrodami dla koni, ale nie byłam pewna. Ilo bez słowa zaczął wspinać się na wąskie drewniane schody.

? Mieszkasz tam? Tak wysoko?

Wspinał się dalej, więc poszłam za nim, lecz zawahałam się na samej górze.

? Wejdź, wejdź ? powiedział, otwierając drzwi swojego pokoju. Wewnątrz zobaczyłam ten rysunek. Weszłam do środka. Była to wąska klitka z dwoma oknami, stołem pełnym przyborów do rysowania i pryczą przykrytą czarnym kocem. Na stoliku z radiem leżały pomarańcze i stał dzban mleka.

? Proszę. ? Podniósł rysunek: dobry ołówkowy szkic głowy Johna.

? A niech mnie! Jak to zrobiłeś? Brzegiem ołówka?

Wtedy nie zwróciłam na to uwagi, ale teraz pamiętam, że Ilo zamknął drzwi i włączył głośno muzykę z radia.
Mówił bardzo szybko, pokazując mi ołówek.

? Widzisz, tu się wyciąga rysik, tak daleko, jak chcesz. ? Czułam wyraźnie jego bliskość, śmiało patrzył na mnie niebieskimi oczami. Były przerażająco blisko i patrzyły na mnie wesoło.

? Muszę już iść, będą na mnie czekać ? powiedziałam. ? Rysunek jest bardzo ładny.

Uśmiechając się, stanął pomiędzy drzwiami a mną. Ruch. Jego ręka objęła me ramię i nagle jego usta znalazły się przy moich, twarde, gwałtowne. Wcisnął język między moje wargi i otoczył mnie żelaznym uściskiem.

? IIo! Ilo! ? Nie wiem, czy krzyczałam, czy szeptałam, próbując się uwolnić. Moje ręce dziko i bezskutecznie walczyły z jego siłą. W końcu puścił mnie i odsunął się, a ja położyłam dłoń na ciepłych i obolałych od pocałunku ustach. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, jakby z zaskoczeniem i rozbawieniem, gdy zobaczył, że płaczę i boję się. Nikt mnie przedtem tak nie całował. Stałam tak, ogarnięta tęsknym, elektrycznym drżeniem.

? No już, już ? mruknął, starając się mnie uspokoić. ? Dam ci wody.

Nalał mi szklankę, wypiłam. Potem otworzył drzwi, a ja, potykając się, zeszłam po schodach. Ze spuszczonym wzrokiem minęłam Maybelle i Roberta, murzyńskie dzieci, które wołały mnie sepleniącymi głosikami, i Mary Lou, ich milczącą ciemnoskórą matkę, która stała dalej.

Wyszłam na dwór. Zza stodoły wyjechała ciężarówka – – –  to Bernie, ten okropny, umięśniony, niski chłopak z umywalni. W jego błyszczących oczach malowała się złośliwa satysfakcja. Jechał szybko i nie mogłam go dogonić. Czy był w stodole? Czy widział, jak Ilo zamyka drzwi? Jak ja wychodzę? Chyba musiał widzieć.

Minęłam umywalnię i poszłam do miejsca, gdzie stały samochody. „Czemu płaczesz?” ? krzyknął Bernie. Nie płakałam. Traktorem nadjechali Kenny i Freddy, a grupa chłopaków, idących do domu, gapiła się na mnie z błyskiem w oczach. „Pocałował cię?” ? zapytał jeden z nich, uśmiechając się porozumiewawczo.

Było mi niedobrze. Nie chciałam z nikim rozmawiać, nie mogłabym się odezwać. Głos uwiązł mi w gardle jak coś gęstego i włochatego.

Pan Tompkins podszedł do dystrybutora, żeby popatrzeć, jak Kenny i Freddy uruchamiają swój stary samochód. Starali się być mili, ale wiedzieli. Wszyscy wiedzieli.

? Idzie nasza ślicznotka ? powiedział Kenny.

? Ślicznotka, anielica! ? dodał Kenny.

Stałam tak, z założonymi rękami, patrząc na obracający się silnik i uśmiechając się jak gdyby nigdy nic.

W drodze powrotnej Milton siedział obok mnie na tylnym siedzeniu, a David i Andy z przodu. David kierował. Wszyscy spoglądali na mnie z tym błyskiem tańczącym w oczach. David odezwał się bezbarwnym, sztucznie spokojnym głosem.

? Wszyscy was widzieli z umywalni, jak szliście do stodoły. Nabijali się.

Milton zapytał o szkic, więc porozmawialiśmy trochę o sztuce rysunku. Wszyscy byli tacy mili. Myślę, że z ulgą dowiedzieliby się, że ledwie, ale jednak uciekłam. Oczekiwali też pewnie, że będę płakać. Ale wiedzieli, wszyscy wiedzieli.

A teraz jestem w domu. Jutro muszę stawić czoło wszystkim na farmie. Boże mój, przecież to mógłby być sen, teraz prawie wierzę, że to był sen. Jutro będą mnie obgadywać i chciałabym umieć obrócić to wszystko w żart, dać ciętą odpowiedź, ale za bardzo się boję. Gdyby tylko mnie nie pocałował ? teraz będę musiała kłamać, że nie. Ale oni i tak wiedzą, wszyscy wiedzą. Co mogę zrobić przeciw tylu ludziom…?
(…)

Sylvia Plath „Dzienniki 1950-1962”
Tłumaczenie: Joanna Urban, Paweł Stachura
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 776

Opis: Kompletny zbiór istniejących dzienników Sylvii Plath obejmujący dwanaście ostatnich lat jej życia. Plath aż do śmierci przelewała na papier codzienne zmartwienia, lęki, namiętności i przemyślenia, kreśląc tym samym wyjątkowy autoportret. Ten niezwykle intymny obraz pozwala lepiej zrozumieć poetkę i jej twórczość. Dzienniki obejmują studia w ekskluzywnym Smith College, przerwane w 1953 załamaniem nerwowym, pierwszą próbą samobójczą i hospitalizację w szpitalu psychiatrycznym. Plath opisuje wyjazd do Anglii, naukę w Cambridge, kulisy małżeństwa z Tedem Hughesem, rozpoczęcie kariery akademickiej i szybkie porzucenie jej na rzecz własnej twórczości. A także kolejne ataki choroby i coraz trudniejszą codzienność ? brak pieniędzy, separację z mężem, samotną opiekę nad dwójką dzieci. Wszystko to zostało uzupełnione archiwalnymi zdjęciami, szkicami wierszy i rysunkami samej poetki.

Tagi: , , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek