banner ad

Powieść napisana w amerykańskim więzieniu. Przeczytaj dwa rozdziały „Świeżego” Nico Walkera

17 września 2020

Do listy książek, które powstały za więziennymi kratami, dołączyła właśnie kolejna znakomita pozycja. Jako 19-latek Nico Walker (na zdj.) porzucił college i zaciągnął się do armii Stanów Zjednoczonych. Z misji w Iraku wrócił z niezdiagnozowanym zespołem stresu pourazowego, uzależnił się od narkotyków i zaczął napadać na banki. Odsiadując wyrok w więzieniu, za namową wydawcy napisał na maszynie powieść opartą na swoich doświadczeniach. Tak powstał „Świeży”, jedna z najbardziej kontrowersyjnych książek ostatnich lat, która trafiła właśnie do polskich księgarń nakładem Wydawnictwa Poznańskiego. Poniżej możecie przeczytać dwa rozdziały w przekładzie Krzysztofa Cieślika.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

Fort Hood był przygnębiający. Pustynia nowego rodzaju, którą zaprojektowano, by zaszczepić w młodych ludziach fatalizm. Działał jak zaklęcie.

4 Dywizja Piechoty przydzieliła mnie do batalionu pancernego. Nie był on jednak wyłącznie pancerny. W tamtym czasie bataliony coraz częściej były mieszane. Mieliśmy dwie kompanie pancerne (Alfa i Bravo), dwie kompanie piechoty (Delta i Echo), kompanię saperów (Charlie), a także kompanię wsparcia (Foxtrot) i kompanię sztabową (HHC). W ostatnich dwóch było dużo różnych bzdetów: kucharze, mechanicy, zwiadowcy, moździerzowcy, wywiad, dział finansów. Pluton medyczny stanowił część HHC. Udałem się tam w pierwszej kolejności. Miałem w niej zostać jako członek kadry punktu medycznego albo być przydzielony do jednej z kompanii liniowych (od Alfa do Echo).

Nie podobało mi się w plutonie medycznym; prawie wszyscy byli ode mnie starsi i cenili sobie gadkę z rodzaju tych, z którymi sobie nie radziłem. Powiedziałem więc gościowi dowodzącemu plutonem, że chcę być w którejś z kompanii liniowych, i przydzielił mnie do Echo. Tak trafiłem do piechoty.

Był październik. Wyjeżdżaliśmy w listopadzie. Kompania była zgrana. No więc szło to tak, jak można się było spodziewać – dużo tego całego „Kim ty, do chuja, jesteś?”.

Moim przełożonym był sierżant Shoo. Skurwiel z gatunku wielkich równiach. Pozostali dwaj sanitariusze w Bravo byli zwykłymi, niskimi rangą żołnierzami, jak ja. Starszy szeregowy Yuri i starszy szeregowy Burnes. Dobrzy ludzie. Yuri był w chuj arogancki, ale do zniesienia, jedenaście bravo lubili go za to, że był totalnie odjechany, jak ujęliby to fani mocnego grania. Co do Burnesa, to wydawał się trochę za bystry na wojsko. Widać było, że kretyństwo tego wszystkiego go zabija. Trzymał się głównie na uboczu i większość wolnego czasu spędzał, ucząc się różniczek i popijając lagera. Planował karierę w polityce. Był niewiele po trzydziestce i wydawał się nam – a tak naprawdę byliśmy po prostu dzieciakami – w kurwę stary.
 
 
Miałem to szczęście, że moi koledzy z pokoju w koszarach okazali się wyluzowani i nieprzesadnie patriotyczni. Starszy szeregowy Grace i szeregowy Carranza byli żołnierzami piechoty z kompanii Delta. Grace pochodził z Oregonu. Miał dwadzieścia lat, jak ja. Wyglądał niczym Jean-Michel Basquiat i nawijał jak surfer. Dostałem przydział do jego pokoju. Carranza mieszkał tam nieoficjalnie, na zaproszenie Grace’a. Miał żonę, więc otrzymywał dodatek mieszkaniowy, co oznaczało, że nie mógł dostać miejsca w koszarach. Miał mieszkanie w Killeen, ale z jakiegoś powodu pani Carranza wściekła się na niego i w sumie był bezdomny.

Jakoś tak wyszło, że Grace i Carranza dymali tę samą siedemnastolatkę z Harker Heights. Carranza wszystko mi wyjaśnił.

– To moja mała miłośniczka białego szaleństwa – powiedział. – Zostawiam ją sobie na później.

Potem Grace się z nią ożenił i to rozwiązało sprawę. Ale nadal spędzali we trójkę czas i pięć czy sześć razy w tygodniu oglądali Kasyno. Grace miał w Iraku zginąć, a Carranza wrócić ze zmasakrowaną twarzą, ale na razie jeszcze nic się nie wydarzyło, więc panowała beztroska.

Jeśli chodzi o ruchanie, Grace był najwidoczniej jakąś maszyną, bo dziewczyna świrowała, ilekroć ją pieprzył. Słychać ją było przez ścianę. Trwało to godzinami. Można było pomyśleć, że to prawdziwa miłość, święta i nieskalana. Ale to nie moja sprawa. Moją była ciągła samotność. W weekendy chodziłem na filmy w Killeen, do jednego z tych kin w wielkich centrach handlowych. Spędzałem tam tyle czasu, że skończyły się filmy, których nie widziałem.

Z Emily gadałem, ile mogłem. Dzwoniłem do niej w porze darmowych minut po dziewiątej, czyli o dziesiątej jej czasu, gdy zwykle była już po robocie. Pracowała jako kelnerka w sieciówce. Serwowali tam karaibskie jedzenie. Mówiła, że jest dobre. Zasuwała na cały etat. I chodziła normalnie na uczelnię. Odrabiała wszystkie zadania domowe. Trudno było sobie wyobrazić, skąd ma na to siłę. Zapieprzała na całego. Dobrze, że przynajmniej mogliśmy porozmawiać, ale dzieliła nas odległość. Służyłem w wojsku, miałem wyjechać na dziewięć miesięcy.

– Ludzie myślą, że nie istniejesz – powiedziała. – Sądzą, że cię wymyśliłam.

Odparłem, że przykro mi z tego powodu.

– Nie widuję cię w ogóle – stwierdziła. – To nie jest normalne. Dlaczego nie mogę mieć chłopaka, z którym dałoby się spotkać?

– Myślę, że jest szansa, że wpadnę w okolicach Dnia Kolumba. A najpóźniej na Dzień Weterana.

– W porządku.

– Wytrzymaj dla mnie, dobrze?

– Tęsknię za tobą.

– Ja za tobą też.

I zawsze na tym się kończyło. To największe wyznanie, na jakie sobie pozwalaliśmy.
 
 
Ponieważ byłem Jebanym Kurwa Nowym, wysyłali mnie razem z kompanią, gdy udawała się w teren, żeby poćwiczyć. Pójście w teren, przesiadywanie tam całymi dniami i nicnierobienie uważano za zawracanie dupy i tak by to postrzegali Shoo, Yuri czy Burnes, którzy brali w tym udział pierdylion razy, ale mnie to nie przeszkadzało. I tak bym był kurewsko samotny, a tak przynajmniej mogłem palić do woli.

Od miesięcy było sucho. Gdy kompania ćwiczyła z ostrą amunicją, trawa stawała w ogniu od pocisków smugowych. Biegałem z gumową matą na końcu długiego kija i starałem się gasić ogień. Czasem płomienie podkradały się do drzew i te płonęły jak zapałka. Podobało mi się to.

*

Fajnie było iść na samowolkę. W weekend przy okazji Dnia Kolumba nie było w terminarzu żadnych ćwiczeń, więc zrobiło się okienko. Jeśli tylko wróciłbym na czas we wtorek o szóstej rano, gdy stawaliśmy na zbiórce, nikt nie dowiedziałby się, że mnie nie było.

Oddalając się samowolnie ze służby, nie mogłem skorzystać z lotniska w Killeen; bardzo prawdopodobne, że wojsko miało tam jakiegoś oprycha od papierkowej roboty. Yuri żywił na szczęście patologiczną wręcz awersję do władzy i powiedział, że mnie podwiezie na regionalne lotnisko w Temple. Stamtąd mogłem polecieć do Houston i z międzykontynentalnego lotniska Busha dostać się na północ.

Po służbie wyjechaliśmy z miasta jego hondą accord, w głośnikach dudnił Lamb of God. Nie miałem pojęcia, jak może słuchać tego gówna i się nie zabić. Ale byłem mu wdzięczny.
 
 
W Elbie przez cały weekend padało. Wylegiwaliśmy się we dwoje i przesypialiśmy cały dzień. Wieczorem wychodziliśmy pojeździć po okolicy. Nadeszła jesień i naprawdę było to czuć. Pojawił się ten jesienny ból. Piękno wszystkiego – nagich drzew, czarnego nieba, lamp ulicznych – miażdżyło. Poznaliśmy się dwa lata temu. Byliśmy starsi, oboje mieliśmy oszczędności, pracę i żyliśmy właściwie na swoim. Za miesiąc Emily kończyła dwadzieścia jeden lat. Tak bardzo byliśmy pewni, że dorośliśmy… Mieliśmy się pobrać przed moim wyjazdem do Iraku. Tym razem to ona poruszyła ten temat. Powiedziała, że ma to sens praktyczny. Gdybyśmy byli po ślubie, miałbym wyższy żołd, a ją objęłoby moje ubezpieczenie zdrowotne. No i ożeniłbym się z Emily.

– Ale rozwiedziemy się potem – powiedziała.

W porządku, stwierdziłem.

– Rozwiedziemy się, jeśli tego właśnie chcesz.

(…)

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY

Niewiele się dowiadywaliśmy z wyprzedzeniem. Potem nagle sierżanci wsiadali na nas, wrzeszcząc:

– Ogarnijcie się.

– Ruchy, ruchy, biegiem.

I tak dalej, i tak dalej.

Starszy szeregowy Borges wdychał sprężone powietrze ze swoim towarzyszem broni, specjalistą Roche’em, kiedy sierżant sztabowy Castro załomotał do drzwi. Borges poszedł otworzyć, ale był za bardzo rozjebany, upadł i rozwalił sobie wargę. Musiał pójść do punktu medycznego, by szybko założono mu szwy.

Był to niezbyt obiecujący początek operacji W Imię Honoru. Mimo to ruszyliśmy na północ–północny zachód.

Mieliśmy przed sobą ciężkie zadanie i nie mogliśmy liczyć na łut szczęścia, bo turbaniarze wiedzieli, że nadchodzimy. Wojska zmechanizowane nigdy nikogo nie zaskakują.

Mnóstwo było kobiet i dzieci, trochę starców. Kiedy znajdowałeś się w terenie, nie widywałeś mężczyzn w wieku poborowym. Służyli w wojsku albo w policji, nie żyli, siedzieli w więzieniu, ukrywali się albo byli gdzie indziej.

Drużyna strzelców szła drogą biegnącą nad rzeką. W kilku domach po drugiej stronie rozległy się strzały. Wybuchy granatów, ogień karabinów maszynowych – brzmiało to jak coś poważnego. Schronili się po przeciwnej stronie drogi. Z wyjątkiem mnie i Borgesa. Ześlizgnęliśmy się w dół, uważnie analizując sytuację na drugim brzegu. Pierwszy raz chodziłem z karabinem. Zamieniłem się z Yurim na pistolet. Teraz rozglądałem się za kimś, w kogo mógłbym strzelić.

Nie trwało to minuty, nawet nie trzydzieści sekund. Strzelanina ustała. I może to było coś na serio, ale nie miało nic wspólnego z nami. Sierżanci sztabowi North i Castro zaśmiewali się po drugiej stronie drogi. North, który właśnie otrzymał awans, służył w batalionie w dwa tysiące trzecim roku i zdjął turbana z dachu. Castro, były żołnierz piechoty morskiej, był w Faludży w dwa tysiące czwartym.

– Daj spokój, doktorku – powiedział. – Nie graj szefa. Masz się trzymać z dala od ognia.

Coś tam powiedziałem. Wciąż zachowywałem się jak niedojebany.

– Dobra. Jak tam se chcesz. Ale następnym razem w drugą stronę.

Nawet Borges się ze mnie śmiał, a przecież zrobił dokładnie to samo co ja. Tak naprawdę po prostu szedłem za nim. I prawie się wypieprzył, ześlizgując się w dół grobli. Ale nikt na niego z tego powodu nie wjeżdżał; Borges był drugi raz na misji, więc jeśli chciał coś odjebać i dać się zabić, jego sprawa.

Wracaliśmy tą samą drogą i zatrzymaliśmy się pod pustym domem, zwróconym frontem do rzeki. Na środku tej rzeki była wysepka zarośnięta daktylowcami. North włożył pocisk burzący do swojego granatnika i posłał go na wysepkę, gdzie przyniósł efekty, jakich można się było spodziewać. North po prostu musiał sobie pofolgować. Był rozczarowany, bo znajdowaliśmy się po złej stronie rzeki, i wiedział, że nie będzie miał okazji nikogo zabić.
 
 
Porucznik Heyward wyleciał. Stało się tak dlatego, że kazał nam ciągle składać ściemnione oświadczenia. Sporządził szereg zeznań pod przysięgą w imieniu tych z nas, którzy w święta służyli w QRF1. Według tych zeznań wszyscy znajdowaliśmy się w promieniu pięćdziesięciu metrów od batalionowego Taktycznego Centrum Operacyjnego, gdy uderzyła rakieta. Nie była to prawda. Znajdowaliśmy się o wiele dalej. Gdybyśmy byli w promieniu pięćdziesięciu metrów, otrzymalibyśmy pochwałę za udział w walce, a Heyward dostałby Bojową Odznakę Piechoty, co przydałoby mu się, przynajmniej jeśli chodzi o punkty do awansu. A więc pięćdziesiąt metrów. Heyward kazał nam podpisać wszystkie te zeznania, które sporządził w naszym imieniu, a następnie je złożył. Kiedy je odrzucono, wydrukował nową partię i kazał nam je znowu podpisać. Znów je złożył i tym sposobem został zwolniony.
 
 
Nawet gdy strzelano, myślami byłem gdzie indziej. Miałem zjazd. Spytałem Emily, czy dostała orchideę, którą jej wysłałem. Powiedziała, że owszem, dostała. I co sobie pomyślała? Uznała, że to głupie. Dlaczego uważała, że to głupie? Co w ogóle oznaczał ten bilecik? Bukiet nawiasów z Seymoura: wstępu. No ale co to takiego, do chuja? Nie miała pojęcia. Dałem jej tę książkę jakoś mniej więcej wtedy, gdy się poznaliśmy. Pomyślałem, że przypadnie jej do gustu historia o staruszku, który palił i pił. Powiedziała, że jej się podobała. Ale czy w ogóle ją przeczytała?

Opowiedziałem o tym w skrócie Yuriemu.

– Coś, kurwa, ukrywa, co nie? – powiedziałem.

Stwierdził, że jestem debilem jebanym.

Czy to oznaczało, że według niego coś ukrywa?

– Yuri, powiedz mi po prostu: tak czy nie. Ukrywa coś?
(…)

Nico Walker „Świeży”
tłumaczenie: Krzysztof Cieślik
wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
ilość stron: 384

Opis: Młody mężczyzna na pierwszym roku nauki w college’u poznaje Emily. Połączeni pasją do twórczości Edwarda Albeego i ecstasy szaleńczo się w sobie zakochują. Wkrótce jednak Emily musi wrócić do domu w Elbie, w stanie Nowy Jork, wobec czego chłopak rzuca szkołę i zaciąga się do wojska jako sanitariusz. Życie nie przygotowało go na koszmarną rzeczywistość, którą zastaje w Iraku. Koledzy z jego oddziału na zmianę palą, grają w karty, wdychają sprężone powietrze, nadużywają środków przeciwbólowych i oglądają porno. Oprócz tego giną jeden po drugim podczas kolejnych misji. Przez cały ten czas chłopak stara się podtrzymać na odległość swój związek z Emily. Gdy w końcu wraca do kraju, zespół stresu pourazowego nie pozwala mu normalnie funkcjonować. Uzależnia się od heroiny, a kiedy kończą mu się pieniądze, postanawia zarobić je w jedyny sposób, jaki zna – poprzez przemoc. Zaczyna więc napadać na banki.

Tagi: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek