banner ad

Nowy głos na temat zbrodniczych dyktatur XX wieku. Przeczytaj fragment powieści „Strefa mroku” Nony Fernández

23 czerwca 2022

Opublikowana przez ArtRage powieść „Strefa mroku” Nony Fernández łączy fakty z fikcją, by opowiedzieć o czasach dyktatury Pinocheta w Chile. W 1984 roku, w środku rządów generała, oddany sprawie członek tajnej policji Andrés Antonio Valenzuela Morales pojawił się na okładce magazynu „Cauce”. Ten niepozorny człowiek przyznał się publicznie do torturowania ludzi. Co spowodowało, że zaczął odczuwać wyrzuty sumienia? Dlaczego ujawnił swoje zbrodnie dziennikarzom? Chilijska pisarka Nona Fernández postanowiła potraktować to autentyczne wydarzenie jako punkt wyjścia do swojej książki. „Nieodległa historia Chile jest przedstawiana czarno-biało, z niewielką domieszką szarości” – komentuje autorka. „Ten człowiek był szary” – dodaje. „Był ofiarą i oprawcą, kimś niesklasyfikowanym, pół potworem, pół aniołem, pół bohaterem, pół świnią. W Chile nadal istnieje zmowa milczenia. (…) To ogromna rana, która nie przestaje ropieć. Opisanie tej historii wydawało mi się kuszące i ważne” – podkreśla. Poniżej możecie przeczytać fragment powieści, która ukazała się w przekładzie Agaty Ostrowskiej.

Wyobrażam sobie, jak się ukrywa, leży na podłodze furgonetki. Nie wiem, w co jest ubrany ani czy się ogolił. Możliwe, że nie ma już ciemnych krzaczastych wąsów, albo wręcz przeciwnie – zapuścił jeszcze równie gęstą brodę, żeby zmylić trop. Minęło kilka miesięcy, od kiedy wyjawił prawdę dziennikarce, a potem prawnikowi. Od tamtej pory żył w kompletnym odosobnieniu, czekając na możliwość wydostania się z kraju. Wie, że zwierzchnicy go szukają. Wie, że jeśli go dopadną, będzie trupem. Dlatego dzisiaj potajemnie jedzie załatwić formalności, które pozwolą mu opuścić kraj. Podróżuje ukryty na podłodze samochodu dostawczego znanej księgarni Manantial.

Ukrywa się pod stosem paczek. Podręczników, zeszytów, pudełek ołówków i gumek do ścierania, przesuwających się przy każdym skręcie kierownicy. Czuje ciężar pakunków na nogach i plecach. Paka furgonetki jest tak zawalona, że ledwie cokolwiek widzi. Z ulicy dobiegają odgłosy miasta. Słyszy silniki aut, klaksony, głos spikera z jakiegoś radia. Pocą mu się dłonie. Głowa też. Podróż trwa dłużej, niż zakładał. Właśnie w tej chwili czuje jednak, że samochód zwalnia, stuka włączony kierunkowskaz, kierowca częściej zmienia biegi – z wszystkich tych sygnałów wyciąga wniosek, że parkują już pod kościołem. A konkretnie pod kościołem Matki Bożej Anielskiej przy alei El Golf, w wyżej położonej części miasta.

„Poczekamy tutaj” – słyszy głos prawnika z kabiny furgonetki.

Nie odpowiada. Czeka cierpliwie, nie wydając żadnego dźwięku. Omawiali wcześniej, co się teraz stanie. Lada chwila przyjedzie drugi samochód, wysiądzie z niego urzędnik, który pobierze od niego odciski palców, niezbędne do stworzenia nowej tożsamości. Za kilka dni dostanie paszport, z którym będzie mógł pojechać na południe i przedostać się przez góry do Argentyny. Tam wsiądzie w samolot do Francji, gdzie już czekają osoby, które pomogą mu w nowym życiu. Ale to jeszcze nie tak szybko. Na razie może tylko zachować spokój i czekać na przybycie urzędnika. Wszystko odbędzie się w furgonetce. Wtajemniczeni obserwują ich niepostrzeżenie z kościoła, gotowi w każdej chwili przyjść z pomocą. Na wypadek gdyby ktoś ich odkrył i sytuacja zrobiła się naprawdę poważna, powiadomiono mieszczącą się o kilka przecznic stąd ambasadę Hiszpanii, która zobowiązała się udzielić im azylu. Jeśli nie złapią ich na ulicy i zdołają dotrzeć do ambasady, stamtąd pojadą samochodem korpusu dyplomatycznego na lotnisko i polecą do Madrytu. Bez bagażu, bez pożegnań, bez planu, bez paszportu. Ale nikt nie chce takiego scenariusza. Dochowali wszelkich środków ostrożności i ani Siły Powietrzne, ani służby bezpieczeństwa nie powinny wiedzieć, że właśnie się tutaj znajdują.

Wyobrażam sobie, że prawnik włącza radio, żeby umilić im oczekiwanie. Z głośników zaczyna dobiegać muzyka, jakiś hit grudnia 1984 roku. Próbuję sobie przypomnieć, co wtedy leciało w radiu, i jako pierwsza przychodzi mi do głowy piosenka z Pogromców duchów. Nie wiedzieć czemu, wyobrażam sobie tę scenę z taką właśnie ścieżką dźwiękową. If there’s something strange / in your neighborhood, / who you gonna call? Ghostbusters! – powtarzało się w refrenie. Pamiętam też młodego Billa Murraya z dwójką wspólników, uzbrojonych w karabiny, a w rzeczywistości zaawansowaną broń na niewidzialne byty, na fantasmagoryczne istoty, które tylko oni potrafili namierzyć i zniszczyć zabójczym promieniem. Nie sądzę, żeby prawnik był fanem tej piosenki ani nawet że oglądał ten film w kinie, ale w tej chwili jego gusta nie mają znaczenia, najważniejsze to udawać kogoś innego. A konkretnie kierowcę dostawczaka z księgarni Manantial, który rozwozi towar po mieście, nucąc pod nosem najmodniejszy popowy kawałek.

W pobliżu zatrzymuje się jakiś samochód.

Przyjechał urzędnik stanu cywilnego.

Prawnik rozpoznaje człowieka, z którym się umówił. Wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.

Urzędnik wysiada z samochodu i ukradkiem wślizguje się na tył furgonetki, gdzie ma załatwić sprawę z mężczyzną, który torturował. Formalności są proste, nie powinny zabrać im dużo czasu. Formularze zostały już przygotowane do podpisu, trzeba jeszcze tylko pobrać odciski palców.

Prawnik rozgląda się czujnie dookoła. Wszystko wygląda zupełnie normalnie. Nikt w okolicy się nie domyśla, co dzieje się w furgonetce. Jakaś kobieta spaceruje z dzieckiem w wózku. Dwie staruszki wolnym krokiem mijają kościół. Kiedy ich spojrzenia napotykają oczy prawnika, kobiety posyłają mu uśmiech. If there’s something strange / in your neighborhood, / who you gonna call? Ghostbusters! – nadal leci w radiu.

Na ulicy pojawia się suka policyjna.

Zbliża się powoli, a w końcu zatrzymuje, żeby karabinierzy mogli się przyjrzeć furgonetce z księgarni.

Prawnik sięga szybko po formularz dostawy i unika wzroku mijających go policjantów. Podśpiewuje piosenkę z radia, jednocześnie udając, że jest pogrążony w pracy i ołówkiem notuje coś na wyimaginowanej liście klientów.

„Gliniarze” – ostrzega dyskretnie.

Na tyłach furgonetki mężczyzna, który torturował, poci się od grudniowego upału i z nerwów. Palec nie chce się odcisnąć na formularzu. Tusz rozpływa się na wilgotnych opuszkach, na papierze zostają tylko plamy, rozmazane linie nieostrej tożsamości. Próbują jeszcze raz. Dwa razy, trzy, cztery, ale nic z tego. Napięcie wisi w powietrzu. Przez krótką chwilę mężczyzna, który torturował, wyobraża sobie, że rozpuszcza mu się ciało. Że jego twarz nie jest już jego twarzą, że on sam stał się zaledwie cieniem, odbiciem tego, kim był albo jest. Czarną plamą, taką jak te, które zostawia na formularzu. Odciski palców są niezbędne do wyrobienia dokumentu tożsamości, nawet fałszywego. Bez nich nie dostanie dowodu osobistego, żeby móc dotrzeć na południe, do granicy z Argentyną, ani paszportu umożliwiającego opuszczenie kraju. Ale przy każdej nieudanej próbie formularze niszczą się i nadają tylko do wyrzucenia. Im więcej się ich marnuje, tym więcej jest nerwów i potu, prosta formalność coraz bardziej się przeciąga, minuty przechodzą w godziny. Karabinierzy zdają się przejeżdżać w zwolnionym tempie, jakby stoper ze Strefy mroku zrobił swoje i czas na ulicy się zatrzymał.

Co będzie, jeśli karabinierzy postanowią przeszukać furgonetkę.

Co, jeśli otworzą tylne drzwi.

Co, jeśli ktoś dał im cynk i teraz węszą w okolicy, żeby ich dopaść i zamknąć.

Prawnik myśli o ambasadzie Hiszpanii. Wyobraża sobie, że wciska gaz do dechy, z pełną prędkością pędzi do celu i przejeżdża przez bramę. Wyobraża sobie, że nagle zakłóca spokój panujący w dzielnicy, wprawia w popłoch staruszki, które nie odeszły jeszcze daleko od kościoła, i matkę z wózkiem. Kiedy tak wyobraża sobie pośpieszną ucieczkę z kraju i niepewną przyszłość na uchodźstwie, zaczynają mu się pocić ręce, palce robią się śliskie, tak jak mężczyźnie, który torturował. Już piąty formularz leży zmięty na podłodze furgonetki. Pięć tożsamości unicestwionych przez kapryśne, niewyraźne odciski linii papilarnych.

If there’s something strange / in your neighborhood, / who you gonna call?

Potem wszystko dzieje się szybko i dyskretnie.

Urzędnik wysiada z furgonetki z podpisanymi formularzami i nareszcie wyraźnie odciśniętymi palcami. Oddycha ciężko, z nerwów wciąż trochę drżą mu nogi. Potem wsiada z powrotem do swojego samochodu. Za kilka dni znowu się spotkają, żeby odebrać gotowe dokumenty. Unikając kontaktu wzrokowego z urzędnikiem, prawnik odpala silnik. Delikatnie wciska pedał gazu i spokojnie jedzie ulicą, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. W lusterku wstecznym widzi staruszki i kobietę z wózkiem. Widzi też oddalających się karabinierów. Natychmiast przestali stanowić zagrożenie. Przez okno suki obserwują już innych ludzi, inne pojazdy. A może niczego nie obserwują. Jadą sobie po prostu, śpiewając piosenkę z radia albo omawiając najnowsze wiadomości. Kontynuują codzienny patrol, nawet nie podejrzewając, że w dostawczaku księgarni Manantial, który opuszcza właśnie dzielnicę, ukryty pod stosami paczek, jedzie mężczyzna bez tożsamości. Najprawdziwszy duch.

Tak, czasem śnią mi się szczury.
   Ciemne cele i szczury.
   Krzyki kobiet i mężczyzn, listy takie jak ten od pani,
   które napływają z przyszłości, pytają o te krzyki.

Nie wiem, co pani odpowiedzieć.
   Nie rozumiem, co krzyczą ci ludzie.
   Ani co jest napisane w listach.
(…)

Nona Fernández „Strefa mroku”
Tłumaczenie: Agata Ostrowska
Wydawnictwo: ArtRage
Liczba stron: 235

Opis: Powieść nominowana do National Book Award w kategorii „Literatura w przekładzie”. 1984 rok, sam środek rządów Pinocheta. Znikają setki ludzi, dziesiątki tysięcy trafiają do więzień. Członek tajnej policji wchodzi do siedziby dysydenckiej gazety i spowiada się reporterce. Jego zdjęcie i tytuł z okładki – „Torturowałem” – dręczą narratorkę przez całe dorosłe życie. Zanurzoną w popkulturowych odniesieniach „Strefą mroku” Nona Fernández udowadnia, że wciąż można powiedzieć coś nowego na temat zbrodniczych dyktatur XX wieku. Z wprawą dokumentalistki wplata w fikcję literacką wspomnienia i reporterskie fragmenty, wykorzystując technikę rekonstrukcji zdarzeń, by stworzyć – jak ujął to Ariel Dorfman na łamach „New York Timesa” – „szalenie nowatorską powieść, która wnosi wiele do literatury nie tylko w Chile”.

fot. na podst. Ojo en Tinta/YouTube


Tematy: , , , ,

Kategoria: fragmenty książek