banner ad

Japoński bestseller wreszcie w Polsce. Przeczytaj fragment powieści „Kroniki kota podróżnika” Hiro Arikawy

9 kwietnia 2018


Koty zajmują ważne miejsce w kulturze i literaturze japońskiej. Często pełnią rolę amuletów, przynoszących szczęście tym, którzy o nie dbają. Uhonorował je chociażby Haruki Murakami w swoich powieściach „Kronika ptaka nakręcacza” i „Kafka nad morzem”. Do grona słynnych literackich kotów dołącza Nana (wbrew imieniu jest to kocur), bohater i narrator powieści „Kroniki kota podróżnika” autorstwa Hiro Arikawy. Japoński bestseller jest już dostępny w polskim przekładzie Anny Horikoshi opublikowanym nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Poniżej możecie przeczytać fragment tej niezwykłej książki, która powinna przypaść do gustu nie tylko wielbicielom czworonogów i Kraju Kwitnącej Wiśni, ale wszystkim ceniącym poruszające historie.

RAPORT WSTĘPNY
ZANIM WYRUSZYLIŚMY W PODRÓŻ

„Jestem kotem. Imienia jeszcze nie mam” ? powiedział jeden z najważniejszych kotów w tym kraju*. Nie wiem dokładnie, na czym polegała jego wielkość, lecz ja przewyższam go pod tym względem, ponieważ posiadam imię. Inna sprawa, że niezbyt mi się ono podoba. To dlatego, że zupełnie nie pasuje do mojej płci.

Otrzymałem je jakieś pięć lat temu. Właśnie wkraczałem w dorosłość. Istnieje wiele teorii na temat obliczania wieku kota, ale wszystkie są zgodne co do tego, że roczny kot jest już w zasadzie dorosły.

Sypiałem wtedy często na masce srebrnego vana, zaparkowanego obok pewnego apartamentowca. Bardzo mi się tam podobało.

Lubiłem to miejsce, bo nikt mnie stamtąd nie przeganiał. Zwykle ludzie przepędzają koty z samochodów sykiem albo machaniem rękami. A przecież są tylko małpami, które nauczyły się prosto chodzić. Naprawdę przewróciło im się w głowie.

Skoro zostawiają samochody pod gołym niebem, to z jakiej racji kot miałby na nie nie wchodzić? Dla kota wszystko, na co można wejść, jest drogą publiczną. Tymczasem jeśli nieostrożnie zostawisz ślady łap na masce samochodu, ludzie od razu widzą w tobie wroga.

Jeśli chodzi o srebrnego vana, nikomu moja obecność nie przeszkadzała, toteż wkrótce stał się moją ulubioną sypialnią. W słoneczne dni maska działała jak ogrzewanie podłogowe. Doceniłem to zwłaszcza podczas mojej pierwszej samodzielnej zimy.

Z nadejściem wiosny skończył się dla mnie pierwszy cykl czterech pór roku. Dla kota to wielkie szczęście urodzić się na wiosnę. Są dwie pory miotów: wiosna i jesień. Niestety bezdomne kotki urodzone jesienią raczej nie mają szans na przeżycie.

Spałem sobie zwinięty w kłębek na cieplutkiej masce samochodu, kiedy nagle poczułem na sobie czyjś gorący wzrok. Uchyliłem powiekę.

Wysoki młody mężczyzna przyglądał mi się, mrużąc oczy. Miał rozanielony wyraz twarzy.

? Zawsze tu śpisz?

A co? Nie podoba się?

? Śliczny jesteś.

No, fakt. Często mi to mówią.

? Mogę cię pogłaskać?

Och, co to, to nie. Wybacz. Fuknąłem i podniosłem przednie łapy w groźnym geście. Mężczyzna wygiął wargi, jakby chciał powiedzieć: „skąpiradło”.

No cóż, być może. Ale czy ty nie poczułbyś się rozdrażniony, gdyby ktoś nieznajomy pogłaskał cię we śnie?

? Rozumiem. Nic za darmo.

O, jesteś dość błyskotliwy. Przerwałeś mój spokojny sen, powinieneś mi to wynagrodzić. Uniosłem lekko głowę i dostrzegłem, że mężczyzna przeszukuje siatkę z zakupami, którą trzyma w ręce.

? Nie kupiłem nic takiego, co byś lubił, kotku.

Oj, oj. Co bym lubił? Jestem bezdomnym kotem, bezdomne koty nie grymaszą! A te suszone małże? Zacząłem obwąchiwać pakunek wystający z siatki. Mężczyzna uśmiechnął się i lekko odsunął moją głowę wnętrzem dłoni.

? Niedobre dla ciebie! Strujesz się. Wiesz, jakie to ostre?

Niedobre dla mnie? Sam jesteś dla mnie niedobry. Czy bezdomny kot, który nie wie, czy dożyje jutra, może przejmować się takimi rzeczami? Teraz, w tej sekundzie, jedyne, czego pragnę, to napełnić żołądek.

Ostatecznie mężczyzna wyjął kotlet z kanapki, obrał go z panierki i położył na dłoni. Mam mu jeść z ręki. Co za szantaż! Chce mnie zmusić, żebym się do niego zbliżył. No ale? taki smaczny, świeży kawałek mięsa? chyba pójdę na kompromis.

Zajęty połykaniem mięsa nie zauważyłem, że palce drugiej ręki zanurzyły się w moim futerku pod brodą i za uszami. Po chwili poczułem łaskotanie w okolicy uszu. Zwykle pozwalam się dotknąć, na moment, ludziom, którzy dali mi coś do jedzenia, jednak mężczyzna robił to tak umiejętnie, jakby był magikiem. Nie mogłem się oprzeć.

Jeśli dasz mi jeszcze trochę, to pozwolę ci podrapać mnie pod brodą. Wwiercam się głową w dłoń mężczyzny. Tak, to zawsze działa.

? W tej została już tylko kapusta.

Wyjął drugą połówkę kanapki i podał mi mięso. Tylko niepotrzebnie usunął panierkę, chętnie napchałbym nią żołądek.

Tak hojnie obdarowany, pozwoliłem mu wygłaskać mnie do woli, ale w końcu stwierdziłem, że zamykam teatrzyk.

Już, już miałem podnieść przednie łapy, gdy mężczyzna powiedział:

? To na razie.

Oderwał ode mnie dłoń i zniknął na schodach prowadzących do mieszkania. Właśnie wtedy, gdy zamierzałem okazać mu zniecierpliwienie. Co za wyczucie! Wiedziałem, że to magik.

Tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie. Imieniem mężczyzna obdarzył mnie nieco później.

Od tego czasu pod srebrnym vanem zaczęła się pojawiać sucha karma. Za tylnym kołem jedna garść. Akurat tyle, ile kot zjada podczas jednego posiłku.

To ten mężczyzna podsypywał karmę w nocy. Jeśli akurat byłem w pobliżu, otrzymywał w zamian pozwolenie na głaskanie, ale nawet jeśli mnie nie było, i tak zostawiał mi jedzenie.

Oczywiście zdarzało się, że nie znajdowałem karmy ? być może jakiś inny kot zjadał ją przede mną albo mężczyzna gdzieś wyjeżdżał ? ale generalnie mogłem liczyć na jeden posiłek dziennie.

Ludzie są jednak nieprzewidywalni i nie można na nich polegać. To wie każdy bezdomny kot. Dlatego ważna jest dywersyfikacja sposobów pozyskiwania pożywienia. To żelazna zasada.

Nie za blisko, nie za daleko. „Znajomi” ? wydawało się, że tak już zostanie, kiedy wydarzyło się coś, co na zawsze zmieniło naszą relację. Los.

Bardzo bolesny los.

Przebiegałem przez ulicę w nocy. Światła samochodu odkryły moją obecność. Już byłbym po drugiej stronie, gdyby nie ogłuszający dźwięk klaksonu. To przez ten klakson! Zamarłem ze strachu i to opóźniło moją ucieczkę. Zabrakło mi pół centymetra. Samochód uderzył we mnie z niewyobrażalną siłą. Wyleciałem w powietrze jak z procy. Co się dalej działo, nie mam pojęcia.

Ocknąłem się na trawniku. Bolało mnie całe ciało, tak jak nigdy w życiu. Ale żyłem.

No, to mi się oberwało ? pomyślałem i spróbowałem wstać. Do diabła! ? wrzasnąłem. ? Boli!! ? Prawa tylna łapa bolała mnie okropnie.

Upadłem na ziemię. Wykręciłem się do tyłu, żeby wylizać ranę, i zobaczyłem, co się stało. Kość przebiła futerko i wystawała na zewnątrz.

Gdyby to była rana po ugryzieniu albo rana cięta, wylizałbym się z tego językiem. Ale to?! Nie dam rady. Ból kości był tak przeszywający, że zastanawiałem się, jak ja to wszystko znoszę.

Co robić? Co robić? Halo!

Niech mi ktoś pomoże! Ale kto się będzie przejmował bezdomnym kotem? Właśnie: nikt.

Przypomniałem sobie jednak o mężczyźnie, który codziennie przynosił mi karmę. On pewnie by mi pomógł. Nie wiem, czemu tak pomyślałem. Ani przyjaciel, ani rodzina, ot, znajomy. W zamian za smaczne kąski dawałem mu się głaskać. Łączyło nas tylko tyle. Dlaczego miałby mi pomóc?

Zacząłem iść, wlokąc za sobą złamaną nogę. Drgania wywoływane uderzeniami łapy o nierówności drogi przenosiły się na wystającą kość. Przewróciłem się po drodze wiele razy, nie mogąc wytrzymać bólu. Już nie mogę, już nie mogę, nie zrobię następnego kroku!

Wypadek wydarzył się nie aż tak daleko od srebrnego vana, ale kiedy dotarłem na parking, zaczynało świtać.

Teraz to już naprawdę koniec. Nie zrobię ani kroku więcej. Położyłem się na ziemi.

Boliiii! ? miauknąłem na całe gardło.

Wołałem z całej siły wiele razy, lecz wkrótce mój głos osłabł. Miauczenie również powoduje drgania i pogłębia ból.

W pewnej chwili ktoś pojawił się na schodach. Podniosłem głowę. On!

? A więc to ty? Tak myślałem.

Mężczyzna zbladł i podbiegł w moim kierunku.

? Co się stało? Potrącił cię samochód?

Niestety, wstyd się przyznać, dałem się zaskoczyć.

? Boli? Jasne, że boli. Po co pytam?

Właśnie, głupie pytanie, nie denerwuj mnie. Lepiej zajmij się biednym rannym kotem.

? Tak się darłeś, że mnie obudziłeś. Wołałeś mnie, prawda?

Prawda, prawda. Czemu tak długo nie przychodziłeś?

? Wierzyłeś, że ci pomogę?

No, nie w stu procentach, ale? ? przekomarzałem się.

Mężczyzna pociągnął nosem. Płacze?

? Dobrze, że sobie o mnie przypomniałeś! Mądry kotek.

Koty z natury nie płaczą, lecz w tym momencie zrozumiałem, jak to jest, kiedy chce się płakać.

A co miałem zrobić? Przypomniałem sobie o tobie, bo nie miałem innego wyjścia. Pomyślałem, że tylko ty możesz mi pomóc.

Wymyślisz coś, prawda? Ja już nie daję rady. Ten ból mnie przerasta. Poza tym boję się. Co ze mną będzie?

? Nie martw się. Wszystko będzie w porządku.

Mężczyzna włożył mnie do pudełka wysłanego miękkim ręcznikiem i zapakował do samochodu.

Gabinet weterynarza, gdzie następnie się udaliśmy, jest najgorszym miejscem na ziemi, jakie widziałem, więc pozwólcie, że daruję sobie szczegółowy opis. Chyba każde zwierzę ma podobne odczucia. Jedna wizyta u weterynarza wystarcza, żeby znienawidzić to miejsce na całe życie. Nie będę was zamęczał kocią martyrologią.

Do czasu zagojenia rany miałem pozostać w mieszkaniu mężczyzny. Mój znajomy mieszkał sam, zajmował niewielki pokój, kuweta stała w przedsionku łazienki, a miseczka na karmę i wodę ? w kuchni.

Jak już wiecie, jestem mądrym i grzecznym kotem, toteż natychmiast zrozumiałem, do czego służy kuweta, i nie miałem ani jednej wpadki. Nie ostrzyłem pazurów o ściany i drewniane elementy konstrukcji domu. Te miejsca objęte były całkowitym zakazem. Jeśli chodzi o meble i dywan, reguły nie były tak ostre. Mężczyzna wprawdzie patrzył na mnie smutno, kiedy oddawałem się tej czynności na dywanie i meblach, ale jego wzrok nie wyrażał totalnej dezaprobaty. Umiem odróżnić „nie” od „absolutnego nie”.

Minęły jakieś dwa miesiące, zanim kość się zrosła i można było usunąć szwy. W ciągu tego czasu poznałem imię mężczyzny. Nazywał się Satoru Miyawaki.

Satoru cały czas zwracał się do mnie: „Kot”, „Pan Kot” albo po prostu mówił mi na ty, zależnie od sytuacji. No cóż, nie miałem imienia, więc było to naturalne.

Nawet gdybym miał imię, nie byłbym w stanie zakomunikować tego mężczyźnie. Ludzie nie są tak doskonali jak koty, rozumieją jedynie własny, ludzki język. Zwierzęta są wielojęzyczne.

Za każdym razem, kiedy pokazywałem Satoru, że chcę wyjść z mieszkania, on spuszczał wzrok i z powagą tłumaczył mi sytuację:

? Jak wyjdziesz, to już pewnie nie wrócisz. Poczekaj, aż wyzdrowiejesz. W przeciwnym razie będziesz chodził z tą nitką w nodze do końca życia.

Jeśli trochę zagryzałem zęby, mogłem już chodzić, więc nie widziałem nic strasznego w tym, że nić będzie tkwiła w mojej nodze, ale Satoru robił tak zmartwioną minę, że nie umiałem się sprzeciwić. No dobra, poczekam jeszcze z wyjściem na spacer.

Wkrótce nadszedł dzień, gdy rana zagoiła się zupełnie.

Stanąłem przed drzwiami wyjściowymi i jak zwykle miauknąłem z przejęciem: Wypuść mnie! Dziękuję ci za wszystko, co dla mnie zrobiłeś, ale na mnie już pora. Zrobię dla ciebie wyjątek. Możesz już nie przynosić podarunków. I bez nich pozwolę ci się głaskać tam, na masce srebrnego vana.

Tym razem twarz Satoru nie była zmartwiona, lecz smutna. Jak wtedy, gdy drapałem meble albo dywan. „Wolałbym nie, ale skoro musisz?” ? taki miała wyraz.

? A więc wybierasz wolność?

Oj, nie rób takiej płaczliwej miny. Przez ciebie mnie też będzie smutno odejść.

? A może byś został?

Zamurowało mnie. Jestem rodowitym dachowcem. Pomysł, żeby zostać czyimś kotem, w ogóle nie zaświtał w mojej głowie.

Kiedy byłem ranny, to wiadomo, korzystałem z uprzejmości i opieki, ale teraz byłem zdrowy i zamierzałem wrócić do mojego bezdomnego życia. Zamierzałem? To złe wyrażenie. Uważałem, że muszę.

Skoro muszę, to lepiej odejść natychmiast. Nie powinienem się dłużej naprzykrzać. Koty lubią trzymać fason.

Satoru, jeśli chciałeś mnie przyjąć pod swój dach na zawsze, to trzeba było mówić od razu!

Przecisnąłem się między nogami mężczyzny i wybiegłem przez otwarte drzwi na zewnątrz. Po kilku krokach zatrzymałem się, odwróciłem głowę i zawołałem: Miau! Chodźmy!

Jak na człowieka Satoru nieźle rozumiał mój język. Po chwili wahania poszedł za mną.

Była jasna, księżycowa noc, miasto pogrążone we śnie. Na widok przejeżdżającego samochodu włosy na moim ogonie stanęły dęba. Strach przed uderzeniem, od którego łamią się kości, na zawsze pozostał w moim ciele. Satoru przyglądał mi się z uwagą i troską.

Obeszliśmy razem kilka sąsiednich ulic i wróciliśmy pod drzwi mieszkania.

Miau! Otwórz! ? powiedziałem.

Podniosłem wzrok na Satoru. Nieomal rozpłakał się z radości.

? A więc chcesz wracać do mnie?

Tak, otwieraj szybciej.

? Chcesz być moim kotem?

Tak, ale czasem będziemy chodzić razem na spacery.

W ten sposób zostałem kotem Satoru.

? Miałem w dzieciństwie kota. Był podobny do ciebie jak dwie krople wody. Popatrz! ? Satoru wyjął z szafy album.

Niemal wszystkie zdjęcia w albumie przedstawiały pewnego kota. Mogłem się tego spodziewać, mój znajomy miał lekkiego hyzia na punkcie naszego gatunku. To się zdarza.

Swoją drogą osobnik na zdjęciach rzeczywiście był bardzo do mnie podobny. Prawie cały biały, brązowo-czarne plamy tylko na pyszczku i na ogonie. Plamki na czole podniesione do góry jak zdziwione brwi, ogonek bardziej czarny, zakrzywiony na samym końcu.

Mój ogonek też jest zakrzywiony, ale w drugą stronę. Natomiast pyszczki mieliśmy identyczne.

? Nazywał się Hachi, jak ósemka, bo te plamki na czole układają się w kształt hieroglifu „osiem”.

O matko! Co za durne imię! Mam nadzieję, że dla mnie wymyślisz coś oryginalniejszego?

Jeśli powie Kyu, dziewiątka, to pójdę się powiesić!

? Może Nana, siódemka?

No nie! Odejmowania nie przewidziałem! Z zaskoczenia nie mogłem wydobyć głosu.

? Popatrz, haczyk układa się w lewą stronę. Jak popatrzeć z góry, przypomina arabską siódemkę.

Chyba mówił o moim ogonie.

Ale zaraz, zaraz! Nana to bardzo kobiece imię. Ja jestem samcem! Zdecydowanie jestem samcem. Nie wziąłbyś tego pod uwagę?

? No jak? Podoba ci się? Moim zdaniem może być. Siedem to szczęśliwa liczba.

Nieeeu!

Niestety moje miauknięcie przyjął za dobrą monetę. Zmrużył oczy i podrapał mnie pod brodą.

Nie! To imię jest okropne! Ale co to? Z mojego gardła bezwiednie wydobyło się głośne mruczenie.

? Widzę, że ci się podoba.

I koniec. Zostałem ochrzczony. Nie miałem szans, żeby to sprostować. Satoru jeszcze długo drapał mnie pod brodą.

? Musimy się przeprowadzić.

Tu, gdzie mieszkaliśmy, nie wolno było trzymać zwierząt. Właściciel apartamentowca zgodził się na moją obecność tylko do czasu wyleczenia rany. Satoru znalazł inne mieszkanie w tej samej dzielnicy. Może nie powinienem tego mówić, ale żeby się przeprowadzać z powodu kota? Satoru miał na punkcie kotów niezłego fioła.

W ten sposób zaczęło się nasze wspólne życie. Mój współlokator spisywał się znakomicie, mnie też chyba nie mógł nic zarzucić.

Naprawdę dobrze nam się razem mieszkało. Te pięć lat.

*

Ja w moim kocim życiu osiągnąłem wiek największej sprawności, Satoru właśnie przekroczył trzydziestkę.

? Nana, przepraszam cię ? powiedział Satoru skruszonym głosem. Głaskał mnie we wszystkie strony, jakby chciał wygłaskać przebaczenie.

Nic się nie stało.

? Naprawdę, strasznie mi przykro?

Nie musisz kończyć, Satoru. Jestem domyślnym kotem.

? Nie sądziłem, że będziemy musieli się rozstać. Tak to w życiu jest. Nie wszystko układa się po naszej myśli.

Skoro Satoru nie może mnie już dłużej trzymać, po prostu wrócę do życia sprzed pięciu lat. Jeśli pomyślę, że mogłem trafić z powrotem na ulicę zaraz po wyleczeniu łapy, to przecież pięć lat wygodnego życia spadło mi jak z nieba. Mam małą przerwę, ale szybko to nadrobię. Nawet jutro mogę wrócić na ulicę.

Niczego nie straciłem. Przeciwnie, zyskałem imię i pięć lat życia z Satoru. Jak przystało na kota, zwykle przyjmuję zrządzenia losu ze stoickim spokojem, nie starając się niczego zmienić.

No, może z wyjątkiem tego zrządzenia, jakim było złamanie nogi. Wtedy poprosiłem o pomoc Satoru.

? Chodź, Nana, idziemy!

Wszedłem do podróżnej klatki. Byłem grzecznym kotem, wchodziłem spokojnie do klatki nawet wtedy, gdy mężczyzna wiózł mnie do weterynarza, a to przecież przeklęte miejsce.

I tak po pięciu latach wzorowy współlokator zamienił się w idealnego towarzysza podróży.

Satoru podniósł klatkę i zaniósł mnie do srebrnego vana.

RAPORT ? 01
KOSUKE

„Dawno nie pisałem”.

To początek maila.

Nadawca: Satoru Miyawaki. Przyjaciel z dzieciństwa, który wyprowadził się do innego miasta jeszcze w czasach podstawówki. Przeprowadzał się później jeszcze wielokrotnie, lecz nigdy nie zerwaliśmy kontaktu. Nadzwyczaj długotrwała znajomość, bo obaj jesteśmy już po trzydziestce. Zdarza się, że nie widujemy się kilka lat, ale przy kolejnym spotkaniu nie ma to żadnego znaczenia. Rozmowa toczy się tak, jakbyśmy rozstali się wczoraj.

„Przepraszam, że tak nagle zwracam się z taką prośbą, ale czy mógłbyś adoptować mojego kota?”

Dalej pisze, że bardzo kocha kota, jednak zaistniała pewna sytuacja, w związku z którą nie może się już opiekować kotem i szuka dla niego nowego domu.

Na temat samej „pewnej sytuacji” nie ma w liście ani słowa. Jeśli mogę pomóc, Satoru przywiezie kota przy najbliższej okazji, aby mi go pokazać.

Do maila załączone były dwa zdjęcia. Na widok plamek na czole kota omal nie spadłem z krzesła.

? Wykapany Hachi!

Kot na zdjęciu kropka w kropkę przypominał tego, którego znaleźliśmy kiedyś, dawno temu.

Przejechałem myszką na kolejne zdjęcie. Podniesiony zakręcony ogonek. Haczyk w kształcie siódemki.

Takim haczykiem kot zagarnia szczęście i sprowadza je do domu ? ktoś tak powiedział, ale kto? Ach, to słowa żony, która wyjechała do rodziców. Nie powiedziała, kiedy wróci.

Być może wcale nie wróci. Już chyba pora, żeby to sobie uświadomić.

Gdyby taki kotek kręcił się po domu izagarniał ogonkiem małe szczęśliwe chwile, może wówczas dałoby się żyć tu beztrosko nawet bez dzieci?

Mogę wziąć kota ? pomyślałem. Jest piękny, podobny do Hachiego. No i ten przynoszący szczęście haczyk na ogonie. Poza tym chętnie spotkałbym się z Satoru.

„Przyjaciel pyta, czy nie przyjęlibyśmy jego kota” ? napisałem do żony. Odpowiedziała tylko: „Rób, co chcesz”. Nie ściągnę jej z powrotem do domu za pomocą kota, ale ta sprawa musiała wzbudzić jej zainteresowanie, bo dotychczas w ogóle nie odpisywała na moje maile.

Z drugiej strony gdyby kot przyjaciela był już u mnie w domu, kto wie, może żona przyjechałaby zobaczyć zwierzę? To mogłaby być dobra pułapka. Ona lubi koty. Gdybym jeszcze udawał, że nie umiem zająć się swoim podopiecznym, żona może zapomniałaby o zwadzie i ze względu na kota zamieszkałaby tu z powrotem?

Ale co ojciec na to powie? On nienawidzi zwierząt! Tylko czemu ja się tym przejmuję? To mój dom, co mnie obchodzi reakcja ojca?

No właśnie. Nie dziwię się żonie. Nie mogła na mnie liczyć. Jestem tu gospodarzem, a w moich myślach tym domem ciągle rządzi ojciec.

Bunt wobec apodyktycznego ojca przesądził o sprawie, Kosuke Sawada zgodził się przyjąć kota.

W następnym tygodniu Satoru Miyawaki przyjechał srebrnym vanem, wioząc ze sobą ukochane zwierzę.
(…)
_
Przypisy:
* Pierwsze słowa słynnej japońskiej powieści Natsume Soseki Jestem kotem z początku XX wieku. Wydanie polskie w 2012 roku.

Hiro Arikawa „Kroniki kota podróżnika”
Tłumaczenie: Anna Horikoshi
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 240

Opis: Młody mężczyzna z powodu „zaistniałej sytuacji” szuka nowego domu dla swojego kota. Odwiedza w tym celu przyjaciół w różnych częściach kraju. Realna podróż zamienia się w podróż do świata wspomnień. Opowieść, pełna psychologicznych obserwacji dotyczących zarówno ludzi, jak i zwierząt, jest również historią miłości człowieka i kota. Życie jest podróżą ? zauważa kot ? a każdej podróży towarzyszą pożegnania. Książka wzrusza i przywraca wiarę w miłość. Nie tylko dla właścicieli czworonogów.

fot. Prószyński i S-ka

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek