NoMeansNo zawsze otaczała aura tajemniczości – rozmowa z Jasonem Lambem o biografii zespołu pt. „W drodze znikąd donikąd”

17 lutego 2024

Zakończenie działalności przez NoMeansNo w 2016 roku położyło kres wyjątkowej historii. Przez ponad 35 lat kanadyjski zespół nieustannie poszukiwał, przełamywał schematy, hodował zgoła progresywno-jazzowe formy na żyznej ściółce hardcore punka. Kultowy status formacji nie podlega dyskusji, co potwierdza również odbiór książki „W drodze znikąd donikąd”, której polska edycja ukazała się praktycznie równolegle z oryginalną. O kulisach powstawania tego obszernego opracowania rozmawialiśmy z jego autorem, Jasonem Lambem.

Sebastian Rerak: Twój pierwszy raz z NoMeansNo – jak, gdzie, kiedy i czy od razu byłeś trafiony-zatopiony?

Jason Lamb: To był rok 1986, a więc miałem piętnaście lat, kiedy ktoś puścił mi mixtape z utworem „Dad”. Słuchałem już wtedy Dead Kennedys i Dayglo Abortions, zapragnąłem też dowiedzieć się czegoś więcej o NoMeansNo. Tak się składa, że jestem z Victorii w Kolumbii Brytyjskiej, więc nietrudno było mi zobaczyć zespół na żywo. Wprawdzie wspomnienie pierwszego koncertu przesłania mi nieco mgła, ale na pewno byłem zachwycony. Nie mogłem uwierzyć, że ci goście, wyglądający dość staro, pochodzą z mojego miasta i grają taką muzykę! Kilka dni później kupiłem album „Small Parts Isolated and Destroyed” i od tamtego czasu byłem już zdeklarowanym fanem. Oglądałem NoMeansNo na żywo ilekroć miałem okazję.

Mówisz z niekłamaną dumą o tym, że NoMeansNo pochodzi z twojego rodzinnego miasta. To coś, co zauważam u Kanadyjczyków – naprawdę doceniają lokalne zespoły.

Tak, ponieważ historycznie byliśmy zawsze pod wpływem kultury brytyjskiej, a potem także kultury naszego południowego sąsiada. Ilekroć w Kanadzie pojawiały się grupy mogące rywalizować z tymi z USA, to wspieranie ich stawało się dla nas wielką sprawą. Bycie Kanadyjczykiem oznacza dziwne połączenie praktycznego braku tożsamości z lokalną dumą. (śmiech) W każdym razie w Victorii NoMeansNo zawsze cieszyło się wielką popularnością, ale dopiero we wczesnych latach 90. zrozumieliśmy, że zespół jest sławny na całym świecie.

Członkowie NoMeansNo zawsze unikali rozgłosu i autocelebracji. Nie mieli żadnych zastrzeżeń wobec pomysłu na książkę o historii grupy?

Nie, i chyba wiem dlaczego. W 2016 roku NoMeansNo zakończyło działalność, zresztą po kilkuletnim okresie sporadycznego koncertowania. Jakieś trzy lata później wpadłem na pomysł napisania książki. Rozmawiałem z ludźmi z otoczenia grupy, m.in. wieloletnim współpracownikiem Scottem Hendersonem oraz Melanie Kaye, która zajmowała się kontaktem z mediami. Za ich pośrednictwem przekazałem swój pomysł braciom Wright. Nie nastawiałem się na nic, ale w marcu 2020 roku, dosłownie na trzy dni przed lockdownem, otrzymałem maila od Johna, który stwierdził, że jest zainteresowany. Zgoda i udział członków NoMeansNo były niezbędne, ponieważ: a) szanuję ich, b) wiedziałem, że bez ich wsparcia nikt inny nie będzie ze mną rozmawiał, bo ich przyjaciele są bardzo lojalni. Mając zielone światło mogłem jednak powiedzieć sobie: „No dobra, jedziemy z koksem!”. (śmiech) I tak zaczęła się długa i żmudna robota. Zacząłem od rozmów z Johnem, Robem, Tomem oraz członkami rodziny Wright. Andy’ego trochę się obawiałem, ale napisałem do niego na Facebooku i też się zgodził. Sądzę, że minęło wystarczająco dużo czasu od zaprzestania działalności grupy, że wszyscy oni stali się bardziej nostalgiczni i skłonni do wspomnień.

Mówisz o długiej i żmudnej robocie. Podobno byłeś tak pochłonięty książką, że twoje własne życie trafiało czasem na boczny tor?

O tak! (śmiech) Jestem typem gościa, który wręcz obsesyjnie poświęca się swoim projektom, a ten był największym w moim życiu. Pracuję w radiu, prowadzę program poranny, więc reszta dnia zostawała dla mnie. Kiedy ta kula śnieżna ruszyła, każdego dnia poświęcałem kilka godzin na przeprowadzanie i spisywanie wywiadów. Mam to szczęście, że w weekendy miałem do swojej dyspozycji studio radiowe, dzięki czemu nagrywałem rozmowy w profesjonalnych warunkach. W międzyczasie wymieniałem maile z ludźmi przysyłającymi mi archiwalne zdjęcia, plakaty itp. Kiedy jest się poniekąd tak zagrzebanym w przeszłości, łatwo zapomnieć o teraźniejszości. Wkładałem w książkę cały swój wolny czas i energię. Bywały momenty, że myślałem tylko o NoMeansNo, a wtedy wiedziałem, że muszę odpocząć.

Przeprowadziłeś blisko pięćset wywiadów, co jest niebywałą liczbą! Czułeś, że każdy twój rozmówca ma do opowiedzenia jakąś historię?

Mógłbym oczywiście rozmawiać z samym zespołem, ale dookoła niego było tylu ludzi – menedżerów, dźwiękowców, przyjaciół z dzieciństwa i ze szkoły… Nie wszyscy mogli trafić do książki, ale chciałem poznać perspektywę jak największej liczby osób. NoMeansNo istniało w końcu 35 lat i odwiedziło wiele krajów. Często któryś z rozmówców mówił mi, że powinienem pogadać z tym lub tamtym, co prowadziło do kolejnych wywiadów. Ale chciałem poznać historię formacji w pełni i opisać całą – jak mniemam – prawdę. Wszystko albo nic – takie miałem podejście.

Ta polifoniczna narracja okazuje się o tyle cenna, że pomaga ukazać różne oblicza grupy. A NoMeansNo było jednocześnie intelektualne, zbuntowane, artystyczne i żartobliwe.

Zdecydowanie tak! Poza tym dzięki niej poznajemy ciekawe historie, jak na przykład tę o vanie skradzionym w Polsce czy inne opowieści z trasy lub życia osobistego. Czasem usłyszałem jakąś anegdotę i chciałem, aby ktoś inny przedstawił mi ją z własnej perspektywy. Bywało, że osobiste relacje zaprzeczały sobie nawzajem, ale to zrozumiałe, pamięć jest zawodna.

Atutem „W drodze znikąd donikąd” jest też potężna ilość materiału wizualnego, w tym wiele nieznanych szerzej zdjęć. To książka nie tylko do czytania, ale i oglądania.

Moją intencją od początku było stworzenie książki bogatej zarówno merytorycznie, jak i wizualnie. W toku pracy odkrywałem wiele materiałów, zdjęć, plakatów, a także zinów z całego świata, którym NoMeansNo udzielało wywiadów. Bo chociaż zespół pozostawał zawsze poniżej radarów mainstreamu, nie unikał bynajmniej promocji. Przejawem tej ostatniej były chociażby bardzo liczne wzory koszulek, które wypuścił. Ogólnie NoMeansNo przejawiało osobliwą dynamikę – w pewnym sensie chciało osiągnąć sukces, ale na własnych warunkach. Często muzycy odrzucali intratne propozycje, w których widzieli ryzyko „sprzedania się”. Z perspektywy czasu uważam jednak, że mogli zdobyć znacznie większą popularność bez popełniania kompromisów. Ich postawa wynikała nie tylko z etosu punka i DIY, ale też z braku zorganizowania, a nawet lenistwa. (śmiech)

Przeoczyli pewne szanse?

Tak uważam. Przykładowo mogli wystąpić na pierwszej edycji festiwalu Lollapalooza, co byłoby ogromną promocją. Niewykluczone, że osiągnęliby podobny poziom popularności, co Primus czy inni wykonawcy obecni w mainstreamie, którzy grali trudną muzykę. Z drugiej strony uwielbienie, jakim się cieszą w dużej mierze wynika z tego, że NoMeansNo zawsze otaczała aura tajemniczości. Jeśli go słuchasz, to tak jakbyś należał do sekretnego klubu. Ludzie tacy jak Dave Grohl, członkowie Green Day czy Ian MacKaye, jak również aktorzy, komicy, pisarze i jazzmani szanują NoMeansNo, ponieważ ten zespół reprezentuje coś, do czego sami chcieliby aspirować. Taki Grohl pewnie jest szczęśliwy ze swoimi pieniędzmi i sławą, ale nie może wyjść do kawiarni bez zaczepek ze strony fanów. Tymczasem NoMeansNo pozostaje relatywnie nieznane szerokiej publiczności, jednocześnie ciesząc się ogromną estymą wśród wtajemniczonych.

Czy wybór formuły oral history nie był aby związany z twoimi obawami przed pisaniem? Przed wydaniem „W drodze…” właściwie się tym nie zajmowałeś.

Twoje przypuszczenie jest absolutnie słuszne. (śmiech) Od osiemnastu lat pracuję w radiu, z czego od dwunastu lat prowadzę punkową audycję – nie chwaląc się, jestem niezły w przeprowadzaniu wywiadów. Jednocześnie jednak nie napisałem nigdy niczego dłuższego niż obszerny e-mail. (śmiech) Uznałem, że nie będę porywał się na autorską narrację i pozwolę innym opowiedzieć historię. Tak też się stało i mam nadzieję, że czytelnikom się to podoba. W tym miejscu wielkie ukłony dla Paula Prescotta, który udzielił mi nieocenionej pomocy, poświęcając setki godzin na redakcję i chronologiczne ułożenie wywiadów.’

Jason Lamb i Rob Wright z NoMeansNo.

Ogólnie trajektoria twojej kariery jest dość niezwykła. Przed pracą w radiu długo zajmowałeś się stand-upem.

I od niedawna wracam do niego! (śmiech) Faktycznie wszystko potoczyło się dla mnie w dosyć dziwny sposób. Zacząłem występować jako komik w 1998 roku w Vancouverze. Nigdy nie zdobyłem sławy, ale zaliczyłem kilka tras po klubach i otwierałem występy znanych ludzi. Nie wszedłem na wyższy poziom, bo po pierwsze stand-up był dla mnie dość stresujący, a po drugie – lenistwo wstrzymywało mnie od pisania nowego materiału. (śmiech) Utrzymywałem się wtedy z pracy w restauracji, ale w momencie, gdy wiedziałem już, że nie zostanę zawodowym komikiem, skonstatowałem, że nie chcę podawać ludziom posiłków w wieku pięćdziesięciu lat. Wróciłem więc na studia i wybrałem dziennikarstwo radiowe, bo wydało mi się interesujące. Wkrótce potem zostałem reporterem małej rozgłośni, a następnie wróciłem do Victorii i dzięki łutowi szczęścia dostałem robotę w lokalnej stacji. Jestem współprowadzącym poranne pasmo – przypadła mi rola „tego zabawnego”, więc mogę wygłupiać się codziennie w eterze. Sporadycznie występuję jeszcze jako stand-uper, ale bez ciśnienia na karierę. Komedia, radio i wywiady dały mi pewne umiejętności oraz pewność siebie pomocne w napisaniu książki.

Ciekawi mnie zwłaszcza na ile przydatny w pisaniu okazał się zmysł komedii. W końcu NoMeansNo zawsze przejawiało specyficzne poczucie humoru.

Cieszę się, że o tym mówisz! To prawda, poza świetną muzyką pokochałem NoMeansNo za skłonność do czarnego humoru. Tom Holliston i John Wright potrafią być niesamowicie zabawni, nie mówiąc już o ich dźwiękowcu Craigu Bougie. Chciałem, aby i ten aspekt ich osobowości został zauważony. Co ciekawe, podczas pracy nad książką odkryłem, że członkowie zespołu są – podobnie jak ja – wielkimi fanami Monty Pythona i Steve’a Martina. Niewątpliwie humor od zawsze był obecny w ich muzyce.

Po tym, jak „W drodze…” ukazało się w Polsce, często widzę, jak ktoś chwali się książką, pokazuje ją w mediach społecznościowych. Ludzie tutaj naprawdę na nią czekali.

Jestem bardzo aktywny w internecie i nigdy nie ukrywałem przed nikim, że piszę o NoMeansNo. Przeciwnie – informowałem o swojej pracy na bieżąco i zachęcałem ludzi do pisania do mnie. Obawiałem się, że mogę kogoś wkurzyć, bo uzna, że zaburzam aurę tajemniczości wokół grupy, ale tak się nie stało. Wygląda na to, że istotnie fani NoMeansNo chcieli przeczytać historię zespołu.

Tak pozytywny odbiór „W drodze…” zachęca cię do pracy nad kolejną książką?

Ooo, dobre pytanie. (śmiech) Przez najbliższe kilkanaście miesięcy będę zajęty promocją „W drodze…”. Czeka mnie sporo podróży, choć stosunkowo niewiele jeszcze jest potwierdzone. A ponieważ mam stałą pracę, muszę się trochę nagimnastykować, żeby zgrać wszystkie terminy. Kolejny projekt oznacza znów masę pracy, ale myślę nad nim. Na razie niczego nie zdradzę, żeby nie zapeszyć, ale przyznaję, że napisanie „W drodze…” ośmieliło mnie, bo okazało się bardzo gratyfikującym doświadczeniem. Może napiszę coś o punku w Victorii… lub coś zupełnie niezwiązanego z muzyką.

Albo coś o punku i komedii?

Tak, to świetny trop! Mam trochę pomysłów i czuję, że świat stoi przede mną otworem, aczkolwiek… starzeję się. (śmiech) W każdym razie czas pokaże.

Jakiś czas temu zamieściłeś na Facebooku taką oto poradę: „Jeśli wydobędziesz głowę z dupy i przestaniesz być fiutem, życie stanie się lepsze. To udowodnione”. Udowodnione własnym przykładem?

Może trochę. (śmiech) Ten post był inspirowany kilkoma piwkami i wiem, że brzmi trochę hipisiarsko, ale ostatni rok sprawił, że doszedłem do takich wniosków. Zakończyłem swoje dogorywające od dawna małżeństwo, odciąłem się od toksycznych ludzi, nawiązałem nowe przyjaźnie… Jestem szczęśliwy jak nigdy wcześniej. Może uznasz, że staram się być jak jakiś pieprzony John Lennon, niemniej uważam po prostu, że szczęście jest naturalną konsekwencją bycia otwartym i milszym dla innych. W świecie po covidzie, w obliczu kolejnych wojen i z przeszło pięćdziesiątką na karku widzę świat w szerszej perspektywie. Tak, trzeba wyjąć głowę z dupy. Życie jest tego warte.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. archiwum Jasona Lamba

Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady