banner ad

Burzliwe losy bohemy wiedeńskiej. Przeczytaj fragment „Influenza magna. U progu wieczności” Bogusława Chraboty

1 czerwca 2021

Na księgarskie półki 2 czerwca trafia najnowsza książka Bogusława Chraboty, redaktora naczelnego dziennika „Rzeczpospolita”. „Influenza magna. U progu wieczności” to literacka opowieść o burzliwych losach bohemy wiedeńskiej – Schielego, Klimta, Freuda, Trackla – osadzona w realiach I wojny światowej, w świecie targanym przez pandemię hiszpanki. Poniżej możecie przeczytać trzy fragmenty książki.

Późny wieczór w Berlinie. Wokół gazowych latarń całe roje nocnych motyli. Spojrzała przez okno. Było ciemno, ale do „Der Sturm” Potsdamer Straße 134A było ledwie kilka kroków. Egon wyszedł wcześniej. Trochę ją to zdziwiło. „Czyżby się wstydził kochanki? Czyżby się rozmyślił?” Wczesnym rankiem przeglądała przedwojenny prospekt linii transoceanicznej z Bremy do Nowego Yorku. „Póki trwa wojna, wyjazd jest niemożliwy, ale przecież konflikt za chwilę się skończy. Wszyscy o tym mówią. Jeśli sprzedadzą wiersze Trakla i obrazki Schielego, z pewnością wystarczy pieniędzy na bilety dla obojga. Zaokrętują się w Bremen, a potem już tylko długi rejs, krzyk mew, zapach morza. Jak pachnie morze? Nie miała pojęcia. To jakiś rodzaj kalectwa, że nie zna się zapachu morza. Całe życie przy fortepianie. Ten obsesyjny kod pianisty: biały i czarny, czarny i dwa białe, lewa ręka, prawa ręka, potem znów biały i czarny. I rzut oka na partyturę. Biały i czarny, czarny i biały, lewa ręka i prawa, do urzygania. Czy siądzie jeszcze kiedyś do fortepianu?” Nie miała pojęcia. Nerwowo przebierała dłonią po blacie stołu. „Kiedy wypłyną w podróż? Byle szybko, może nawet jutro. Właściwie czemu nie. Do Anglii, a potem dalej. Ach, przecież, jest wojna. Nie można płynąć do Anglii. No i dziecko. Dziecko jest najważniejsze. Ma już dobrych dziesięć dni. Czuje je pod sercem. Tak, to dziecko da jej życiu kompletnie nowy wymiar. Będzie matką. Przytuli dziecko do snu, zaśpiewa mu alzacką piosenkę, jak jej śpiewała Madame. A potem, kiedy dziecko będzie już odpowiednio duże, posadzi je przed fortepianem i powie: oto twój cały świat, bez Langenów, Bushbecków i innych. Chwila, gdzie jest Schiele? Czemu ją opuścił? Zostawił ja i dziecko. Pewnie chce uciec do tej swojej brzydkiej Edith. Czyżby rzeczywiście chciał ja zostawić? Dlaczego ? Skąd ta decyzja? A jednak zdrajca? Bydle nie mniejsze do Langena”.

Wpadała w panikę. Próbowała się uspokoić. Była już ubrana. Ciemna sukienka, skromnie przyczesane włosy. Na usta nałożył szminkę. Na rozgorączkowane policzki nałożyła cienką warstwę pudru.

„Gdzie są te jego rysunki?” – pomyślała o cennych szkicach Schielego. Podeszła do stolika, przy którym zwykle malował. „Są, kilka plików, niektóre uporządkowane, inne porozrzucane”. Wzięła do ręki jeden z rysunków. Skromny szkic. Naga, leżąca na plecach kobieta. Tak, to ona. Te same ramiona, ta sama twarz. Rozlane dziewicze piersi. Prawa ręka na podłodze. Lewe biodro lekko uniesione. Kiedy ja taką zobaczył? W którym momencie. Ujmująca jest prostota rysunku. Oszczędna, ale pewna kreska. Wyraźnie zaznaczony nos, usta, rzęsy. Tak to ona. Ale zaraz, na prawym obojczyku leżącej jakiś napis. Cóż to jest?”.

Obróciła obrazek. Spojrzała uważniej i omal się nie wywróciła. Na wysokości prawego obojczyka leżącej kobiety Schiele napisał „Edith”!!! A więc to nie ona, tylko żona!!! O co w tym wszystkim chodzi? Przecież żony już nie ma, pożegnał ją przed wyjazdem do Ameryki. Jakieś szaleństwo. Skąd na jej rysunku imię Edith?

Wzburzona włożyła płaszcz, kapelusz, chwyciła stojący przy drzwiach parasol, wyszła z mieszkania i podreptała w kierunku „Der Sturm”.

W bramie czekał jakiś mężczyzna. To Wiegemann?

– Pani Greta?

– Tak – odpowiedziała.

– To ja Wiegemann, jesteśmy umówieni – kiedy się do niej zbliżył, poczuła odstręczający smród papierowego dymu. Odkaszlnęła zdenerwowana.

Zaproponował, by weszli do środka. Nie zgodziła się.

– Proszę oddać pieniądze.

– Jakie pieniądze. Pani chyba się myli… mam teksty pani brata.

– Najpierw pieniądze.

– Nie mam żadnych pieniędzy.

– Kłamiesz draniu. Ukradłeś wiersze i pieniądze. Sam ci je dał.

– To było trzy lata temu. Nie dał mi żadnych pieniędzy…

– Zabiłeś go sukinsynie. Otrułeś kokainą dla pieniędzy. Oddawaj pieniądze, albo wezwę żandarmów.

Wyciągnął w jej kierunku jakąś teczkę. Chwyciła ją i przycisnęła do piersi. W środku pewnie są pieniądze – pomyślała.

Nagle otwarły się drzwi galerii. Stanął w nich Egon Schiele. Zobaczył ją stojącą z Wiegemannem. Widać było, ze próbuje trzymać nerwy na wodzy.

– Grete, choć już do nas, czekamy. Franz, dołącz do nas.

– Nigdzie nie pójdę, jesteście bandą sukinsynów. Ty też mnie okradłeś.

Schiele zamknął drzwi, wyszedł na zewnątrz i stanął przy nich obojgu.

– Obaj mnie wykorzystaliście – zaczęła krzyczeć coraz głośniej. – Ten tu zabił dla pieniędzy mojego brata, a ty zdradziłeś mnie z Edith.

Greta krzyczała histerycznie. Egon próbował ją uciszyć. Coś do niej mówił, ale on nie przerywała. W końcu zasłonił jej dłonią twarz. Zaczęła się wyrywać. Chciała uciec, oderwać się od nich obu, umknąć w bezpieczną czerń nocy. Schiele chwycił ją za rękaw, ale miał kłopoty z jej utrzymaniem. Wyrywała się z coraz większą siłą. Wiegemann chciał pomóc Egonowi, więc złapał jej ramię, ale odepchnęła go tak mocno, że upadł. Schiele szarpał się jeszcze przez chwilę, a kiedy wiedział, że jej nie utrzyma, wyciągnął z marynarki rewolwer. Zasłoniła się, a potem natarła na niego z całej siły.

– Puszczaj mnie.

Jeszcze raz przyciągnął ja do siebie. I wtedy padł strzał. Echo odbiło się ogłuszającym hukiem w bramie. Usłyszała tylko szum skrzydeł odlatujących gołębi, a ostatnim obrazem, jaki zaszklił się i pozostał na zawsze w jej oczach był widok wielkiej fali czerwonego wodospadu, który zalewa świat bulgocącą posoką. Upadła na bruk. Z jej otwartej czaszki z szumem ciekła krew. Schiele rzucił rewolwer, podbiegł do drzwi i wszedł do pomieszczeń galerii. Wiegemann nieświadom tego, co się wydarzyło, podniósł się pobiegł w głąb podwórza. Wokół stygnącego ciała Grety zaczęli sięzbierać ludzie. Ktoś coś krzyczał o morderstwie. Ktoś wzywał policję. Greta leżała zaś pośród gęstniejącego tłumu jak zepsuta szmaciana lalka.

(…)

„Jestem szczęśliwy”, mówił do Wally i pisał do przyjaciół. „Mam swoje miejsce na ziemi. Krumlow będzie dla mnie jak Arles dla van Gogha. Powstanie tu sztuka, która odmieni świat” – obiecywał sobie wieczorami. A w ciągu dnia, szukając natchnienia paradował po rynku w zapożyczonym od Klimta umundurowaniu malarza, białej tunice z długimi rękawami, lub przesiadywał w Café Fink u zbiegu Latranu i Piwowarskiej. Czasem otoczony gromadą dzieciaków wrzeszczących za nim „Pan Bóg malarz”, czasem kłócący się z kwiaciarkami sprzedającymi naręcza bzu, który rozsypywał pod stopami zachwyconej Krumlowem Wally. Krajobrazy miejskie zachwyciły go, skłoniły do namalowania kilku większych formatów, ale szybko znudziły. Zainteresował się goniącymi po krumlowskich zaułkach dziećmi. W pochmurne dni zapraszał je do atelier, w słoneczne, malował w ogrodzie nad Wełtawą. Malował zwykle popołudniu, przy gęstszym świetle. Wally pozowała mu zwykle w pracowni, zanim kładli się spać, niekiedy pijani do nieprzytomności miłością, winem i wiosną. Wychodziła zwykle nad ranem, by kupić świeże pieczywo i nieco mleka. A potem wracała, by zrobić śniadanie. Łamał niestety w ten sposób obietnicę złożoną burmistrzowi, że będzie się prowadzić przyzwoicie i nie będzie gorszyć mieszkańców miasteczka, ale władze miejskie dyskretnie tego nie zauważały. Inaczej było z młodocianymi modelami i modelkami. Dopóki byli to chłopcy, sprawa nie budziła specjalnych kontrowersji, ale kiedy odwiedzający pewnego dnia atelier burmistrz zobaczył na sztalugach niemal ukończoną „Dziewczynkę w żółtym ręczniku”, zabiedzoną, bezpierśną dziesięciolatkę o poszarzałej twarzy i z zaróżowionym, nagim wzgórkiem łonowym, aż zatrząsł się z oburzenia.

– Panie Schiele, to jest obrzydliwe, to się nie godzi – krzyczał jak oparzony ojciec miasta.

– Ale to przecież tylko dziecko – tłumaczył się idiotycznie Schiele.

– Właśnie dlatego, że to jest dziecko…

– Nie rozumiem.

– Jest pan zboczony… Jest pan sodomitą. Ostrzegano mnie.

– Panie burmistrzu, to tylko obraz. Ona wygląda jak madonna w tej strudze złotych włosów…

– Proszę mi nie opowiadać. Nic nie opowiadać. I nie bluźnić… Madonna. Jak madonna? Proszę nie bluźnić. Muszę to zgłosić policmajstrowi…

– Pan żartuje.

Niestety burmistrz nie żartował, ale też Egon nie wyciągnął żadnych wniosków z tej wizyty. Następnego dnia było piękne słońce. Roznegliżowana, szczęśliwa Wally parzyła kawę, a Schiele pieczołowicie układał nagie, młodociane modelki w najbardziej rozświetlonym zakątku swojego ogródka. Właśnie ustawiał sztalugi, kiedy usłyszał przeraźliwy krzyk, a potem tupot kilku stóp po wybrukowanych uliczka tuż obok atelier.

„Szatan, szatan…” – krzyczał ktoś przez chwilę, a potem głos zniknął w zwykłym szumie miasta. Nie minęła jednak godzina, kiedy do pracowni zapukali żandarmi. Spytali o tożsamość gospodarza, a potem brutalnie odsunęli malarza i zeszli po schodach od ogrodu, w którym na zielonej trawie wypinały nagie torsy dwie nieletnie modelki Schielego, córki porządnych obywateli miasteczka.

Żandarmi kazali im się ubrać, rysunki skonfiskowali, a samego Schielego wzięli pod pachy i zaprowadzili do magistratu. Tym razem czekał na niego nie sam burmistrz, a kilkanaście wygrażających mu pięściami osób. Ledwie rozumiał, co mówili, a raczej wrzeszczeli mieszkańcy Krumlowa. Był wciąż oszołomiony tym nagłym najściem i wleczeniem go przez miasto. W końcu burmistrz wziął go na stronę i brutalnie wyjaśnił, że w porządnych czeskich miastach, jak Krumlow, nie tylko sypia się z żonami, a nie kochankami, ale w żadnym, nawet najmniejszym stopniu nie toleruje się publicznego obnażania ciał niewinnych dzieci.

– Wie pan, co później z tych dziewczynek wyrośnie? – warczał burmistrz – kurwy, zwykłe kurwy…

– Przeszkadza to panu? – bronił się Schiele.

– Mnie osobiście nie, ale mieszkańcom tak!

– To może się pan zdecyduje na coś w końcu?

– Zdecydowałem… O, tak. Wynosić mi się stąd, póki mam cierpliwość – wysyczał jadowicie Egonowi do ucha.

Schiele wybiegł z magistratu blady, a biegnąc przez ulice do atelier widział przyglądające mu się przez szyby okien dziwnie wykrzywione, nieprzychylne twarze mieszkańców Krumlowa.

Szybko się spakowali i objuczeni walizkami, zrolowanym kartonem oraz obrazami poszli na stację kolejową, skąd miała ich zabrać do Wiednia, wielka, stalowa, spocona lokomotywa.

– Nie chcę myśleć o Krumlowie, tak lubię to miasto, ale ludzie nie wiedzą, co czynią – wyszeptał do Wally. Stali już na stacji, kiedy lunął rzęsisty, ale krótki deszcz, po którym nad zamkowym wzgórzem pojawiła się rozłożysta, obłędnie barwna tęcza.

– Może to dobry znak na przyszłość? – zapytała.

– Nie wiem, zresztą wątpię…Cholerna habsburska prowincja.

Był 6 sierpnia 1911 roku.

(…)

Dom przy Berggasse 19, całkiem blisko Hofburga, ale jeszcze bliżej kanału był elegancką kamienicą z naśladującą barok bramą, czterema piętrami i schowaną w podwórzu oficyną. Wiegemann wbiegł lekko po schodach na drugie piętro i zapukał delikatnie w rozłożyste, dębowe drzwi ozdobione tabliczką z nazwiskiem doktora. Sekundę później usłyszał za drzwiami ciche szmeranie, a potem w drzwiach ukazała się służąca, ubrana na granatowo młoda dziewczyna o jasnych włosach, w białym, zdobionym koronkami fartuszku i wydatnymi piersiami. Ależ to obrzydliwie mieszczańskie – pomyślał.

– Pan Schiele?

– Nie, Wiegemann.

– Zaraz przyjdę.

Odwróciła się i poszła w głąb mieszkania. Pewnie coś skonsultować.

– Proszę wejść, tu jest wieszak na płaszcz. Doktor czeka na pana w gabinecie.

Ruszył dziarsko do gabinetu, ale dziewczyna go powstrzymała.

– Laskę też proszę zostawić.

Gwizdnął rozbawiony. Kto jak kto, ale gospodarz mógłby sobie darować takie rygory.

Wszedł do niewielkiego pomieszczenia. Freud siedział przy biurku, jakby w samym centrum przedziwnego wszechświata, który tu stworzył. Takiej masy przedmiotów, rzeźb, masek, obrazów, figurek jeszcze nie widział. Wyróżniały się rzeźby egipskie, figurki kroczących bóstw z czasów Średniego Państwa. Popiersia starożytnych mędrców. Na półkach sporej biblioteki greckie wazy, rzeźby koni, wielbłądów, murzyńskie maski. W szklanych gablotach kolekcje antycznej ceramiki, a wyżej kopia ceremonialnej łodzi Amona – Re prosto pewnie z Luxoru, albo przynajmniej z Port Said. Przyglądał się oszołomiony tej ekspozycji.

– Szuka pan kozetki? Prawda? – zaczął Freud.

– Nie, przyglądam się eksponatom tego muzeum, które pan tu stworzył.

– Doprawdy? Myślałem, że to śmieci… – z przekorną satysfakcją pogłaskał brodę Freud.

– Gratuluję takiego śmietnika.

– Przysłał pana dr Lesser? Czy tak?

– Tak, dr Lesser. Anatomopatolog.

– Tak, znamy się dobrze. Ale miał być Schiele. Coraz głośniej o nim w Wiedniu. Klimt opowiada, że to wyjątkowy talent.

– Przychodzę prosić, by zechciał się nim pan zająć. To mój kuzyn.

– Aha, kuzyn. Ciekawe. Blisko jesteście spokrewnieni?

– Nie całkiem. Ale znam jego rodzinę.

– No właśnie. Bo to ona jest najciekawsza. Swoją drogą, czy czytał pan coś, co napisałem?

– Owszem, ostatnio „Totem i tabu”, ale wcześniej również „Trzy rozprawy…”

– To jest pan nieźle przygotowany.

– Jestem lekarzem.

– To dobrze. Całkiem dobrze.

– Zna pan obrazy Egona?

– Oj, znam dobrze. Zaratusztriańskie starcie Erosa i Tanata. Czyż nie?

– Nie rozumiem.

– Jeśli pan czytał Nietzschego, to pewnie pan wie czym jest bój Arymana z Oromasem. U Schielego jest właśnie to, tyle, że bóstwa irańskie zastąpili Eros i Tanatos. Postaci z innej mitologii. Młodszej o parę pokoleń. Innymi słowy śmiertelne zwarcie seksualizmu i autodestrukcji. Ni mniej, ni więcej. Kto wygra? Nie mam pojęcia, ale okaże się to już niebawem.

– Skąd to pan wnosi doktorze?

– Napięcie jest wyjątkowe w jego sztuce. Nikt tak daleko nie zaszedł w ukazywaniu intymnych części ciała. To autodestrukcja. Zabije go świat, w którym żyje. Kultura, która tego nie znosi. Obsesyjna religia, która z tym walczy, albo przyroda, którą jako twórca niebezpiecznie obnaża.

– Nie mistyfikuje pan tych sił?

– To metafory młody kolego. Mówię tylko o wewnętrznych siłach, które drążą go od środka. Pan wie, że to się nie bierze z niczego?

– Myśli pan o mechanizmie wypierania?

– Tak, on walczy z czymś, co jest skutkiem odległych przeżyć… które zdążył już wyprzeć. Dlatego nie musi być ich świadom. Coś go właśnie tak ukształtowało. Kazało mu malować nagich brzydkich ludzi. Mężczyzn i kobiety. Co ciekawe, w większej części prac, które znam, to on sam jest bohaterem tych obrazów. Pozornie ilustrują jego seksualność, okazuje ją w sposób wyjątkowo ekshibicjonistyczny. Ale to tylko cienki lód, pod którym są ważniejsze rzeczy. Ten turpizm, to poskręcanie ciał jak w agonii, te grube, histeryczne rysy. To jest proszę pana Tanatos. To jest symbolika niszczenia samego siebie. To nie jest aprobata, afirmacja ciała, jak to dawniej mówiono – w całej krasie boskiego stworzenia. To kronika rozpadu. Schiele oddaje siebie i swoje kobiety w opiekę aniołowi śmierci. Brzydota, którą duchowny nazwałby diabelską, to ucieczka przed samym sobą w lepszym wydaniu… Tak, on świadomie dokując destrukcji piękna, niszczy przy okazji dobro, czyli niszczy życie, to pełen wymiar Tanata…

– A czy może go uratować Eros?

– Gdyby mu się oddał w całości? Może tak. Markiz de Sade właśnie tak ocalał. Dożył późnej starości, bo w jego czasach wiek, którego dożył, to była późna starość.

– Przyjmie go pan doktorze?

– Nie wiem, mam wielu pacjentów. Poza tym zbiera się na wojnę. Chyba dojdzie do rzezi.

– Wiem, dostałem już powołanie, ale nie sądzę, by ta wojna trwała długo. To będą tylko manewry. Wszyscy korzystają z pokoju i stabilności granic. Imperia trzymają się w szachu. Padnie jedno, wywrócą się pozostałe. Wszyscy to wiedzą, więc nie zrobią sobie krzywdy.

– Co się stało z rodzicami Schielego? Ojciec pewnie nie żyje. Mam rację?

– Tak, popełnił samobójstwo, skąd pan wie?

– Widzę to w jego obrazach. Schiele wciąż walczy z ojcem. Nie może się oderwać od jego wyobrażenia i ciągle go niszczy. Niszczy jego odbicie w sobie. Jest nie tylko jego dziedzicem, ale i kopią. Ojciec to on. On to ojciec. Niszcząc siebie, odpłaca się ojcu za to, że ten go zostawił. Ale jest coś, co mnie dziwi. Pasja, z jaką tego dokonuje. To tak gwałtowne, brutalne, że musi być jeszcze jakiś jeden ukryty powód. Może nieświadomy. Może uświadomiony. Nie wiem. Kim był jego ojciec?

– Zawiadowcą na stacji kolejowej. Zarządzał ruchem lokomotyw.

– Poważnie? – ożywił się Freud.

– Jak najbardziej.

– Ciekawe. Muszę go poznać. Proszę dać mu tę wizytówkę.

Wyjął z portfela i wręczył Wiegemannowi niewielką tekturkę.

– A propos, zna pan Georga Trakla?

– Coś słyszałem.

– Pański kolega, tyle że po farmacji. Taki sam szaleniec jak Schiele. Też Eros z przewagą Tanatosa. No i całkiem wariat. Znajdzie go pan w koszarach w Wiener Neustadt. Polecam. No i niech przyjdzie do mnie ten Schiele.

Z dziwną jak na siebie serdecznością Freud podał rękę Wiegemannowi i odprowadził go do drzwi. Poczuł się zmęczony. Zamiast wrócić do gabinetu, poszedł do sypialni i usiadł na krześle, przy niewielkim biurku. Na oknie, uwiązane na zwisającym z klamki sznurku wisiało lusterko. Spojrzał w nie bez zastanowienia. Spojrzał i przestraszył się starości.
(…)

Bogusław Chrabota „Influenza magna. U progu wieczności”
tłumaczenie:
wydawnictwo: Axel Springer Polska
liczba stron: 330

Opis: Wciągająca powieść przedstawiająca schyłek belle époque w Europie. W tle okrucieństwa I wojny światowej i przerażająca epidemia hiszpanki, a na pierwszym planie barwne postaci wiedeńskiej bohemy z początku XX wieku, m.in: Egon Schiele, Gustav Klimt, Ludwig Wittgenstein, Sigmund Freud, Georg Trakl, których losy kształtowały burzliwe wydarzenia tamtych czasów. Biograficzne wątki wybitnych artystów stały się kanwą, na której autor osnuł swoją opowieść. Narracja książki prowadzona z punktu widzenia poszczególnych bohaterów tworzy swoistą mozaikę, która układa się w obraz świata fabularnego. Każdy z bohaterów filtruje zewnętrzne wydarzenia przez pryzmat własnych życiowych doświadczeń, stawiając czoło rzeczywistości i podejmując kolejne wyzwania związane z życiem osobistym, zawodowym i społecznym. Wojna i hiszpanka są tu niemymi bohaterami, którzy z drugiego planu, niczym tajemnicza siła pociągają za sznurki determinując kolejne wydarzenia. Obrazowy i sugestywny język powieści wciąga czytelnika w mroczny świat stojący u progu wielkich zmian. To niezwykle aktualny tekst mocno wybrzmiewający szczególnie dziś, gdy ludzkość zmaga się ze swoją wersją zarazy, wystawiając na próbę współczesne wartości i kondycję człowieka. Influenza Magna – to wielka zaraza, która od zarania wieków toczy świat, przyjmując coraz to nowe formy.

Tematy: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek