banner ad

Farby w sprayu jak butelki z benzyną

18 listopada 2012

Banksy „Wojna na ściany”, Wyd. Sine Qua Non
Ocena: 8 / 10

Jeśli przeszkadza ci, że bazgrolenie po ścianach nazywane jest sztuką, a sprawcy tychże przejawów działalności określani są mianem artystów, to najwyższy czas, żebyś zmienił planetę, bo na tej sztuka uliczna zadomowiła się już na dobre. Jednym zaś z jej papieży jest z pewnością Banksy.

Postrzeganie street artu, podobnie jak i całej kultury alternatywnej, przeszło w ciągu ostatnich trzydziestu lat głęboką metamorfozę – od ciemnych industrialnych zaułków i uwielbienia garstki nowojorskich freaków, aż po zainteresowanie mainstreamowych mediów i taśmowo produkowane koszulki, obnoszone z dumą przez co bardziej rozgarniętych licealistów. Najwybitniejsi przedstawiciele nurtu zapraszani są na salony, wystawiają swe prace w galeriach bądź wydają artbooki kompilujące dotychczasowe dokonania.

Podobną drogę przeszedł również Banksy. Chociaż skrywający się za puszką z farbą, skuteczniej niźli Thomas Pynchon za maszynopisem, tajemniczy jegomość nie zamierza rezygnować z mroków ulicy, a za swój główny środek przekazu nadal uznaje betonową ścianę, nie pogardzi również tradycyjnym papierem, czego dowodem może być wydany właśnie przez Sine Qua Non album „Wojna na ściany”.

Słusznego formatu tomiszcze stanowi retrospektywę twórczości Banksy’ego z lat 2001 – 2005. Oprócz znanych powszechnie (choćby dzięki miłosiernie nam panującemu Internetowi) prac, mamy tu również okazję podpatrzeć, czasem na poklatkowych fotografiach, instalacje umieszczane nielegalnie w nobliwych muzeach, przeczytać raport z nocnej wyprawy do zoo bądź dowiedzieć się, co Banksy usłyszał od starego Palestyńczyka, gdy przyozdabiał mur, oddzielający okupowane terytoria od Izraela.

Jak można się jednak domyślać, pomimo zamieszczonych w albumie odautorskich komentarzy, kluczową rolę odgrywa tu obraz, a nie słowo. Ikony popkultury, symbole władzy, klasyczne dzieła bądź elementy naszego otoczenia zostają zaprzęgnięte przez anarchizującego Bristolczyka do wspólnej walki o sprawiedliwość, pokój, a czasem zwyczajnie do dobrej zabawy.

„Wojna na ściany” jest jak list skierowany do jasno sprecyzowanego adresata. Parafrazując słowa pewnej pseudopunkowej piosenki, zdaje się ostrzegać: hej, panie dygnitarzu, i ty, panie decydencie z agencji reklamowej, Banksy wymierzył w ciebie o wiele skuteczniejszą broń niż butelki z benzyną i kamienie. Mianowicie farby w sprayu i szablony, którymi bezustannie porusza sumienia odbiorców na całym świecie.

Artur Maszota

Gdzie kupić:
Kup książkę w księgarni wydawnictwa

Tagi: , , , ,

Kategoria: recenzje