banner ad

Opublikowano list Johna Steinbecka z Wietnamu

6 kwietnia 2012


W grudniu 1966 roku John Steinbeck pojechał do Wietnamu jako korespondent wojenny czasopisma „Newsday”. Dziennik „Huffington Post” opublikował list, jaki pisarz wysłał stamtąd do swojej przyjaciółki.

65-letni Steinbeck pojechał do Wietnamu opisywać bohaterskie czyny amerykańskich żołnierzy. Ponad ćwierć wieku wcześniej był korespondentem podczas II wojny światowej, miał zatem możliwość porównać oba konflikty.

Obydwu synów pisarza służyło w tym czasie w wojsku i brało udział w walkach. Jednego z nich Steinbeck odwiedził na polu bitwy, pozwolono mu nawet czuwać przy karabinie maszynowym, podczas gdy jego syn ze swoim oddziałem spali.

List daje pojęcie, jakie wrażenie wojna wietnamska zrobiła na autorze „Na wschód od Edenu”.

„14 Stycznia 1967/ Sajgon
Droga Alicjo,
Ta wojna w Wietnamie jest zagmatwana nie tylko dla starych obserwatorów wojen, ale także dla ludzi w domach, którzy o niej czytają i próbują ją zrozumieć. To trudne przede wszystkim z powodu naszych z góry przyjętych sądów nagromadzonych przez kilka tysięcy lat. Ta wojna nie przypomina żadnej z tych, w które kiedykolwiek byliśmy zaangażowani. Spróbuję opowiedzieć ci o kilku różnicach, które zaobserwowałem.
Łatwo było pisać o wojnach w ruchu, miejscach, które były zajęte lub utracone, jasno wyznaczonych liniach, siłach stających naprzeciw siebie i walczących, dopóki jedna ze stron nie wygrała. Wielkie bitwy są wyobrażalne, łatwe do zrelacjonowania, niczym walki byków. Można było dostrzec – nawet jeśli tylko na mapach – po jednej stronie linii nasi przyjaciele, po drugiej wrogowie. Wietnam w ogóle taki nie jest i zastanawiam się, czy można go opisać. Być może niezdolność do komunikacji jest powodem niezadowolenia i frustracji tutejszego korpusu prasowego. Wielu świetnych reporterów tutaj rozumie ten konflikt, ale ich czytelnicy nie i redaktorzy często domagają się opisów takiej wojny, do której są przyzwyczajeni i czują się z nią wygodniej.
Może nie jestem w stanie powiedzieć ci, Alicjo, jak tu jest, ale zamierzam spróbować, żebyś mogła to poczuć. To emocjonalna wojna, bez frontów i tyłów. Jest wszędzie, niczym słaby, ale cały czas obecny gaz. Piszę to z wygodnego pokoju hotelowego w Sajgonie, który kiedyś był pięknym miastem, ale teraz ma znoszony i obwiśnięty wygląd, jak stary garnitur, niegdyś dobrze skrojony. A wojna jest tutaj – na ulicy poniżej, na dachach – zawsze obecna. Kiedy zostawiam tu żonę i udaję się na reduty ciasno obite workami z piaskiem rozmieszczone na obszarach wiejskich, jest ona w takim samym niebezpieczeństwie jak ja, a może nawet większym, ponieważ ja jestem uzbrojony w czujność, podczas gdy ona może wejść w środek morderczej wymiany ognia, idąc cywilizowaną ulicą wysłać list.
Nocą, przy drinkach i obiedzie na dachu, widać błyski i słychać grzmoty artylerii, często przerywane krótkim i ostrym grzechotem karabinów maszynowych. Oboje znamy odgłosy ognia moździerzy i jesteśmy zmuszeni, jeśli się zbliżą, stoczyć się z łóżka i jednym ruchem ściągnąć na siebie materac, by odbił odłamki i kawałki szkła. Miasto jest mocno ufortyfikowane, ale most, którym przeszłaś by dostać się do małej restauracji, może wybuchnąć zanim wrócisz. Uśmiechnięty mężczyzna sprzedający kolorowe akwaforty z walizki może mieć ukrytą pod nimi gumiastą bryłę materiału wybuchowego – a może nie mieć. W tym leży problem, może być zwykłym uśmiechniętym człowiekiem sprzedającym obrazki. Takie uczucie panuje w całym mieście. Każda osoba i każde miejsce może znienacka wybuchnąć przemocą i zniszczeniem. Łapiesz to błyskawicznie. Unikasz większych skupisk ludzkich i jesteś bez przerwy w gotowości do rzucenia się na chodnik lub ulicę i znieruchomienia. Pierwszą wskazówką Boba Capy udzieloną mi lata temu była: ‚Nie ruszaj się. Jeśli cię nie trafili, to cię nie zobaczyli.’ Nie można udzielić lepszej rady.
Zdaję sobie sprawę, że ta relacja daje wrażenie, że jesteśmy otoczeni przez tysiące wrogów, ale to nieprawda. Wojskowe radio i telewizja były ostrzelane serią około 200 pocisków przez dwóch mężczyzn z karabinami maszynowymi. Lotnisko, największe na świecie i zapewne najlepiej strzeżone, zostało spenetrowane przez 15 ciężko uzbrojonych nastolatków i dokonaliby wielu zniszczeń, gdyby stróżujące psy ich nie wywęszyły. Widzisz, rzecz nie w tym, że wrogów jest wielu, lecz, że nie wiadomo, kto nimi jest. A trzech uzbrojonych w dzisiejszą broń, może dokonać zniszczeń niczym kilkuset. Jeden, spacerujący powoli po rynku z koszykiem owoców na głowie, może zabić połowę chłopów na wioskowym targu jednym granatem i robi to bez wahania. W wielu miejscach mamy pełną kontrolę za dnia, ale nikt nie chodzi tam nocą. I nagle zabezpieczona droga jest zaminowana. I nagle budząca grozę mina odłamkowa wymierzona jest w pierwszą osobę, która otworzy bramy do wsi.
W dniu Bożego Narodzenia generał [William] Westermoreland zabrał mnie ze sobą na wizytację najdalej wysuniętych posterunków. 101 Powietrzna nie była w swoim obozie bazowym prawie od roku. Siły specjalne, Zielone Berety, są okopane w redutach daleko na wzgórzach. Przemierzają tereny wiejskie niczym najlepsze setery i często wypłaszają węże. W generale musi płynąć królicza krew. Musiałem biec, żeby za nim nadążyć. Najlepsza armia, jaką kiedykolwiek mieliśmy, powiedział, najlepiej wytrenowani i najbardziej doświadczeni żołnierze w naszej historii z morale szczękającym między dolinami niczym uderzony gong.
Czy nie doprowadza cię do rozpaczy, że ci wspaniali żołnierze i równie wspaniali sprzymierzeńcy nie są w stanie doprowadzić do szybkiego zwycięstwa? Uważam, że jestem pełen optymizmu, ale nie liczę na szybkie zwycięstwo.”

Na zdjęciu załączonym do newsa John Steinbeck strzela z granatnika M79 pod koniec grudnia 1966 roku na wzgórzu Hill 55, pięć mil na południowy zachód od Danang, w Wietnamie Południowym.

Tagi: , , ,

Kategoria: newsy