banner ad

Premierowy fragment powieści „Poznawanie cierpienia” Carlo Emilio Gaddy

3 października 2016

poznawanie-cierpienia-fragment
Nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego ukazała się powieść Carlo Emilio Gaddy (1893-1973), mało w Polsce obecnego pisarza, którego śmiało można nazywać klasykiem dwudziestowiecznej literatury. „Poznawanie cierpienia” to jedna z dwóch najlepszych powieści autora. „Subtelna ironia obok jawnego szyderstwa, neurotyczne wybuchy gniewu obok przejmujące­go liryzmu i goryczy. Gadda należy do tych pisarzy, których twórczość przysparza krytykom dużo kłopotu” ? tak o twórczości Gaddy pisze w posłowiu Halina Kralowa, autorka przekładu powieści, której fragment publikujemy poniżej.

Skandal nie był niczym specjalnym: cała sprawa była raczej błaha i wyszła na światło dzienne dopiero we wrześniu, niedługo przed świętem Matki Boskiej, dzięki nieznanemu bliżej handlarzowi materiałów i doktorowi z Lukonesu, który uzyskał potem dokładniejsze wiadomości od jednego z letników, wojskowego lekarza w stopniu pułkownika.

Pewnego pięknego dnia okazało się nagle, że niejaki Pedro Mahagones, to jest właśnie stróż-cyklista tej okolicy, znany przez wszystkich jako Manganones lub jako Pedro, nie nazywa się wcale Manganones czy (dokładniej mówiąc) Mahagones ani tym bardziej Pedro: było to imię i nazwisko jego ciotecznego dziadka, on zaś nazywał się naprawdę Gaetano Palumbo. Przez dwa lata stróżowania opowiadał szeroko, wszystkim po trosze, o dobroci dziadka i chrzestnego ojca w jednej osobie, którego imię i nazwisko obnosił po świecie, aby tym większą cześć mu okazać. I za każdym razem gdy podnosił kieliszek, pił wzruszony, pokrywając czasem męskim uśmiechem migotliwy ślad łezki, za jego zdrowie, które nie było ? ani być nie mogło ? niczym innym jak zdrowiem duszy, czyli prawdziwym, ostatecznym i wiecznym zdrowiem, jedynym, jakie się właściwie liczy; jako że doczesne szczątki drogiego dziadka od ośmiu już lat leżały pod ziemią.

Ale dziadek go wychował, jego, Pietruccia, który później zmienił się w Pedra: i pielęgnował go, kochał, pilnował, karmił mlekiem (przez smoczek), chronił, kształcił, obdarzał radami, bił: och, dla jego dobra, a czasami to i naprawdę na to zasłużył!? i nawet wysadzał, kazał robić kupkę i siusiu, a potem mył pupcię, temu dziecku, rozumie się, jak jakaś niańka. Zupełnie jak własnemu synowi.

Tak więc łzy i bitter dla uczczenia pamięci, ale przede wszystkim papierosy gratis we wszystkich kioskach okolicy.

Nowe imię wzbudziło pewne zdumienie zarówno wśród miejscowych, jak i letników; niektórzy z tych ostatnich mieli okazję stwierdzić, „że było coś takiego w jego twarzy…”. Twarz, ponad korpulentnym, okazałym ciałem i zapiętym kołnierzem uniformu, była szeroka i ojcowska, z rudymi, przyciętymi krótko na kształt szczotki wąsami, z krótkim, prostym nosem; oczy głęboko osadzone, małe, błyszczące, bardzo ruchliwe, z ostrymi błyskami stalowego światła w spojrzeniu, które daszek łagodził, nie gasząc go jednak całkowicie. Kiedy zdejmował czapkę, jak gdyby chciał pozwolić odparować głowie, ukazywało się czoło wysokie, lecz węższe od kości policzkowych, przechodzące kilkoma modulacjami kolorów w sklepienie czaszki łysej, białej i, trzeba to przyznać, bardzo czystej, bez tych plam, które tworzy mieszanina tłuszczu i kurzu. Wówczas, bez daszka, oczy same obejmowały władzę, raniły rozmówcę wyrazem żądania i oczekiwania, miało się wrażenie, że koniecznie trzeba coś zapłacić, rodzaj potencjalnej, prawnie wyznaczonej grzywny: bo chce tego prawo; w zamian, w charakterze pokwitowania, dostawało się odpowiedni bilecik, różowy lub niebieski, wyrwany z bloczka, który umiał wyciągać z bocznej kieszeni kurtki z niezwykłą swobodą. Wszyscy zresztą, a przynajmniej prawie wszyscy, w okolicy Lukonesu z obowiązku i dobrej woli, zważywszy, że przecież zapłacili, zaczęli sobie wyobrażać te niebezpieczne obchody w ciemności i w końcu pogodzili się nawet z delikatnością i wagą zadania ciążącego na jego ramionach, jako że noc jest długa i ciemna, i wszyscy zaczęli wierzyć w tę wagę: bo nie zawsze w Ameryce Południowej dobra opinia o człowieku czy popularność funkcjonariusza wiążą się z nieprzydatnością wykonywanych przez niego obowiązków.

Mahagones-Palumbo ? i ta wiadomość rozprzestrzeniła się szybko, stając się zresztą zarodkiem skandalu ? otrzymał swego czasu, w 1925 roku, rentę szóstego stopnia, kategorii piątej, to jest najwyższej, bo ogłuchł na oba uszy w wyniku „donośnego i rozdzierającego” wybuchu szrapnela. W czasie akcji na wzgórzu 131.

Dwa wymienione przymiotniki wymyślił na poczekaniu, odtwarzając zdarzenie na użytek mieszkańców Lukonesu, gdy wreszcie poczuł się do tego zmuszony porozumiewawczymi mrugnięciami i aluzjami miejscowych. A wygłaszał je tonem tak autorytatywnym i pewnym, wspomaganym wymową munduru, że za każdym razem mroził uśmiechy wykwitające tu i tam na wargach słuchaczy. I naprawdę wszyscy uwierzyli, że na wojnie istnieją szrapnele zwykłe, pospolite (od których właśnie zginęli ich bracia czy synowie), nie donośne i tym mniej rozdzierające; i że granat Palumba był szrapnelem specjalnym, wysokiej klasy, wystrzelonym z działa kwalifikowanego, o wiele groźniejszego od zwykłych, które dobre są może, i owszem, w dni powszednie, do mordowania byle jakiej hołoty.

Skoro już trzeba było określić go w ten sposób. Oba te przymiotniki zostały zresztą bardzo poważnie potraktowane, a nawet, powiedziałbym, ocenione w szczególny sposób przez miejscowe dziewczęta i kobiety; oraz przez panie z willi, które snuły fantastyczne rozważania na ten temat całymi tygodniami, nie mając w tym okresie nic lepszego do roboty mimo niezaprzeczalnych i wielostronnych zasobów umysłu.

Akcja na wzgórzu 131, akcja na wzgórzu 131.

Cały okręg Serruchonu przez dobry kawał czasu nie znał innej akcji niż ta na wzgórzu 131. Opowieści Palumba dano wiarę. Jeśli zaś chodzi o ewentualną niezgodność między głuchotą a pilnowaniem, problem ten przekreśliła religijna cześć dla wspomnień. Prawdziwi ludzie otaczają męstwo prawdziwym kultem. Wszyscy powtarzali „akcja na wzgórzu 131, akcja na wzgórzu 131”, jakby chodziło o fakt powszechnie znany, Waterloo, Abukir, Porta Tosa. Pomijając fakt, że na samym wzgórzu 131, traconym i odzyskiwanym dwa razy na tydzień przez cały semestr, odbyły się ponad dziewięćdziesiąt dwie akcje, jedna bardziej mordercza od drugiej.

Pedro palił dużo, może bardziej dla szyku i z próżności niż z potrzeby czy nałogu. Palenie pomagało mu bardzo w oczach kobiet, które lubią dym, widząc w nim między innymi, i może nie bez racji, miłą zapowiedź pieczeni. Akcja ? którą mieszkańcy Lukonesu chcieli zlekceważyć, a o której w końcu, pokonując najwyższą niechęć, z jaką Pedro mówił o sobie, kazali mu składać bardzo dokładne i niekończące się relacje ? była, jak się okazało, atakiem poprzedzonym stosownym ogniem artylerii maradagalskiej, po której nastąpiło „bombardowanie” (jak to, bardzo niewystarczająco, określił) artylerii parapagalskiej i kontratak. Potem było „kontrbombardowanie” i drugi kontratak Maradagalczyków, a w końcu burza, która nosiła wszelkie znamiona prawdziwego oberwania chmury, przyjętego jak wybawienie przez obydwie strony. W opowieść tę, która gromadziła uważnych słuchaczy we wszystkich sklepach tytoniowych w okolicy i przekształciła się w końcu w rodzaj stereotypowej relacji bez zbytnich sprzeczności i dość nawet spoistej, choć tak pełnej wody, wprowadzone zostały wyrażenia prawdziwie żołnierskie, powiedziałbym nawet męskie, pozbawione jakiejkolwiek retoryki, takie jak „rzeź”, „przypłacić skórą”, „już mieli nam dać łupnia” i inne w tym rodzaju: dały one mieszkańcom Lukonesu i Serruchonu, już na wpół pokonanym duszną atmosferą spóźniającego się nowiu, pojęcie o tym, czym jest powaga, prostota i prawdziwe męstwo; które gdy jest autentyczne i nienaciągane, otacza się skromnością i unika wielkich słów. Pedro nie był panem z willi, jak ci, których willi pilnował nocą, nie był również, broń Boże! pisarzem: pisarzem o stylu wyszukanym i barokowym, jak Jean Paul, Carlo Gozzi, Carlo Dossi czy któryś inny Carlo, jeszcze gorszy od tamtych dwóch i tak już dość marnych; któremu wojna i jej cierpienia służą ewentualnie za materię do wykrawania i rozszczepiania na czworo jałowych, eleganckich sentencji. Nie, Pedro był człowiekiem prostym, czystego serca: można było wierzyć jego słowom, nagim i celnym, jego „powypruwać im flaki”, rzucanym na cynową ladę sklepu tytoniowego wśród szumu płukanych szklanek, niczym kontrszklaneczka czy kontrpaczka papierosów; „jego” wojnie można było wierzyć w pełni. Nosił skórzany pas z kaburą i pistoletem, widać było od razu, że bronią umie się posługiwać.

W rzeczywistości w czasie wojny Maradagalu z Parapagalem wzgórz 131 ? albo 151 czy 171 ? było na kopki, ze względu na sprzeczne postanowienia niezgodnych ze sobą strategów, którzy rzucali na wzgórza masakrowane niebawem bataliony, jakby to były zapałki: i pierwszy lepszy weteran obdarzony najmniejszą choćby dozą fantazji, a nawet dezerter Indio mieli z czego wybierać.

Pierwsze plotki na temat prawdziwej tożsamości i renty, a zatem również bohaterstwa Pedra, który z powrotem stał się Gaetanem, i jego eksgłuchoty, czyli odzyskanego słuchu, rozeszły się w Lukonesie, jak było powiedziane, za sprawą pewnego „handlarza”, raczej wygadanego, który przyjechał trzecią klasą do Prado, a potem pieszo dotarł na górę, mając ze sobą coś jakby kuzyna czy pomocnika, a na ramieniu sześcienny i ciężki worek, pełen (co wkrótce potem wyszło na jaw) okazyjnych sztuk materiału dość miękkiego w dotknięciu i niezwykle włochatego. Zadziwiające wieści rozeszły się wówczas po drzewie społeczności w drodze naturalnego procesu absorbcji, ułatwionego aktywną osmozą: świeżą i ostrą zachłannością ludzi niezepsutych, żywą pracą komórek, które nie mają lepszego eposu do opracowania.

A przyczynili się do tego z prawdziwym i szczęśliwym zapałem wszyscy po trosze, i wszystkie. Wśród najpierwszych praczka Peppa, z koszem pełnym wyżętych prześcieradeł: baba-herod, twardsza i mocniejsza od każdego tragarza, z tym nieproporcjonalnym ładunkiem na ramieniu i osią ciała przegiętą siłą rzeczy w drugą stronę; odważna i biedna, i żółta na twarzy, ciężkim kamieńcem tych okropnych dróg pnąca się w górę ku willom zdobnym w wieżyczki z piorunochronem, a czasem chorągiewką wskazującą kierunek wiatru, i przystająca od czasu do czasu ? po odstawieniu kosza na ziemię ? dla odpoczynku i złapania oddechu, co nie mogło jej jednak przeszkodzić we właściwym użytkowaniu języka, jeśli przypadkiem z tego samego postoju korzystała któraś schodząca z góry kuma.

Po odległej już dzisiaj w czasie śmierci swojej mamy wychowała ona, nie licząc siebie, siedmioro rodzeństwa, braci i sióstr, których nauczyła obywać się latem bez butów, a zatem i pończoch, i z których kilkoro pracowało od kilku lat w fabrykach lub w samej wsi; a dla jednego, najstarszego, trzymała już nawet w naftalinie gotowy do użycia, czarny ślubny garnitur, prezent od syna pewnej pani, który garnitur ten odziedziczył po swoich przodkach w wieku lat pięciu, ale w czterdziestym piątym roku życia nie znalazł jeszcze żony.

W tych dniach zachorowała jej krowa, dawała jej nawet na przeczyszczenie, ale ciągle nie było dobrze.

Druga, czy też jedna z tych, które wymienić można na drugim miejscu, bosonoga sprzedawczyni ryb Beppina, bardzo znana na całym terytorium Lukonesu nie tyle z handlu sieją i sielawą, ile ze swego szybkiego i raczej amazońskiego sposobu siusiania (czas to pieniądz): które to siusianie przeznaczała dla celów szlachetnie agronomicznych, jak to później będzie wyjaśnione. Ta druga Giuseppina, czy Beppa, była równie prędka w sposobie mówienia, krótkim i dobitnym czy wręcz monosylabicznym, nie mniej przez to jednak skutecznym od innych. I wreszcie, do trzech razy sztuka, Pina, zwana również Pininą del Gôepp, oficjalnie Giuseppina Voldehagos, po mężu Citterio, karłowata żona głównego grabarza, która ubierała się zawsze na czarno, czy to ze względu na profesję męża, czy może dlatego, że obdarzana była żałobnymi strojami po niektórych swoich zatwardziałych dobrodziejkach.

Te trzy, do spółki z innymi kobietami i mężami, i księżmi, i właścicielami knajp, i furmanami, i listonoszem z Lukonesu, podjęły się natychmiast rozpowszechnić na swój sposób tę zawikłaną historię przyniesioną aż tutaj przez „handlarza”, gmatwając ją, jeśli to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej; i Peppa doniosła ją również pierwsza do uszu pani z willi Pirobutirro. Za której murem, wzdłuż okropnej kamienistej drogi, zuchwałe, podobne biczom pędy rzucały na tło błękitnego, wrześniowego nieba nabrzmiałe i granatowe owoce, śliwki z pewnością, ze śliw rosnących szpalerem: zakazane dla przechodniów.

Handlarz materiałami (żeby już wyczerpać głupią historię i móc się jej pozbyć raz na zawsze) nie był, oczywista, handlarzem miejscowym; przybywał z bardzo daleka i daleko musiał wracać z racji tegoż właśnie swego handlu. Udało mu się sprzedać kilka sztuk bardzo włochatego materiału co roztropniejszym mieszkańcom Lukonesu i po kilku godzinach zniknął.

Tak jak znikają handlarze tego rodzaju i kategorii. Dobywają sukna i głosu zachęty, proszę państwa! proszę państwa! na placyku przed kościołem w piękny wrześniowy ranek, długo, niezmordowanie przekonywają i argumentują, odwołując się nagle, od czasu do czasu, do ogłupiałych widzów z pierwszego rzędu, i tak przez całe rano, ile wlezie, aż wreszcie, naładowawszy z powrotem worek, w porze, gdy kiszki zaczynają grać marsza, znikają, jak znika objawiająca się Madonna, i od tej chwili wszelki słuch po nich zanika; po nich i po kuzynie.

Owego ranka Pedrowi zeszło dłużej. Zatrzymał się w kilku willach, by przedstawić kwitki, musiał zaczekać na pieniądze, pomówić o niewielkiej podwyżce, a potem złożyć dwa lub trzy podpisy na dwóch czy trzech niebieskich kartkach, po jednej na każdą willę; która to operacja ? to jest owo składanie podpisów ? trudniejsza była dla niego nieco od wyciągania z kieszeni kwitariusza.

Zrobiła się ósma. Więc zszedł powolutku, prowadząc rower, senny po nocnym stróżowaniu, starając się omijać podeszwami i oponami zielonkawe i spryskane błotem łajno, rozdeptane przez krowy wzdłuż kamienistej uliczki, która wychodzi na wiejski rynek od strony sklepu tytoniowego. Tam, w samych drzwiach sklepiku, zetknął się nos w nos z handlarzem, który, zasapany i wykończony, zostawił kuzyna-pomocnika nieco z tyłu na straży worka i po dłuższej walce z sobą miał właśnie wejść i poprosić, by mu „podano szklankę tamaryszku”. Zdjął także i trzymał w ręku wykrochmalony kołnierzyk, brudny od potu i zabarwiony anilinową zielenią krawata.

Obaj spojrzeli na siebie i, jak się zdaje, poznali w sobie sąsiadów (tak się mówiło w czternastym wieku), to jest krajanów czy ziomków, jak zwykło się mówić dzisiaj. Obydwaj zawahali się na chwilę, po czym nagle wydali wspólny okrzyk; po pierwszych wykrzyknikach przyszło wzajemne obrzucanie się wyrazami zdumienia i radości i pytaniami „co słychać”, które ściągnęły do okien wiele kobiet, a wśród nich Peppę w zaułku przed samym wylotem ulicy, która patrzyła, cała w słuch zamieniona, rozwieszając pończochy, i zdawali się chłonąć każde słowo. Następnie, gdy minęło pierwsze zaskoczenie, obaj przeszli do swobodniejszej pogawędki, bardzo jowialnej, chociaż Mahagones zachowywał się z nieco większą rezerwą; i zdecydowali się nawet uściskać. Popłynęły więc świeże wiadomości, wspomnienia, nostalgiczne nuty, ale w tonie już bardziej opanowanym: i liczni José, Pedrowie, Gonzalesi z nieodstępnymi Ferdynandami (jak by kto powiedział we Włoszech: Paskale i Peppini), wszyscy razem i każdy z osobna ze swoim znakiem zapytania: kto się ożenił, kto się zabił; i wspomnienia o dziewczętach, wszystkich tych Ines, Mercedes, Dolores, Carmelitach; ni?as queridas! y que guapas! niedawno młódkach, a dziś już babkach dwudziestosześcioletnich; i w końcu weszli do małej i brudnej klitki, gdzie odsprzedawano świece stearynowe i kawałki mydła do prania, nie licząc kilku wyrobów tytoniowych o nazwach greckich, macedońskich czy tureckich na użytek turczyńsko-celtyckiej ludności Serruchonu. Pozdrowili zza brudnych szyb czyste słońce poranne, które teraz dopiero ukazało się dolinie, szklanką wiśniowego soku i kieliszkiem grappy, uniesionymi wysoko w charakterze toastu znad mokrego cynkowego koryta. Żaden z dwóch nie zapłacił, zakładając przez delikatność, że zapłaci kolega.

Potem się pożegnali. Właściciel sklepu, który musiał jeszcze umyć twarz i zdjąć ponownie spodnie, by wciągnąć przeoczone kalesony, nie powiedział nic.

Aczkolwiek między ziomkami, krajanami czy, jak kto chce, sąsiadami nawiązuje się nieuchronnie naturalna i, rzekłbym, konieczna solidarność, to przecież chęć pokazania, że jest się osobą dobrze poinformowaną i ważną oraz brak namacalnych korzyści z udziału w societas bonorum vinorum bierze niekiedy górę nad porozumiewawczym mrugnięciem naturalnej solidarności.

Wkrótce potem handlarz, sprzedając na placu swoje okazyjne kupony i rozciągając sukno, och, z pewnością nie angielskie ani nawet bielskie, przed żółtymi twarzami i płonącymi ciekawością spojrzeniami, młócąc językiem po pół godziny bez przerwy, tak że trudno było zrozumieć skąd, u diabła, bierze tyle śliny, i mieszając dowcipy i żarciki powszechnie znane, lecz dla mieszkańców Lukonesu, słuchających z otwartymi ustami, wyszukane jak rzadko, z poprzekręcanymi wspomnieniami z wojny i stereotypowymi sentencjami z okresu Rekonkwisty oraz fałszywymi wspominkami i westchnieniami tudzież westchnieniami czerwonymi jak rubiny, czasem nawet dość udanymi, które z gorącym tremolo namiętności sączył w uszy młodych, pachnących wieśniaczek z Keltiké ? nie rozumiały ich krzepkie dziewczyny, ale czerwieniły się quand m?me i trącały łokciami, śmiejąc się, odwracając głowy, chowając twarze w obie ręce, niby to ze wstydu, ale nieco rozsunięte, tak że za tą szparą i palcami widać było usta i oczy) ? pozwoliwszy się w ten sposób nakręcić swojej duszy-językowi przez czas równy prawie całej sumie, zaczął rzucać pod adresem Pedra tu jedno zdanko, tu jedno słówko, tam jeszcze pół zdania, nie przestając przy tym pleść, gestykulować, schylać się pośpiesznie, podejmować na nowo przerwany wątek, demonstrować swoje tkaniny. Pedro oddalił się, potem znów przeszedł przez plac, ale stanął nieco dalej, ze swoim rowerem, i przyglądał się całej scenie z daleka, mogąc słyszeć tylko wykrzykniki: „Proszę państwa! Proszę państwa!”, ale nie cięte powiedzonka i zdania wypowiadane półgłosem, które ten kulomiot wsuwał szybciutko między jeden a drugi paragraf swojej działalności handlowej. Od czasu do czasu, w miarę rozwoju opowieści tak zręcznie wplatanej w ?działalność naszego domu handlowego, który pragnie wyjść naprzeciw potrzebom ludności?, niektórzy odwracali się, by popatrzeć na Pedra, który powoli zdawał się im ukazywać w zupełnie nowym świetle: choćby te ślady po mundurze, to jest sztylpy, pas z kaburą i czapka z daszkiem i numerkiem; wówczas handlarz uśmiechał się do niego, do Pedra, i Pedro uśmiechał się z daleka, po ojcowsku, ze stalowym błyskiem w spojrzeniu, w odpowiedzi na przyjacielski uśmiech.

Minęła dopiero jedenasta, a handlarzowi udało się już omotać kilku celtyckich wieśniaków i nakłonić ich do zakupu: triumf z pewnością niemały. Zamknąwszy ich w kręgu „moich specjalnych i bardzo poufnych wiadomości”, zdołał wtrynić najbardziej urobionym po pół sztuki z tych najlepszych, najbardziej rudych czy zielonych, z których, aczkolwiek włochate, wykroić można podobną końskiej derce marynarkę czy „pantalony”. Ale owe strzępy wiadomości i półsłówka, które tam padły, miały swój dalszy ciąg: wypowiadane z pewną myślą, po złożeniu w jedną całość dawały już prawie całe przemówienie. A wzbogacone i uzupełnione zostały w knajpie, koło południa, gdzie w zamian za dłuższą rozmowę w cztery oczy, w salce wyłożonej zielonymi chodnikami, i po odesłaniu pod jakimś pretekstem kuzyna, gospodarz Manoel Torre postawił handlarzowi po niższej cenie kilka kolejek i dwie wspaniałe porcje croconsuelo. (Jest to rodzaj maradagalskiego roquefortu, nieco mniej dojrzałego: tłusty, pikantny, śmierdzący tak, że Azteka doprowadziłby do wymiotów, z bogatymi pokładami ciemnozielonej pleśni w haniebnie popękanych ścianach, doskonały do smarowania nożem na zbielałym języku i żucia całymi kwadransami pod postacią brudnej papki pod czerwone wino, dla odświeżenia niezbędnej w handlu wymowności i odzyskania śliny).

W ten sposób nawet dla swoich nocnych podopiecznych z Serruchonu Mahagones stał się na powrót Palumbem, którym zresztą nigdy nie przestał być w Centralnym Rejestrze Republiki i w dokumentach. Mało tego: okazało się, że uzyskawszy w 1925 roku rentę najwyższej kategorii, zaraz potem ją utracił; podczas gdy słuch stracony na wzgórzu 131 w cudowny sposób odzyskał. Wspomnienie o dziadku zamierało powoli w pełnej szacunku pamięci serrukońskiego ludu. Fizycznie w 1933 roku był on już martwy od ośmiu lat.
(…)

poznawanie-cierpieniaCarlo Emilio Gadda „Poznawanie cierpienia”
Tłumaczenie: Halina Kralowa
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 272

Opis: Jedna z dwóch najlepszych powieści Gaddy, gdzie na tle fikcyjnego państwa (po części wyśnionej Argentyny, po części widmowych Włoch), kluje się i narasta konflikt bohatera z matką. Twórczość Gaddy wymyka się prostym klasyfikacjom, stanowi zjawisko osobne. Pełna barokowego przepychu, z zadziwiającą szybkością zmieniająca tonację i nastrój wędrówka po bezmiarach ludzkiej samotności hipnotyzuje i oplata czytelnika. „Skomplikowana osobowość, specyficzny temperament twórczy i bardzo oso­bisty warsztat stawiają go poza ogólnym nurtem współczesnej literatury włoskiej, każą patrzeć na jego dzieło jako na zjawi­sko szczególne i niepowtarzalne, zaskakujące swą odrębnością, zmuszające do zastanowienia i drobiazgowej analizy. Nie ulega wa?tpliwości, z?e Gadda nie jest pisarzem łatwym, ale jest to twórca w najwyższym stopniu fascynujący” – pisze w posłowiu Halina Kralowa.

Tagi: , , ,

Kategoria: fragmenty książek