banner ad

Klasyk literatury grozy, który nigdy wcześniej nie został wydany w Polsce. Przeczytaj fragment powieści „Ten drugi” Thomasa Tryona

18 listopada 2021

Na początku lat 70. XX wieku amerykański aktor Thomas Tryon porzucił występowanie w filmach na rzecz pisarstwa. Jego debiutancką powieścią był „Ten drugi”, horror psychologiczny rozgrywający się w niewielkim miasteczku w Nowej Anglii. Historię śledzimy z perspektywy dwóch identycznych bliźniaków, którzy są obdarzeni niezwykłym darem nazywanym przez ich babcię „zabawą”. Jeden z nich jest dobrze wychowany i korzysta z posiadanej mocy dla rozrywki. Drugi zaś jest socjopatą, który nie powstrzyma się przed niczym. Opublikowany pierwotnie w 1971 roku „Ten drugi” sprzedał się w ponad trzech milionach egzemplarzy i przez ponad pół roku utrzymywał na liście bestsellerów „New York Timesa”. W 1972 roku książkę przeniósł na ekran Robert Mulligan, reżyser „Zabić drozda”. Teraz wreszcie, po czterech dekadach, mają szansę przeczytać powieść polscy czytelnicy. Poniżej prezentujemy sam początek.

Jak myślisz, ile lat ma panna DeGroot? Chyba co najmniej z sześćdziesiąt, nie? Jest tu, odkąd pamiętam… Kawał czasu, jak to wszystko zliczyć… A wiem, że była tu już sporo lat wcześniej. Przynajmniej wiadomo, ile musi mieć ta plama na suficie. Ona… to znaczy panna DeGroot, mówi, że plama jest tu dłużej od niej. Widzisz ten cholerny kleks na tynku? To zaciek. Jak pada deszcz, to dach przecieka. Ale oni tego nie naprawią. Upominam się od wielu lat, ale nawet nie kiwną palcem. Panna DeGroot ciągle powtarza, że to naprawią, ale nic nie robią. Panna DeGroot mówi, że ten kleks… tak naprawdę to jest zaciek… ma kształt kraju… no, jakiegoś miejsca na mapie… nie pamiętam jakiego, ale ona ma na myśli jakieś konkretne miejsce. Ma bujną wyobraźnię, nie uważasz? Może to jakaś wyspa. Tasmania albo Zanzibar? Madagaskar? Nie mogę sobie przypomnieć. Ostatnio słyszałem, że zmienili nazwę Madagaskaru. Ciekawe, czy to prawda. Muszę ją zapytać… to znaczy pannę DeGroot. Trudno sobie wyobrazić świat bez Madagaskaru, prawda? Choć w sumie to nie jest aż takie ważne.

Z każdym rokiem ten ślad na suficie powiększa się i ciemnieje. Duża, pomarszczona, rdzawa plama. Taka jak tamta… nad jego łóżkiem. Dziwne, że to pamiętam, nie? Ty pewnie nigdy jej nie widziałeś, ale… powiem ci w zaufaniu, że ta plama, w tym pokoju, przypomina mi o tamtej, w tamtym pokoju. Tylko że moim zdaniem ona nie przypomina żadnego miejsca na mapie, jak twierdzi panna DeGroot. Moim zdaniem przypomina… pomyślisz, że zwariowałem… ale ona przypomina mi twarz. Naprawdę. Widzisz oczy? Te dwa ciemne miejsca? Takie okrągłe? A zaraz pod nimi nos? A tam są usta… Widzisz lekko skrzywione kąciki? Raczej łagodne, tak mi się przynajmniej wydaje. Przypominają… nieważne… Na pewno pomyślisz, że zwariowałem.

Ten rok jest o wiele za suchy. Od miesięcy nie było deszczu, więc ostatnio plama bardzo się nie powiększyła. Ale na pewno jeszcze się powiększy. To nieuniknione. Śmierć, podatki i ta cholerna plama. Gdyby to zależało od panny DeGroot, pewnie by coś z tym zrobili, ale doszedłem do wniosku, że panna DeGroot nie ma zbyt dużego wpływu na to, co się tu dzieje. Według nich jeden więcej zaciek na suficie nic nie znaczy dla… takich jak ja.

Nie lubię tego miejsca, i ludzi. Dlaczego? Zapytaj pannę DeGroot, może ci powie. Zabawna, wesoła, beznadziejna panna DeGroot. (Ile może mieć lat? Nie znam nawet jej imienia… Hilda? Olga?) Pewnego dnia cały sufit stanie się jednym wielkim brunatnym zaciekiem. Jeśli oczywiście tego dożyję. A potem się na mnie zawali. Tyle, że ja tego nie dożyję. Ale to i tak nikogo nie obejdzie.

Jest wieczór. Widzisz ten skrawek nieba za oknem? (Jakby ktoś mógł przez nie cokolwiek zobaczyć… Jest takie brudne). Ja mogę… no… tak jakby. Liliowe, ametystowe, fioletoworóżowe… a może raczej indygo… taki niebieskofioletowy odcień, ale bardzo blady. Każdy z nich, a może mieszanka ich wszystkich… Właśnie taki kolor widzę przez brudną szybę, starannie, geometrycznie podzielony na dziewięć podługowatych trójkątów przez tamte nieruchome, czarne góry, gdy leżąc tu na łóżku, wpatruję się w ten mały skrawek nieba, jaki mogę stąd zobaczyć. (Panna DeGroot mówi, że mam szczęście, mieszkając na górze, wśród dachów i kominów. Mówi, że tu jest spokojniej. Może i ma rację. I można zobaczyć księżyc, jak się pokaże. Tak, myślę, że księżyc może się pokaże). Liliowy. Ametystowy. Albo lawendowy; prawie różowy. Leżąc tu, widzę, jak światło przygasa, ciemnieje, drżące, opalizujące światło. Zmierzchanie, jeśli lubisz poetyckość. Nie, ja nie jestem szczególnie poetycki. On oczywiście był, choć prawdę mówiąc, jego wyobraźnia wcale nie była lepsza od mojej. Wkrótce zapadnie półmrok, a potem znowu zrobi się ciemno. To dla mnie najbardziej samotna pora dnia, ten bolesny, wolno zstępujący antrakt przed ostatecznym zapadnięciem nocy. To, co Francuzi nazywają l’heure bleue, wyjątkowy czas biesiadowania, radości, serdeczności – które tutaj są dla mnie stracone – kiedy ludzie z zapałem planują aperitif, wieczorny wypad – popijawę, randkę, podryw – kiedy promienni i pełni życia, z dreszczykiem niecierpliwego wyczekiwania wylewają się na bulwary, migają w spowijającym wszystko mroku, a ich odbicia drżą w kałużach światła.

Wiem, co musisz teraz myśleć: to obłęd. Myślisz: przecież on nigdy nie był w Paryżu. Masz rację – nie byłem. Ale na dole, w świetlicy, mamy telewizor i czasem w wiadomościach – tych o szóstej, bo kiedy nadają te o jedenastej, musimy być już w łóżkach – oglądam relacje z Paryża. No i przeczytałem mnóstwo książek, o tak, widziałem też trochę filmów. Reszta to jedynie moja wyobraźnia; to prawda. Panna DeGroot mi nie dorównuje; on też, jeśli już o tym mowa. Nie, nigdy nigdzie nie byłem; i już nigdy nie będę. Obawiam się, że nigdy nie opuszczę tego małego, bardzo precyzyjnie poukładanego świata, który zamieszkuję. To odludne miejsce, myślisz sobie na pewno. I tu też masz rację. Ale co mam zrobić? Brakuje mi – czego? Co właściwie czuję? Co wywołuje u mnie wrażenie tęsknoty? To niejasne przygnębienie? Ten niepokój? Myślę, że w jakimś dziwnym, strasznym sensie brakuje mi… jego.

To okropne miejsce. Nienawidzę go. W kaloryferze klekocze para, kurki przy umywalce są całe w rdzy, a na suficie, jak już wspomniałem, jest zaciek. W tym miesiącu było zimniej; zimno, ponuro, obrzydliwie; odpychająca pora roku. I cicho. Kiedyś bywało, że nawet tu, tak wysoko, słyszało się tramwaje. Już ich nie ma. Dzisiejsze autobusy tak nie hałasują. Kiedyś obserwowałem tramwaje. Pamiętam tę piosenkę, która zawsze mi się z nimi kojarzyła. Brakuje mi ich. Nie mam tu za wiele do roboty. Kiedy jestem z innymi, śmieją się ze mnie, stroją sobie żarty z mojego nazwiska i często są kłopoty. Nie, nie chodzi o przemoc… przynajmniej nie zawsze. Więc trzymam się z dala. Nudne życie, zgodzisz się ze mną, ale panna DeGroot mówi, że tak jest lepiej. Ufaj pannie DeGroot. (Obiecała, że przyniesie mi tytoń do fajki – Prince Albert. Palę tę markę, od kiedy skończyłem osiemnaście lat; to już ponad trzydzieści lat).

Później. Wciąż liliowe, niebo. Nie – koniczynowe; tak, odcień bardziej koniczynowy. Pamiętam kępę koniczyny za domem, obok studni. Ona tak kochała koniczynę… wiesz, miała z niej ślubny bukiet… i stałaby tam i patrzyła na nią, a ty pytałbyś siebie dlaczego? I jak długo? Jak ona kochała koniczynę! Ciekawe, czy to ona zasiała ją tam, obok studni, czy może wysiała się sama, rosła dziko? Myślę, że nikt inny nigdy się nad tym nie zastanawiał.

Wiesz o studni? O tym ciemnym, tajemnym miejscu, gdzie zdarzył się tamten wypadek… a właściwie jeden z wypadków. Powieszenie. Nie, nie tego rodzaju, ale na swój sposób prawie tak samo straszne. Słyszysz to głośne skrzypienie bloku, kiedy przesuwa się przez niego lina, obracając zardzewiałe koło, opuszczając wiszący na niej ciężar w ciemność? I te straszne krzyki; okropne okrzyki pełne zaskoczenia, wściekłości i przerażenia. Nie. Przecież powiedziałem, że to nie było takie powieszenie… to nie była jedna z tych oficjalnych egzekucji… to znaczy, tak, w pewnym sensie to była egzekucja, ale tylko dlatego, że Holland nie lubił kotów. Nienawidził ich. Tak, to był kot. Nie wspomniałem? Kłopot, należał do staruszki, jej ulubieniec. Owinął linę wokół jego szyi – nie miał problemów z robieniem pętli – przeciągnął ją przez blok i powiesił kota w studni. Na złość. Kłopot polegał na tym – wybacz mi tę grę słów – że, psiakrew, przy okazji sam prawie się powiesił. Biedny Holland.

Niles, jego brat (bawił się wtedy koło pompy w Indian i kowboi), widział wszystko, słyszał miauczenie – miau! miauuu! – i przybiegł na pomoc.

Przerażająca scena, możesz sobie wyobrazić, kot drapie, prycha, Holland chichocze… nieludzko… tak jakby… i nagle wśród tego okropnego miauczenia krzyk, kiedy jego ciało przeleciało przez krawędź studni, zwierzę razem z nim – miau! miauuu! – i ktoś pomyślał, przez krótką chwilę, że Holland… ale nie, powiedział sobie, nie, on jest tylko ranny. „Ratunku! Niech ktoś mu pomoże! Coś mu się stało! Hollandowi coś się stało! Ratunku!” Na pewno był jeszcze czas, bo w studni nie było wody. Kot, biedne stworzenie, był martwy, i to był koniec sprawy. Ale Holland… wystarczyło trochę opatrunków, choć przez tydzień mogło boleć. Tak się kończy wieszanie kotów w studni. („Boli cię, Holland?”. „Jasne, że boli, a co myślałeś?”) Wypadki się zdarzają, stwierdził dziwnym trafem. A za ofiarność… Co? Prezent, głupku. Patrz, jaki prezent! Od Hollanda. Nie, cofam to, co powiedziałem, prezenty, a nie prezent.

I strzeżcie się Greków; niezwykle stosowna maksyma w tym przypadku.

Biedny kot.

Pewnie nie pamiętasz gospodarstwa Perrych, prawda? Mówią, że już go nie ma. Już nic tam nie ma. Studnię zasypali, a na wierzchu posiali trawę, choć w sumie mogli to sobie darować. Budynki gospodarcze – stodoła i piwnica na jabłka, która była pod nią, lodownia, ujęcie wody i wozownia, spichlerz na kukurydzę, tłocznia cydru – niczego już nie ma. Smutno mi, kiedy o tym myślę; mówią, że nie poznałbym tego miejsca. Farmę kupili luteranie i przez jakiś czas dom służył im za kościół, ale w końcu też został zburzony i na jego miejscu stanął nowy, większy. Na dachu jest antena telewizyjna. Osuszyli mokradła, rozparcelowali łąki, a tam, gdzie brodziliśmy w strumykach, teraz są ulice z latarniami i chodnikami, ogrodzenia z drucianej siatki i garaże na dwa samochody. Z tego, co było kiedyś, nie zostało już nic.

To był stary dom, miał dwieście lat albo więcej. Stał na rozległym terenie opadającym od Valley Hill Road aż po zatoczkę na rzece. Dawniej była to oczywiście prawdziwa farma – dziadzia Perry’ego i przed nim jego ojca nazywano w okolicy Cebulowymi Królami. To było jeszcze przed moim urodzeniem, ale można sobie było wyobrazić, jak przypominające pająki wozy z kołami cienkimi jak herbatniki podjeżdżały z cichym chrzęstem żwirowym podjazdem; jak rzeką przypływali statkami kapitanowie z Nowej Anglii i przy pomoście ładowali tony cebuli, zwykłej, wyhodowanej na polu cebuli w czerwonych, sznurkowych workach, którą wieźli potem do tych wszystkich, egzotycznych, karaibskich portów: na Jamajkę, Trynidad czy na Martynikę. Niech ktoś powie, że rodzinie Perrych nie powodziło się dobrze w Pequot Landing!

Pequot Landing – jestem pewien, że wiesz, jak wygląda typowe nadrzeczne miasteczko w Connecticut, niewielkie, bezpretensjonalne, stare. Wspaniałe wiązy ocieniające ulice (to było, zanim pojawiła się holenderska choroba wiązów), rozległe, dobrze utrzymane trawniki, dobrze zapowiadające się w czerwcu, a do września spalone słońcem, drewniane, ceglane lub tynkowane domy, czasem takie, takie i takie jednocześnie. Dom Perrych, solidny, duży, pełen zakamarków. Białe niegdyś szalowanie poszarzało od brudu, farba łuszczyła się na zielonych okiennicach otaczających wysokie okna z ospowatymi, nierównymi szybami, w pokrytych patyną rynnach zalegały liście z poprzedniego października. Dom był wygodny: weranda, wsparty na kolumnach portyk z jednej strony, kominki w większości wysokich pokoi, wszędzie koronkowe firany, nawet w lukarnach. Zacieki na tynku nad głową.

Stodoła – sędziwa, z nieco zapadniętym dachem i pokryta cętkami porostów, pachniała stęchlizną. Stała na nieznacznym wzniesieniu obok drogi do lodowni. Na kalenicy była latarnia z czterema oknami, w której trzymano gołębie. To był najwyższy punkt w okolicy, a na jej niewielkim, spiczastym daszku dominował nad wszystkim wiatrowskaz – sokół wędrowny, emblemat rodziny Perrych.

Po śmierci dziadzi Perry’ego – było to zaraz po pierwszej wojnie światowej – farma przestała być farmą. Zwolniono wszystkich pracowników oprócz starego Lena Angeliniego, pozbyto się inwentarza, pługi i brony zostały sprzedane lub rdzewiały w zapomnieniu. Ani Viningowi, ani jego młodszemu bratu nie uśmiechała się uprawa cebuli ani w ogóle gospodarowanie. Ziemia leżała odłogiem, farma dogorywała, a Vining każdego dnia zostawiał rodzinę – żonę, chłopców, Hollanda i Nilesa, córkę Torrie – i swoim REO jechał do Hartford, do pracy w dobrze prosperującej firmie ubezpieczeniowej. W tym czasie w posiadłości Perrych mieszkała już ta spokojna i zdeterminowana kobieta, prawdziwa opoka – Ada Vedrenya. Kiedy dzieci podrosły i wymagały więcej uwagi, zamknęła na głucho swój dom w Baltimore i zamieszkała w Pequot Landing, żeby pomóc w prowadzeniu domu swojej córce, żonie Vininga. George wyprowadził się do Chicago i w 1934 roku – roku śmierci Vininga Perry’ego – w miejscu tym panowała już zdecydowanie atmosfera schyłku. Lodownia stała się zapomnianym przez wszystkich szkieletem, stodoła była pusta, podobnie jak stajnie, z wyjątkiem pary koni, jedynymi lokatorami kurnika było kilka niosek i kogut-włóczęga, narzędzia powędrowały do szopy pana Angeliniego. Czynna pozostała jedynie tłocznia cydru, gdzie każdej jesieni wyciskano sok z pochodzących z sadu owoców zbyt poobijanych, by je sprzedać lub inaczej wykorzystać w domu.

Może czytałeś o wypadku, który wydarzył się w zimną listopadową sobotę, kiedy Vining Perry, ojciec dwunastolatków, Hollanda i Nilesa, zginął, znosząc ostatni z ciężkich koszy z klepiska w stodole do piwnicy na jabłka, gdzie przechowywano je zimą. Dla wszystkich była to wielka tragedia i przez osiem miesięcy po pogrzebie Vininga Perry’ego nie wolno było się tam bawić. Ale gdy nadszedł czerwiec i skończyła się szkoła, kiedy dyscyplina się rozluźniła, a podręczniki do historii i geografii powędrowały w kąt, kiedy zmieniono czas na letni, kiedy dorośli ciągle byli czymś zajęci, a długie popołudnia były doskonałą porą na zabawę w piwnicy na jabłka, znaleźli się tacy, którzy ignorowali zakaz. Była taka chłodna, ciemna i cicha! I sekretna. Emanowała dziwną, fascynującą aurą; naprawdę można ją było odczuć, i to nie tylko dlatego, że tam, na dole, śmierć pokazała swoją twarz.

Opowiedziałem pannie DeGroot wszystkie historie o piwnicy na jabłka. Mówi, że to niesamowite miejsce, i ma rację. Wkopana głęboko w ziemię pośrodku stodoły, o grubych, kamiennych ścianach, bez elektrycznego oświetlenia, była cudowną kryjówką. Przez sześć miesięcy w roku, od października do marca, stały tam rzędy ogromnych koszy pełnych jabłek, z krokwi zwisały wykopane z warzywnika cebule i girlandy suszonej papryki, a na półkach leżały pęki buraków, pasternaku i rzepy. Jednak przez resztę roku, kiedy zapasy zostały już zjedzone, piwnica zyskiwała inne, bardziej przemyślne zastosowania. To odcięte od światła i wolne od intruzów miejsce można było wypełnić najróżniejszymi wytworami chłopięcej wyobraźni: królami, dworzanami czy przestępcami; to była scena, świątynia, więzienie; tu zasiewane były magiczne ziarna, z których rośliny wyrastały w jedną noc, jak grzyby. Ściany można było zmusić, by się cofnęły, tworząc rozległą przestrzeń, a sufit i podłoga zapadały się w bezdenną otchłań; drewno, kamień i zaprawa rozpływały się na życzenie.

Jednak wtedy, w czerwcu, gdy miałeś przed sobą całe, nieskończenie długie lato, piwnica na jabłka była strefą zakazaną, a ty musiałeś być bardzo dyskretny i przebiegły, żeby cię nie złapali. Miałeś zapałki ukryte w pudełku po tytoniu Prince Albert i ogarek świecy wetknięty w butelkę po coca-coli. Wszystko było absolutną tajemnicą. Nasłuchiwałeś uważnie, obawiając się, że ktoś cię nakryje; słysząc jakiś dźwięk, wyobrażałeś sobie, że to Zdrajca, Olbrzym, Zombi…
(…)

Thomas Tryon „Ten drugi”
Tłumaczenie: Marek Król
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 344

Opis: Lata trzydzieste XX wieku, urokliwe, sielskie miasteczko w Nowej Anglii, kolebce amerykańskiej kultury. Nastoletni bliźniacy Niles i Holland dorastają w typowej wielopokoleniowej rodzinie o emigranckich korzeniach. Mają diametralnie różne usposobienie, ale łączy ich bardzo silna, niemal telepatyczna więź. Ich ojciec zginął w makabrycznym wypadku, a matka, nie mogąc pogodzić się ze stratą, popada w chorobę psychiczną. Chłopcy wiele czasu spędzają z babcią, z którą grają w surrealistyczną grę, a tymczasem na rodzinę spadają kolejne nieszczęścia… „Ten drugi” to doskonały horror psychologiczny, który nie epatując krwią, umiejętnie łączy niespieszne tempo z atmosferą tajemnicy i rosnącym nieustannie napięciem. Absolutny klasyk literatury grozy, nigdy wcześniej niewydany w Polsce. Thomas Tryon (1926–1991) to absolwent Yale, aktor znany ze świetnej roli w „Kardynale” (1963) Ottona Premingera i pisarz. „Ten drugi” to jego debiut literacki.

Tematy: , , ,

Kategoria: fragmenty książek