banner ad

Kim są Oprawcy książek? Przeczytaj fragment „Ksiąg zapomnianych żyć” Bridget Collins

26 października 2020

„Księgi zapomnianych żyć” Bridget Collins to powieść, która mówi o znaczeniu pamięci dla naszej tożsamości. Akcja osadzona jest w świecie przypominającym XIX-wieczną Anglię. Czytanie jest tam uważane za zbrodnię, a książki służą jedynie do tego, by zamykać w nich złe wspomnienia, które w ten sposób zostają całkowicie wymazane z pamięci. Zajmują się tym Oprawcy. Pomysł na powieść zrodził się, gdy autorka zaczęła studiować introligatorstwo. „Od razu uwiodły mnie sam proces oprawiania, materiały oraz narzędzia wykonane z drewna, kości i metalu. Wszystko było cudownie namacalne, z subtelnym urokiem, który sprawił, że wyobraziłam sobie inny, starszy świat” – mówi. Mniej więcej w tym samym czasie pracowała jako wolontariuszka w organizacji Samarytanie, dzięki czemu mogła wysłuchać historii ludzi, którzy doświadczyli traumatycznych lub bolesnych przeżyć. „Zastanawiałam się, co by się stało, gdybym mogła po prostu sięgnąć i zabrać te wspomnienia z dala od nich, pozwalając im zacząć od nowa. Czy zrobiłabym to, mając taką możliwość? Jakie byłyby tego szersze konsekwencje?” – opowiada Collins. Poniżej możecie przeczytać rozdział, który wprowadzi was w świat „Ksiąg zapomnianych żyć”.

V

– Nie dotykaj.

Nie usłyszałem, że Seredith weszła do pokoju, ale jakaś odległa, czujna część mnie nie była zaskoczona, gdy usłyszałem jej głos. Nie wiedziałem, jak długo tam stałem. Dopiero kiedy się cofnąłem – ostrożnie, jakbym bał się coś zbudzić – poczułem sztywność w stawach, mrowienie w stopach i zorientowałem się, że musiało upłynąć sporo czasu. Mimo ostrożności uderzyłem kostką w pudło, ale dźwięk został stłumiony przez otaczającą nas ziemię.

– Nie zamierzałem dotykać – powiedziałem.

– Emmett…

Nie odpowiedziałem. Knot lampy wymagał przycięcia, cienie znikały i pojawiały się znowu. Kości świeciły na czarnym łożu. Kiedy światło mrugało, przysiągłbym, że kości też się poruszały, ale kiedy wreszcie płomień się uspokoił, one też się ułożyły.

– To tylko oprawa – rzekła. Poruszyła się w drzwiach, ale nie spojrzałem w jej stronę. – To macica perłowa.

– A nie prawdziwe kości. – Zabrzmiało to jak kpina. Nie zamierzałem tak się odezwać, ale byłem zadowolony, bardzo zadowolony, że cisza została przerwana w taki właśnie sposób.

– Nie – szepnęła. – Nie prawdziwe kości.

Gapiłem się na błyszczące, skomplikowane kształty na aksamicie, aż się rozmazały. W końcu sięgnąłem i naciągnąłem na nie materiał; stałem i patrzyłem teraz na kawałek szorstkiego, brązowego płótna. Tu i ówdzie, gdzie tkanina była przetarta, prześwitywały gładkie krawędzie kości udowej, perłowa krzywizna czaszki i maleńki, idealny palec. Wyobraziłem sobie, jak nad nimi pracowała, wycinając kształty z macicy perłowej. Zamknąłem oczy i nasłuchiwałem pulsowania własnej krwi i otaczającej mnie martwej ciszy murów i ziemi.

– Powiedz mi – rzekłem. – Powiedz mi, co robisz.

Lampa zamruczała i parsknęła. Nic się nie poruszyło.

– Już wiesz.

– Nie.

– Wiesz, musisz tylko się nad tym zastanowić.

Otworzyłem usta, by zaprzeczyć, ale coś mnie złapało za gardło. Płomień rozgorzał, urósł, a potem zmalał do małej, niebieskiej bańki. Ciemność zrobiła ku mnie krok.

– Oprawiasz… ludzi – powiedziałem. Miałem tak wyschnięte gardło, że mówienie bolało; ale cisza bolała bardziej. – Przerabiasz ludzi na książki.

– Tak. Ale nie w taki sposób, jak myślisz.

– A jak inaczej?

Podeszła do mnie. Nie obróciłem się, jednak płomień świecy rozjaśnił mrok i odepchnął cienie.

– Usiądź, Emmett.

Dotknęła mojego ramienia. Podskoczyłem i zatoczyłem się, wpadając na stół. Narzędzia z klekotem rozsypały się po podłodze. Gapiliśmy się na siebie. Też się cofnęła. Postawiła świecę na jednej ze skrzyń, płomień podkreślił, jak bardzo drżały jej ręce. Na podłogę kapnął wosk; natychmiast zastygł, jak woda zmieniająca się w mleko.

– Usiądź. – Podniosła szufladę ze słoikami ze skrzyni. – Tutaj.

Nie chciałem siadać, kiedy ona stała. Patrzyłem jej w oczy i pierwsza odwróciła wzrok. Ostawiła szufladę. A potem schyliła się powoli, by pozbierać narzędzia, które zrzuciłem ze stołu.

– Łapiesz ich – powiedziałem. – Łapiesz ludzi i wsadzasz ich do książek. Odchodzą stąd… wyczyszczeni.

– Pewnie tak, w pewnym sensie…

– Kradniesz im dusze. – Głos mi się załamał. – Nic dziwnego, że ludzie się ciebie boją. Zwabiasz ich tutaj i wysysasz do czysta, bierzesz, co chcesz, i odprawiasz ich z niczym. Tym jest książka, prawda? Życiem. Człowiekiem. I kiedy książka się spali, ludzie umrą.

– Nie. – Wyprostowała się, ściskając w dłoni nożyk o drewnianej rękojeści.

Podniosłem książkę ze stołu i wyciągnąłem w jej stronę.

– Słuchaj. – Mój głos był coraz głośniejszy. – To jest człowiek. W środku jest człowiek, a gdzieś po świecie krąży żywy trup. To, co robisz, jest złe, powinni cię byli, kurwa, spalić.

Spoliczkowała mnie.

Cisza. W powietrzu brzmiało ciche, wysokie, nieprawdziwe dzwonienie. Łzy stanęły mi w oczach i spłynęły po policzkach. Otarłem je wnętrzem nadgarstka. Ból zmienił się w pieczenie, jak sól stygnąc na skórze. Odłożyłem książkę i wygładziłem kciukiem wyklejkę, którą zmiąłem. Zagięcie nigdy do końca nie zniknie, wyglądało jak blizna przecinająca róg.

– Przepraszam – powiedziałem.

Seredith odwróciła się i wrzuciła nóż do szuflady obok mnie.

– Wspomnienia – rzekła w końcu. – Nie ludzi, Emmett. Zabieramy i oprawiamy wspomnienia. Takie, których ludzie nie są w stanie znieść. To, z czym nie mogą żyć. Zabieramy te wspomnienia i chowamy je w miejscu, w którym już nikogo nie skrzywdzą. Tym są książki.

W końcu spojrzałem jej w oczy. Jej twarz była szczera, otwarta, trochę zmęczona, jak jej głos. Kiedy o tym opowiadała, wszystko wydawało się takie właściwe, takie potrzebne, zupełnie jak wyjaśnienia lekarza, dlaczego trzeba dokonać amputacji.

– Nie dusze, Emmetcie – rzekła. – Nie ludzi. Tylko wspomnienia.

– To złe – powiedziałem, próbując przybrać taki sam ton głosu jak ona. Spokojny, wyważony… Ale mój głos drżał i mnie zdradzał. – Nie możesz mówić, że to dobre. Kim jesteś, żeby oceniać, z czym ludzie mogą żyć?

– Nie my oceniamy. Pomagamy ludziom, którzy do nas przychodzą i proszą o oprawę. – Przez jej twarz przebiegł błysk współczucia, jakby wiedziała, że wygrała. – Nikt nie musi do nas przychodzić, Emmetcie. To oni decydują. My tylko pomagamy im zapomnieć.

To nie mogło być takie proste. Wiedziałem, że nie było. Ale nie miałem już argumentów, nie mogłem bronić się przed miękkością jej głosu i spokojnym spojrzeniem.

– Dlaczego zrobiłaś taką książkę?

– Książkę Milly? Naprawdę chcesz wiedzieć?

Nagle przeszył mnie ostry dreszcz. Zacisnąłem zęby i nie odpowiedziałem.

Minęła mnie, popatrzyła na szmatkę, a potem ją odsunęła. Szkielecik błyszczał na niebiesko.

– Zakopała je żywcem – powiedziała Seredith. W jej słowach nie było emocji, tylko precyzja; to ja wszystko odczułem. – Nie dawała sobie rady, myślała, że już nie wytrzyma. Pewnego dnia, kiedy nie przestawało płakać, owinęła je i zaniosła na śmietnik, a tam zasypywała odpadkami i obornikiem, aż w końcu przestała je słyszeć.

– Swoje dziecko?

Skinęła głową.

Chciałem zamknąć oczy, ale nie mogłem odwrócić wzroku. Dziecko leżało tak, zwinięte w kłębek i bezradne, próbowało płakać, próbowało oddychać. Ile czasu minęło, zanim stało się częścią tej kupy obornika i zaczęło gnić jak wszystko wokół niego? To przypominało potworną bajkę: kości zmieniły się w perły, a ziemia w aksamit. Ale to była prawda. To była prawda, opowieść zamknięta w książce, zapisana na martwych stronicach. Moja dłoń, gładząca wyklejkę, mrowiła; gruby, żylasty papier, czarny niczym ziemia.

– To morderstwo – powiedziałem. – Dlaczego konstabl jej nie aresztował?

– Nikt nie wiedział o dziecku. Było jej tajemnicą.

– Ale… – Urwałem. – Jak mogłaś jej pomóc? Kobiecie, dziewczynie, która zabiła własne dziecko… Ot tak… Powinnaś była…

– Powinnam była co?

– Pozwolić jej cierpieć! Kazać jej z tym żyć! Pamięć to część kary. Jeśli popełnisz zły uczynek…

– To było dziecko jej ojca. Tego, który tu przyszedł spalić książkę. Jest jej ojcem i ojcem jej dziecka.

Przez chwilę nie rozumiałem, co powiedziała. A potem odwróciłem wzrok i zrobiło mi się niedobrze.

Płótno zaszeleściło, kiedy Seredith okrywała nim książkę, skrzynia skrzypnęła, kiedy usiadła na jej krawędzi, przytrzymując się stołu.

W końcu się odezwała:

– Nie jestem z tobą szczera, Emmett. Czasami odprawiam ludzi. Bardzo, bardzo rzadko. I nie dlatego, że zrobili coś tak strasznego, że nie mogę im pomóc, tylko dlatego, że wiem, że będą te straszne rzeczy robić nadal. Jeśli jestem tego pewna, odmawiam pomocy. Ale przez ponad sześćdziesiąt lat zdarzyło się to trzy razy. Innym pomagałam.
Czy zakopanie dziecka żywcem nie jest straszne?

– Oczywiście – odparła i opuściła głowę. – Oczywiście, że jest, Emmetcie.

Wdech.

– Powiedziałaś, że tym są książki… Każda książka – rzekłem. – Każda książka, którą oprawiono, to czyjeś wspomnienia. Coś, o czym chcieli zapomnieć.

– Tak.

– I… – odchrząknąłem. Nagle poczułem na twarzy odbicie dłoni mojego ojca, uderzenie, które wymierzył mi wiele lat temu, jakby ból nigdy nie zelżał. „Żebym cię nigdy więcej nie widział z książką”. Przed tym właśnie chciał mnie chronić. A teraz zostałem czeladnikiem; miałem być oprawiaczem.

– Wydaje ci się – powiedziałem wolno. – Wydaje ci się, że będę robić to, co ty.

Nawet na mnie nie spojrzała.

– Będzie ci łatwiej – rzekła jak z oddali – jeśli nie będziesz pogardzał tą pracą. Nie pogardzaj książkami, nie pogardzaj ludźmi, którzy potrzebują pomocy, i nie pogardzaj sobą. Swoją pracą.

– Nie mogę – powiedziałem. – Nie będę. To nie jest… Roześmiała się. Ten śmiech tak bardzo przypominał jej normalne, rozbawione prychnięcie, że żołądek mi się ścisnął.

– Ależ możesz. Oprawiacze się rodzą, a nie wyuczają. A ty się oprawiaczem urodziłeś, chłopcze. Pewnie ci się to teraz nie podoba. Ale zrozumiesz. Nie uciekniesz od tego. To wielka siła, która w tobie drzemie. Dlatego właśnie zachorowałeś, kiedy… Jesteś silniejszy niż większość znanych mi oprawiaczy. Przekonasz się.

– Skąd wiesz? Możesz się mylić…

– Emmett. Ja wiem.

– Skąd?

– Gorączka oprawcza cię wydała. Będziesz dobrym oprawiaczem. Pod każdym względem.

Pokręciłem głową. Kręciłem nią, mimo że nie wiedziałem dlaczego.

– Czasami – powiedziała – to, co robimy, jest bardzo trudne. Czasami czuję się zła albo smutna. Czasami żałuję, gdybym wcześniej znała te wspomnienia, nie zgodziłabym się… – Urwała i odwróciła wzrok. – Przez większość czasu mnie to nie rusza. Ale niekiedy tak się cieszę, że ból ustąpił, że byłoby warto nawet wówczas, gdyby to była jedyna osoba, której w życiu pomogłam.

– Nie będę tego robić. To niewłaściwe. Nienaturalne.

Opuściła głowę i wzięła wdech tak głęboki, że zobaczyłem, jak podnoszą się jej ramiona. Skóra pod oczami wydawała się delikatna jak pyłek na skrzydełkach ćmy, jeden dotyk i opadnie, odsłaniając kości. Odezwała się, nie patrząc na mnie:

– To święte powołanie, Emmetcie… Kiedy ktoś powierza ci swoje wspomnienia… Odbieranie tej najgłębszej, najmroczniejszej części człowieka i chronienie jej po wsze czasy. Szanowanie jej, wydobywanie z niej piękna, choć nikt jej nigdy nie ujrzy. Chronienie jej własnym życiem…

– Nie chcę być trochę lepszym katem.

Szarpnęła się. Przez długi czas myślałem, że znów mnie uderzy.

– Dlatego ci wcześniej nie powiedziałam – rzekła w końcu. – Nie jesteś jeszcze gotów, wciąż walczysz… Ale teraz wiesz. I masz szczęście, że trafiłeś tutaj. Gdybyś się wybrał do oprawialni w Castlefordzie, to już dawno by z ciebie wybili skrupuły.

Wyciągnąłem palec i przeciągnąłem nim przez płomień świecy, raz, drugi, zwalniając tak, że ledwo mogłem wytrzymać. Zbyt wiele pytań; skupiłem się na bólu i pozwoliłem moim ustom wybrać.

– Dlaczego jestem tutaj? – Zamrugała.

– Bo byłam najbliżej. I… – Urwała.

Przestała patrzeć mi w oczy. Pomasowała czoło i po raz pierwszy zauważyłem, jakie miała zarumienione policzki.

– Emmett, jestem wyczerpana. Wydaje mi się, że na dziś wystarczy. Prawda?

Miała rację. Sam byłem tak zmęczony, że cały świat wirował. Pokiwałem głową. Wstała. Wyciągnąłem rękę, żeby jej pomóc, ale nie zwróciła na mnie uwagi. Ruszyła ku drzwiom.

– Seredith?

Zatrzymała się, ale nie odwróciła. Oparła się o ścianę; rękaw odsłonił nadgarstek, chudy jak u dziecka.

– Tak?

– Gdzie są książki? Jeśli ich strzeżesz…

Wyciągnęła rękę ku okrągłej płycie na ścianie.

– Po drugiej stronie jest skarbiec – rzekła.

– Mogę go zobaczyć?

– Tak. – Zaczęła się odwracać i sięgnęła po klucz, który wisiał na jej szyi, ale potem jej dłoń się na nim zacisnęła. – Nie. Nie teraz. Innym razem.

Zapytałem z ciekawości. Ale coś w wyrazie jej twarzy… a raczej brak czegoś w wyrazie jej twarzy, czegoś, co powinno tam być… Wepchnąłem język w szparę między dwoma zębami i nie spuszczałem z niej wzroku. Spocone kosmyki włosów kleiły jej się do czoła. Zatoczyła się. Ruszyłem ku niej, ale cofnęła się, jakby nie mogła znieść mojej bliskości.

– Dobranoc, Emmett.

Obróciła się, oparła o framugę, jakby walczyła, żeby się nie przewrócić. Powinienem był pozwolić jej odejść, ale nie mogłem się powstrzymać.

– Seredith… co się dzieje, jeśli książka spłonie? Czy ludzie umierają?

Nie spojrzała na mnie. Powłócząc nogami, ruszyła w górę po schodach.

– Nie – powiedziała. – Przypominają sobie.

Byłem tak zmęczony, że nie mogłem myśleć. Seredith poszła do łóżka, ja też powinienem. Gdybym tylko poszedł do łóżka godzinę temu zamiast siedzieć przy piecu w warsztacie… Spać. Chciałem przekroczyć próg nieświadomości. Potrzebowałem tej ciemności najbardziej na świecie. Nie chciałem tu być.

Usiadłem. A raczej zorientowałem się, że siedzę, zwinięty na podłodze, z podkurczonymi nogami, oparty o skrzynię. Nie miałem siły, aby znaleźć lepszą pozycję. Otoczyłem nogi rękami, położyłem głowę na kolanach i zasnąłem.

Kiedy się obudziłem, pierwszą rzeczą, którą poczułem, był spokój. Było ciemno choć oko wykol – świeca się wypaliła – i czułem się, jakbym płynął, bezboleśnie roztapiając się w delikatnych nurtach ciemności. Potem część tego, co się wydarzyło, wróciła – ale niewielka, zbyt mała, by mnie zranić, niczym odbicie w srebrnym kieliszku. Wstałem i wspiąłem się po schodach, ziewając. Myślałem, że był środek nocy, i szarawe światło wlewające się przez okna warsztatu było na tyle rażące, że zamrugałem i potarłem oczy. Nadal padało, choć teraz cichą mżawką, śnieg leżał już tylko w kilku miejscach, brudny i ospowaty. Seredith miała rację co do odwilży: poczta przyjedzie do nas jeszcze przynajmniej raz, zanim zima na dobre się zacznie.

Piec zgasł. Zawahałem się, bo chciałem go zostawić i pójść na górę do łóżka, ale był poranek i praca na mnie czekała… Praca. O pracy akurat nie chciałem myśleć. Przykucnąłem i rozpaliłem ogień. Kiedy się rozhajcował, było mi już cieplej, ale głęboki, cichy chłód domu potrzebował więcej niż jednego źródła ciepła, by odtajać. Nie zakleiłem wybitego okna; ale to nie o nie chodziło, tylko o coś innego. Pokręciłem głową, zastanawiając się, czy słuch mnie zawodzi. Było tak, jakby śnieg nadal tłumił wszystkie odgłosy albo jakby dochodziły z daleka, a ja słyszałbym tylko ich odległe echo…

Herbata. Puszka była prawie pusta. Nastawiłem wodę i poszedłem do spiżarni po nową paczkę. Przechodząc przez hol, odwróciłem twarz od wilgoci, która wpadała przez wybite okno. Jak tylko napiję się czegoś gorącego, znajdę kawałek sklejki…

Seredith leżała skulona na schodach, z głową opartą o poręcz.

– Seredith? Seredith!

Dopiero kiedy się poruszyła, zdałem sobie sprawę, że się bałem. Delikatnie dźwignąłem ją na nogi, przerażony tym, jaka była lekka, i gorącem, jakie od niej buchało. Była spocona i miała wypieki. Wymruczała coś, więc schyliłem się, by ją usłyszeć.

– Nic mi nie jest – powiedziała. Jej oddech cuchnął, jakby coś w niej gniło. – Po prostu… usiadłam.

– Tak – odrzekłem. – Zapakujmy cię do łóżka.

– Naprawdę nic mi nie jest. Nie potrzebuję…

– Wiem – powiedziałem. – Chodź. – Niosłem ją i pchałem jednocześnie stopień po stopniu i przez korytarz, aż do sypialni. Wpełzła do łóżka i naciągnęła na siebie kołdrę, jakby marzła. Pobiegłem na dół, żeby przynieść jej dzbanek wody, ziołową herbatę na zbicie gorączki i więcej koców, ale kiedy wróciłem, już spała. Rozebrała się, ubranie leżało w kupce na podłodze.

Stałem nieruchomo, nasłuchując ciszy. Słyszałem oddech Seredith – głośniejszy i szybszy, niż powinien być – i ciche stukanie deszczu o szybę; oprócz tego i krwi dudniącej mi w uszach słychać było tylko pustkę domu i mokradeł. Nigdy w życiu nie byłem bardziej sam.

Usiadłem. W tym świetle śpiąca Seredith wyglądała na jeszcze starszą. Skóra na jej policzkach i poniżej linii szczęki obwisła, na kościach nosa i oczu wydawała się dziwnie cienka. Strużka śliny zaschła w kąciku jej ust. Mruknęła coś i odwróciła się, a jej ręce drgnęły i zacisnęły się na kołdrze. Jej skóra miała kredowy, żółtawy kolor na tle wyblakłego patchworku w kolorach indygo i bieli. Gdzieniegdzie cień kropel deszczu pełzał po bawełnie.

Rozejrzałem się. Nigdy nie było mnie tu za dnia. W pokoju stał mały kominek, siedzisko pod oknem i fotel, który wydawał się omszały, ale poza tym był równie pusty jak mój. Nad kominkiem nie dostrzegłem ani obrazków, ani dekoracji. Jedyną ozdobą na ścianach było światło wpadające przez okno i delikatna koronka z kropli deszczu spływających po szybie. Nawet moi rodzice mieli więcej rzeczy. A Seredith nie była biedna; wiedziałem przecież, jakie listy zakupów wysyłamy co tydzień do Castlefordu i jakie worki przywoził Toller z powrotem. Nigdy się nie zastanawiałem, skąd się brały pieniądze. Gdyby umarła…

Spojrzałem na jej twarz na poduszce i ogarnęła mnie panika. Ledwo się powstrzymałem, żeby jej nie obudzić i nie wlać jej herbaty przemocą do gardła; lepiej, żeby spała. Powinienem rozpalić ogień, przynieść wilgotne szmatki, zrobić wodę z miodem, żeby była gotowa, kiedy Seredith się obudzi… Ale siedziałem nieruchomo, nie mogąc jej zostawić. Tyle razy było odwrotnie – to ona czuwała przy moim łóżku, kiedy spałem, cierpliwa jak kamień – ale nigdy nie dała mi odczuć, że powinienem być jej za to wdzięczny. Pierwszy raz zastanowiłem się, czy jej oschłość była rozmyślna. Gardło mnie bolało.

Godzinę później w deszczu usłyszałem odległe skrzypienie wozu, a potem niezbyt czysty dźwięk dzwonka. Poczta. Podniosłem głowę; jakaś chora część mnie chciała, żeby odjechał i zostawił mnie w tym dziwnym, rozpaczliwym spokoju, ale wstałem i zszedłem otworzyć drzwi.

– Seredith jest chora. Nie wiem, kogo… Możesz tu kogoś przysłać?

Toller zezował na mnie znad kołnierza płaszcza.

– Przysłać? Kogo?

– Lekarza. Albo jej rodzinę. – Pokręciłem głową. – Nie wiem. Przecież pisze listy, prawda? Powiedz tym, do których pisze.

– Ja… – Urwał i wzruszył ramionami. – Dobra – powiedział. – Ale ja bym nie liczył, że przyjadą.

Odjechał. Patrzyłem za nim, dopóki wóz nie zmniejszył się do kropeczki ledwie widocznej pośród burej trawy i wpółroztopionego śniegu.
(…)

Bridget Collins „Księgi zapomnianych żyć”
tłumaczenie: Joanna Wołyńska
wydawnictwo: Czwarta Strona
ilość stron: 448

Opis: Wyobraź sobie świat, w którym książki są zakazane, a ich czytanie jest uważane za zbrodnię. Wyobraź sobie świat, w którym każde złe wspomnienie i nawet największa rozpacz mogą zostać całkowicie wymazane z pamięci. Wyobraź sobie świat, w którym możesz ukryć każdą krzywdę i niegodziwość, jakich kiedykolwiek się dopuściłeś. Te światy są ze sobą nierozerwalnie połączone. Wszystko przez Oprawców.

Emmet Farmer jest dobrym, pracowitym synem, który każdy dzień spędza na roli, pomagając rodzicom związać koniec z końcem. Wszystko się zmienia, gdy otrzymuje list z wezwaniem do odbycia praktyk w pracowni Seredith, kobiety zajmującej się tajemniczym procesem oprawiania książek. Emmet, który o księgach i Oprawcach wie niewiele, ale pamięta panującą wokół nich atmosferę strachu, tajemnicy i nieskrywanej pogardy, niechętnie rozpoczyna żmudną naukę w warsztacie. Pod czujnym okiem Oprawczyni poznaje sekrety gilotyny, czcionek i starego pergaminu. Być może właśnie wśród pachnących kurzem książek i skórzanych opraw odnajdzie prawdziwego siebie. „Księgi zapomnianych żyć” to niesamowita historia o zakazanej miłości, lojalności, przyjaźni i wielkiej, magicznej mocy książek.

Tagi: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek