banner ad

Cohen absolutny

18 listopada 2013

Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyznąSylvie Simmons „Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną”
Ocena: (brak)1

„Jestem twoim mężczyzną” to pomnik wystawiony jednemu z największych pieśniarzy XX wieku. Ale w przeciwieństwie do tych z brązu, spiżu czy z kamienia jest pomnikiem wibrującym organicznym życiem.

Pierwszy raz usłyszałem Cohena w liceum. Była pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Kolega z klasy nabył piracką kasetę z „I?m your Man”. Słuchaliśmy do znudzenia „Everybody knows” i „I?m your Man” – zachwycających ballad, których teksty tłumaczyłem z pamięci zamiast uważać na lekcjach – ale to by było na tyle. Reszta płyty nie przypadła mi do gustu: wydawała się zimna, elektroniczna, monotonna i, no cóż, brzmiała jak coś, czego słuchaliby moi rodzice. W moim magnetofonie w owym czasie rządził grunge.

Jako młody student odkryłem cały wszechświat Leonarda Cohena. Płyty, powieści, poezję. Raczkujący w Polsce internet był źródłem tekstów. Z walkmena nie wyciągałem „Songs of Leonard Cohen”. Nie mogłem przestać nucić „So long Marieanne”.

Dziś Cohen to żywa ikona muzyki. To Bob Dylan, Paul McCartney, Mick Jagger i Keith Richards ? jeden z ostatnich żyjących gigantów rockowo-hippisowskiej rewolucji. To David Bowie – artysta, który nie bał się dokonać przewrotu we własnej twórczości i dzięki temu osiągnął międzynarodowy sukces i sławę. Gdyby zaćpał się na śmierć, a było blisko, stałby się Jimem Morrisonem, Janis Joplin, Jimi Hendrixem. Zamiast tego Cohen skrył się przed zgiełkiem sławy w buddyjskim zakonie na szczycie kalifornijskiego wzgórza. Kiedy z niego zszedł był przebrzmiałą gwiazdą, do tego biedną.

XXI wiek okazał się dla Cohena łaskawy. Nagrana po dekadzie milczenia płyta i światowe tournee odbudowały jego pozycję barda i muzyka. Kolejne pokolenia przypomniały sobie o jego twórczości literackiej. Dziś Cohen to klasyk. Pieśniarz nad pieśniarzami. Wypełnia Salę Kongresową, a w pierwszych rzędach widowni zasiadają znane osobistości. Nie dziwota, że zaczynają stawiać Cohenowi pomniki. „Jestem twoim mężczyzną” Sylvie Simmons to jeden z nich.

Stawianie pomników ludziom, czy to żywym, czy umarłym, to niebezpieczna gra. W końcu pomnik to uwiecznienie człowieka i mitu, który mu towarzyszy. Po drodze łatwo jest zgubić z oczu prawdziwą osobę skrytą za mitem. Człowiek zostaje pokryty brązem i tym samym pozbawiony życia. Zapominamy, że Mickiewicz był kiepskim ojcem, któremu dzisiejsza opieka społeczna pewnie odebrałaby dzieci – pamiętamy jedynie osłoniętego płaszczem i trzymającego księgę w dłoni pierwszego wieszcza romantyzmu, patrzącego dumnie z piedestału, otoczonego przez alegorie Ojczyzny, Nauki, Poezji i Męstwa.

Pomnik Cohena wystawiony przez Sylvie Simmons jest monumentalny. „Jestem twoim mężczyzną” to potężne tomiszcze imponujące faktografią i suto zdobione rzadkimi ilustracjami. Kompedium wiedzy absolutne. Dotychczasowe biografie wypadają w porównaniu z nią niczym „czwórkowi” uczniowie. Są jedynie poprawne, zgodne z utartą narracją. Malują ikoniczny portret udręczonego artysty.

„Jestem twoim mężczyzną” jest niczym renesansowa rewolucja w malarstwie. Portret Simmons to pulsujący życiem od pierwszych stron obraz człowieka z krwi i kości. Dziecka, mężczyzny, kochanka, męża, ojca, pisarza, barda, muzyka, mnicha, gwiazdy – Cohen w bezwstydnie totalnej postaci.

Obrazu człowieka zawsze dopełnia jego tło – miejsca i ludzie. Świat odmalowany przez Simmons zachwyca bogactwem drobiazgów. Począwszy od narodzin Cohena, a nawet przed nimi, „Jestem twoim mężczyzną” rozwija się w mikrokosmos pełen ludzi, miejsc i towarzyszących im wydarzeń. Z rozdziału na rozdział opowieść o człowieku staje się opowieścią o jego świecie.

Simmons opanowała swój kunszt do perfekcji. „Jestem twoim mężczyzną” to historia snuta przez doświadczoną bajarkę, która dawkowanie emocji i faktów ma w małym paluszku. Jednak warsztatowa sprawność często nie wystarcza. Porywająca biografia musi mieć to „coś”. Tym czymś jest niewątpliwe zauroczenie autorki podmiotem swej pracy. Jej ciekawość. Jakby o niezliczoną ilość zdawałoby się nieistotnych szczególików wypytywała zakochana kobieta, która chce wiedzieć wszystko o obiekcie swoich westchnień. Ta swoista czułość w traktowaniu ciemniejszych stron życiorysu. Podskórny erotyzm pulsujący w temacie licznych kochanek Cohena.

Tak pisze zakochana kobieta. A w toku lektury zakochałem się w Cohenie i ja. Znów. To zupełnie naturalne zjawisko. Kiedy mowa o miłości, to Cohen jest twoim mężczyzną.

Krzysztof Stelmarczyk

1 Nie poddajemy ocenie książek, które ukazały się pod naszym patronatem.

Tagi: , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje