banner ad

Pirackie płyty i Hitler w RPA. Przedpremierowy fragment wspomnień komika Trevora Noaha „Nielegalny. Moje dzieciństwo w RPA”

26 lutego 2018


Trevor Noah, jedna z gwiazd amerykańskiej sceny komediowej, gospodarz programu satyrycznego „The Daily Show”, opisał historię swojego dzieciństwa. „Nielegalny” to wciągająca, inspirująca i zabawna opowieść o dorastaniu w Południowej Afryce u schyłku apartheidu oraz w burzliwych pierwszych latach wolności. Poniżej prezentujemy przedpremierowo obszerny fragment książki, która trafi do sprzedaży 28 lutego.

HITLER! HITLER!

Kiedy byłem w dziewiątej klasie, do Sandringham przeniosło się trzech Chińczyków: Bolo, Bruce Lee i John. Byli jedynymi Chińczykami na tysiąc stu uczniów. Bolo zawdzięczał swoją ksywę podobieństwu do Bolo Yeunga z filmu Krwawy sport z Jeanem-Claude?em Van Damme?em. Bruce Lee naprawdę nazywał się Bruce Lee, co było zbyt piękne. Oto chodzi z nami do szkoły Chińczyk, małomówny, przystojny, dobrze zbudowany, i nazywa się Bruce Lee. To jakieś czary, myśleliśmy. Dzięki ci, Jezu, że dałeś nam Bruce?a Lee. John, choć trudno w to uwierzyć, był po prostu Johnem.

Bolo należał do moich klientów, dla których robiłem zakupy w sklepiku. Jego rodzice byli zawodowymi piratami. Kopiowali gry wideo i handlowali nimi na bazarach. Bolo poszedł w ich ślady: sprzedawał w szkole nielegalne kopie gier na PlayStation. Ludzie przynosili mu swoje konsole, a po kilku dniach dostawali je z powrotem ze specjalnym chipem i odtąd mogli uruchamiać na nich pirackie gry, które Bolo im sprzedawał. Bolo kumplował się z białym chłopakiem, też piratem, imieniem Andrew, który handlował nielegalnymi płytami CD. Dwa lata starszy ode mnie Andrew był prawdziwym maniakiem komputerowym; miał nawet w domu nagrywarkę płyt w czasach, kiedy nikt ich nie miał.

Któregoś razu, robiąc rundkę z zakupami ze sklepiku, podsłuchałem, jak Andrew i Bolo skarżą się na czarnych uczniów, którzy zorientowali się, że mogą wziąć od nich towar i powiedzieć: „Zapłacę ci później”, a potem nie zapłacić, bo Andrew i Bolo zbyt się bali czarnych, żeby za nimi chodzić i domagać się pieniędzy. Postanowiłem wtrącić się do ich rozmowy.

? Słuchajcie ? rzekłem ? nie ma się co złościć. Czarni nie mają kasy, więc zawsze kombinujemy, jak dostać więcej za mniej. Ale ja wam pomogę. Będę waszym pośrednikiem. Dajcie mi towar, a ja go sprzedam i odbiorę zapłatę. W zamian odpalicie mi jakiś procent.

Spodobał im się mój pomysł i zostaliśmy partnerami.

Jako sklepikowy nadawałem się idealnie do tej roli. Miałem już siatkę klientów. Wystarczyło zacząć handel. Pieniądze ze sprzedaży płyt CD i gier wideo odkładałem na dodatkową pamięć i urządzenia do własnego komputera. Andrew wszystkiego mnie nauczył: gdzie najtaniej kupić części, jak je zamontować, jak naprawić. Wprowadził mnie też w tajniki swojego biznesu: pokazał, jak się ściąga muzykę, gdzie kupować czyste płyty po hurtowych cenach. Brakowało mi tylko własnej nagrywarki, najdroższego ze wszystkich urządzeń. W tamtym czasie nagrywarka płyt kompaktowych kosztowała tyle co reszta komputera, prawie dwa tysiące randów.

Przez rok pracowałem dla Bola i Andrew jako pośrednik. Potem Bolo zniknął; chodziły słuchy, że jego rodzice zostali aresztowani. Pomagałem już tylko Andrew, aż pewnego dnia, na krótko przed ukończeniem szkoły, postanowił się wycofać z tego interesu.

? Trevor ? powiedział ? byłeś lojalnym parterem.

Po czym w dowód wdzięczności zostawił mi swoją nagrywarkę. Zacznijmy od tego, że w tamtych czasach czarni prawie nie mieli dostępu do komputerów. A nagrywarka? Była czymś, co się znało jedynie ze słyszenia. Mityczny artefakt. Tamtego dnia Andrew odmienił moje życie. Dzięki niemu kontrolowałem teraz produkcję, sprzedaż i dystrybucję ? wszystkie klucze do pirackiego biznesu były moje.

Trevor Noah podczas wizyty w rodzinnym Johannesburgu.

Byłem urodzonym kapitalistą. Uwielbiałem sprzedawać, a teraz stałem się jedynym dostawcą czegoś, co wszyscy chcieli mieć. Sprzedawałem moje płyty po 30 randów, czyli około trzech dolarów. W sklepie kosztowały od 100 do 150 randów. Kto raz kupił ode mnie, już nigdy nie kupował w sklepie ? przebitka była zbyt duża.

Miałem żyłkę do interesów, ale wtedy nie znałem się jeszcze na muzyce, co było dziwne, zważywszy, że trzepałem na niej kasę. Znałem tylko muzykę z kościoła, bo tylko takiej wolno mi było słuchać w domu mojej mamy. Nagrywarka od Andrew nagrywała z pojedynczą prędkością, czyli w tempie odtwarzania. Codziennie po szkole wracałem do swojego pokoju i przez pięć, sześć godzin kopiowałem kompakty. Miałem swój własny system surround ze starych głośników samochodowych, które wymontowałem z rzęchów na podwórzu i rozstawiłem po całym pokoju. Choć siedziałem tam godzinami, przez długi czas nie wsłuchiwałem się w muzykę. Znałem pierwszą zasadę kodeksu dilera: nie szprycuj się własnym towarem.

W Internecie mogłem każdemu znaleźć wszystko. Nigdy nie oceniałem gustu moich klientów. Jak ktoś chciał nową Nirvanę, dostawał nową Nirvanę. Jak chciał nowego DMX-a, dostawał nowego DMX-a. Rodzima muzyka południowoafrykańska cieszyła się dużą popularnością, ale ludziom najbardziej zależało na tej ze Stanów. Moich klientów kręciła głównie muzyka czarnej Ameryki, sprzedawało się mnóstwo hip hopu i R&B. Jagged Edge. 112. No i Montell Jordan. Dużo Montella Jordana.

Zaczynałem od modemu 24kbps i łączenia się przez linię telefoniczną. Ściągnięcie albumu trwało cały dzień. Ale technika szła do przodu, a część zarobionej kasy przeznaczałem na inwestycje. Sprawiłem sobie modem 56kbps. Kupiłem szybsze nagrywarki, zapisujące na kilu płytach naraz. Więcej ściągałem, więcej kopiowałem, więcej sprzedawałem. W końcu sam zatrudniłem pośredników: Toma, który chodził do Northview, i Bonganiego, który mieszkał w Alexandrze.

Pewnego dnia przychodzi do mnie Bongani i mówi:

? Wiesz, na czym można by nieźle zarobić? Zamiast kopiować całe albumy nagrywaj na płytę najlepsze kawałki z różnych albumów, bo ludzie chcą słuchać tylko tych piosenek, które im się podobają.

Uznałem to za niegłupi pomysł i zacząłem produkować składanki. Sprzedawały się dobrze. Parę tygodni później znów przychodzi Bongani i mówi:

? A czy da się zrobić tak, żeby nie było przerw między kawałkami, tylko żeby przechodziły płynnie jeden w drugi razem z bitem? Wtedy to by brzmiało jak set DJ-a w klubie.

Ten pomysł również mi się spodobał. Ściągnąłem program o nazwie BPM, od beats per minute, uderzeń na minutę. Interfejs graficzny wyglądał jak dwa sąsiadujące ze sobą winyle. Można było miksować i łączyć kawałki, w zasadzie robić wszystko to, co DJ robi na żywo. Zacząłem produkować płyty na imprezy. Rozchodziły się jak ciepłe bułeczki.

Interes się kręcił. W ostatniej klasie zarabiałem 500 randów tygodniowo. Dla porównania, do dziś niektóre służące w RPA dostają mniej za swoją pracę. Ciężko z tego utrzymać rodzinę, ale jako szesnastolatek, nie musząc się martwić o jedzenie i dach nad głową, żyłem jak król.

Pierwszy raz w życiu miałem własne pieniądze, a co za tym idzie, czułem się wolny. Przede wszystkim przekonałem się, że pieniądze oznaczają możliwości. Ludzie nie pragną bogactwa. Ludzie pragną mieć jak najwięcej możliwości. Im człowiek jest bogatszy, tym więcej ma opcji. Oto wolność, jaką daje pieniądz.

Dzięki pieniądzom zakosztowałem wolności, jakiej wcześniej nie znałem: mogłem chodzić do McDonalda. Ludzie w Ameryce tego nie rozumieją, ale kiedy amerykańska sieć wchodzi do kraju trzeciego świata, mieszkańcy dostają fioła. Tak jest do dziś. Kiedy w zeszłym roku otworzono w RPA pierwszą restaurację Burger King, ludzie stali w tasiemcowej kolejce. To było duże wydarzenie. Wszyscy mówili: „Muszę zjeść w Burger Kingu. Słyszałeś? To amerykańska marka”. McDonald otworzył się dwie przecznice od naszego domu niedługo po naszej przeprowadzce do Highlands North, ale mama nigdy w życiu nie zabrałaby mnie tam na obiad. Dopiero mając własne pieniądze, mogłem zaszaleć. I zaszalałem. Wtedy jeszcze nie było rozmiaru XXL, tylko „duży”. Podszedłem do lady, bardzo z siebie zadowolony, i kładąc na niej pieniądze, powiedziałem: „Poproszę duży zestaw z big makiem”.

McDonald w Highlands North.

Zakochałem się w McDonaldzie. To był smak Ameryki. McDonald to j e s t Ameryka. Na reklamach wszystko wygląda cudownie. Aż wam ślinka cieknie. Kupujecie. Bierzecie pierwszy kęs i smakuje obłędnie. Jeszcze lepiej, niż myśleliście. Ale mniej więcej w połowie dociera do was, że to jedzenie jest jednak nieco przereklamowane. Kilka gryzów później myślicie sobie: Hm, coś jest bardzo nie tak z tym żarciem. Ale potem i tak nie możecie bez niego wytrzymać i wracacie po więcej.

Odkąd posmakowałem Ameryki, przestałem jeść w domu. Jadałem tylko w McDonaldzie. McDonald. McDonald. McDonald. McDonald. Wieczorem matka próbowała mnie namówić na kolację.

? Dzisiaj wątróbki drobiowe.

? Nie, mamo, zjem coś w Maku.

? Dzisiaj kości dla psów.

? Ja chyba skoczę do Maka.

? Dzisiaj kurze łapy.

? Hmmmmm… Dobra, wygrałaś. Ale jutro jem w Maku.

Pieniądze płynęły szerokim strumieniem i niczego sobie nie odmawiałem. Dość powiedzieć, że kupiłem telefon bezprzewodowy. To było jeszcze zanim wszyscy kupili sobie komórki. Mój bezprzewodowy telefon miał tak duży zasięg, że po wystawieniu stacji bazowej za okno mogłem pójść do McDonalda dwie przecznice dalej, zamówić zestaw z big makiem, wrócić do swojego pokoju i odpalić komputer, ani na chwilę nie przerywając rozmowy. Tak, byłem jednym z tych kolesi, którzy paradują po ulicy z ogromnym telefonem przy uchu, z wysuniętą długą anteną, i mówią do niego: „Właśnie idę do Maka…”.

Całe to sielskie nowe życie zawdzięczałem Andrew. To on mnie wprowadził w świat piractwa płytowego i to dzięki niemu mogłem codziennie wsuwać hamburgery. To, co zrobił, uświadomiło mi ? w mikroskali ? jak ważne jest wsparcie dla grup, które dopiero co odzyskały należne im prawa. Andrew był biały. Jego rodzina miała dostęp do edukacji, zasobów, komputerów. U niego każde nowe pokolenie szykowało się na studia, podczas gdy każde pokolenie moich przodków śpiewało w chatach krytych strzechą: „Dwa razy dwa równa się cztery. Trzy razy dwa równa się sześć. La la la la la”. Moja rodzina była pozbawiona tego, co jego rodzina uważała za oczywistość. Miałem wrodzony talent do handlu, ale co bym zrobił bez wiedzy i zasobów? Ludzie często pouczają ubogich: „Jesteś kowalem swojego losu! Zrób coś ze swoim życiem!”. Ale co może zrobić kowal bez narzędzi?

Ludzie powtarzają: „Daj człowiekowi rybę, a będzie syty przez jeden dzień. Naucz go łowić ryby, a nie będzie głodny do końca życia”. Zapominają tylko dodać: „No i fajnie, gdyby jeszcze dostał wędkę”. Oto brakujący element analogii. Pracując dla Andrew, pierwszy raz w życiu zdałem sobie sprawę, jakie to ważne, by ktoś ze świata uprzywilejowanych powiedział ci: „Dobra, potrzebujesz tego i tego, a potem robisz to i to”. Owszem, byłem urodzonym sprzedawcą, znałem się na komputerach, lecz sam talent i przedsiębiorczość na niewiele by mi się zdały, gdyby Andrew nie podarował mi nagrywarki. Ktoś powie, że to rozdawnictwo. Nieprawda, i tak musiałem zapracować na swój dochód. Ale przynajmniej miałem czym.

Któregoś popołudnia, kiedy wypalałem płytę w swoim pokoju, Bongani wpadł po towar. Widząc, że miksuję piosenki na komputerze, powiedział:

? Ale odlot! Robisz to na żywo?

? Tak.

? Trevor, ty sobie chyba nie zdajesz sprawy, że siedzisz na żyle złota. Trzeba to zrobić z publicznością. Musisz zacząć dawać występy w osiedlu. Nikt jeszcze nigdy nie widział DJ-a grającego na komputerze.

Bongani mieszkał w Alexandrze. W odróżnieniu od Soweto, rozległego getta wybudowanego według rządowych planów, Alexandra to mała, ciasno zabudowana dzielnica slumsów sprzed ery apartheidu. Budy z pustaków i zardzewiałej blachy falistej stawiane prawie jedna na drugiej. Tak zwana Gomora, słynąca z szalonych imprez i najgorszej przestępczości.

Najlepszą rzeczą w Alexandrze są właśnie imprezy uliczne. Rozbija się namiot na środku jezdni i gotowe. Nie potrzeba oficjalnych zaproszeń ani listy gości: wystarczy powiedzieć paru osobom, że robi się imprezę, wieść rozchodzi się pocztą pantoflową i wkrótce ściągają tłumy. Nie ma żadnych pozwoleń, niczego w tym stylu. Kto ma namiot, ten ma prawo urządzić imprezę na ulicy. Kierowcy samochodów na widok zabawy wzruszają ramionami i zawracają, by poszukać innej drogi. Nikt się nie złości. Obowiązuje tylko jedna zasada: jeżeli robicie imprezę przed czyimś domem, częstujecie go alkoholem. Zabawa kończy się dopiero z chwilą, gdy ktoś zostanie postrzelony albo oberwie butelką w twarz. Zabawa, która się tak nie kończy, to nie zabawa.

W tamtym czasie DJ-e grali nie dłużej niż parę godzin; ograniczała ich liczba posiadanych winyli. Ponieważ imprezy trwały całą noc, nieraz potrzeba było pięciu albo sześciu DJ-ów. Ale ja miałem wielki dysk twardy wypchany empetrójkami ? i właśnie dlatego Bongani tak się zapalił, widząc, że miksuję. Wpadł na pomysł, jak podbić rynek.

? Ile masz muzyki? ? spytał.

? Winamp mówi, że może lecieć przez tydzień bez przerwy.

? Zarobimy fortunę.

Pierwszy koncert daliśmy na imprezie sylwestrowej latem tuż po ukończeniu Sandringham. Wzięliśmy mój komputer i wielki monitor, klawiaturę, myszkę, kable. Zapakowaliśmy wszystko do busa i zawieźliśmy do Alexandry. Zajęliśmy kawałek ulicy przed domem Bonganiego, podciągnęliśmy przedłużacz, ustawiliśmy głośniki, pożyczyliśmy namiot i zaczęli się schodzić ludzie. Impreza była bombowa. Do północy ulica wypełniła się po brzegi. Udało nam się rozkręcić największą zabawę sylwestrową w Alexandrze, a to nie lada wyczyn. Przez całą noc ludzie przybywali ze wszystkich stron. Rozeszła się wiadomość: „Jasny koleś puszcza muzykę z komputera. Musicie to zobaczyć”. Didżejowałem sam do białego rana. W końcu, pijany i wycieńczony, zasnąłem z przyjaciółmi na trawniku przed domem Bonganiego. Impreza była tak duża, że błyskawicznie wyrobiliśmy sobie markę na dzielni. Wkrótce zaczęliśmy dostawać mnóstwo propozycji.

I całe szczęście.

Po ukończeniu szkoły średniej Bongani i ja nie mogliśmy znaleźć pracy. Nie było dla nas zajęcia. Pozostało mi piracenie płyt i didżejka. Odkąd przestałem chodzić do szkoły, najwięcej płyt sprzedawałem kierowcom busów i nastolatkom z Alexandry. Tam też grałem najwięcej koncertów i dlatego w naturalny sposób ciągnęło mnie w tym kierunku. Większość moich białych rówieśników przerywała naukę. „Zrobię sobie rok przerwy i pojadę do Europy” ? słyszało się od nich. Pomyślałem więc: „Ja też zrobię sobie rok przerwy, pojadę do osiedla i będę siedział na murku”. I tak też zrobiłem.

Droga przed domem Bonganiego była przedzielona ceglanym murkiem. Bongani i ja codziennie na nim wysiadywaliśmy z naszą ekipą. Przynosiłem płyty, graliśmy muzykę, ćwiczyliśmy taniec. W dzień handlowaliśmy, w nocy didżejowaliśmy na imprezach. Pojawiły się propozycje występów w innych osiedlach, innych dzielnicach.

Za sprawą komputera i modemu zdobywałem piosenki, do których niewielu miało dostęp, ale rodziło to pewne problemy. Bywało, że puszczałem nową muzykę, a ludzie stali jak kołki. „Co to jest? Jak się do tego tańczy?” ? pytali. Powiedzmy, że DJ puszcza Watch Me (Whip/Nae Nae) ? fajny kawałek, ale co to znaczy „whip”? Co to znaczy „nae nae”? Żeby taka piosenka chwyciła, ludzie muszą umieć robić „whip” i „nae nae”; muszą wiedzieć, jak to zatańczyć. Bongani stwierdził, że potrzebujemy tancerzy, którzy będą pokazywać odpowiednie kroki i gesty. Ponieważ całymi dniami słuchaliśmy płyt i wymyślaliśmy ruchy taneczne, nasza ekipa znała już wszystkie kawałki, więc to oni zostali naszymi tancerzami. A bez dwóch zdań najlepszym, najpiękniejszym, obdarzonym największą gracją tancerzem naszej ekipy był sąsiad Bonganiego ? Hitler.

Hitler był moim dobrym kumplem. Boże, jak ten chłopak tańczył. Nie dało się oderwać wzroku. Swoboda i płynność jego ruchów zaprzeczały prawom fizyki ? wyobraźcie sobie meduzę, która umie chodzić. Był też niesamowicie przystojny, wysoki, gibki, muskularny, piękna gładka cera, białe zęby, promienny uśmiech, roześmiana twarz. Nic nie robił, tylko tańczył. Wstawał rano, zapuszczał house albo hip hop i przez cały dzień ćwiczył.

Każdy na dzielni kojarzy najlepszego tancerza w danej ekipie. To coś jak symbol statusu. Można być biednym, nie mieć na samochody i drogie ubrania, ale najlepszy tancerz zawsze ma powodzenie u dziewczyn, więc dobrze takiego mieć. My mieliśmy Hitlera. Chodziliśmy z nim na imprezy, na których odbywały się konkursy tańca. Dzieciaki z różnych dzielnic pokazywały tam swoich najlepszych tancerzy. My zawsze wystawialiśmy Hitlera i prawie zawsze wygrywał.

Kiedy tworzyliśmy układ dla naszych tancerzy, od początku było wiadomo, kto będzie jego gwiazdą. Wszystko kręciło się wokół Hitlera. Najpierw ja rozgrzewałem publiczność piosenkami, potem wychodzili tancerze i pokazywali kilka numerów. Wreszcie rozbiegali się w półkole, pozostawiając z tyłu wolną przestrzeń, na którą miał wkroczyć Hitler. Dawałem głośno Let?s Get Dirty Redmana i jeszcze bardziej rozkręcałem tłum:

? Jesteście gotowi? Nie słyszę was! Niech was usłyszę!

Ludzie zaczynali się wydzierać i wtedy Hitler wyskakiwał na środek sceny, a tłum ogarniało szaleństwo. Hitler wykonywał swój układ, pozostali tancerze krążyli wokół niego, skandując:

? Hit-ler! Hit-ler! Hit-ler!

I, jak przystało na hiphopowców, wyciągali dłonie przed siebie, wierzchem do góry, falując nimi w rytm muzyki.

? Hit-ler! Hit-ler! Hit-ler!

Tłum był w amoku, tysiąc ludzi na ulicy unosiło ręce i skandowało:

? Hit-ler! Hit-ler! Hit-ler! Hit-ler!

Hitler jest w RPA imieniem rzadkim, ale nie całkiem niespotykanym. Aby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, jak większość czarnych wybiera imiona. Te tradycyjne są bardzo znaczące i wybiera się je z wielką dbałością. Jednak od czasów kolonialnych aż po czasy apartheidu czarni w RPA musieli mieć również imię angielskie bądź europejskie ? takie, które będzie potrafił wymówić biały człowiek. Każdy miał więc imię angielskie, imię tradycyjne oraz nazwisko: Patricia Nombuyiselo Noah. W dziewięciu na dziesięć przypadków imię europejskie wybierano na chybił trafił, inspirując się Biblią, hollywoodzkim gwiazdorem albo znanym politykiem z telewizora. Znałem ludzi o imionach Napoleon albo Mussolini. No i, oczywiście, Hitler.

Ludziom Zachodu nie mieści się to w głowach, a przecież w tej sytuacji Zachód zbiera to, co zasiał. Potęgi kolonialne podzieliły Afrykę i zaprzęgły czarnego człowieka do pracy, nie zapewniając mu odpowiedniego wykształcenia. Biali nie rozmawiają z czarnymi, więc skąd czarni mieliby wiedzieć, co się dzieje w świecie białych? W rezultacie wielu czarnych w RPA nie wie, kim był Hitler. Mój własny dziadek myślał, że „hitler” to rodzaj czołgu, który pomógł Niemcom wygrać wojnę. Tyle zrozumiał z radiowych wiadomości. Wielu czarnych Południowoafrykańczyków miało bardzo uproszczone pojęcie o wojnie: był sobie ktoś taki jak Hitler i przez niego alianci przegrywali. Ten Hitler był tak potężny, że w końcu biali musieli wezwać na pomoc czarnych ? a jeśli biały człowiek zniża się do takiej prośby, to znaczy, że ma przeciw sobie niezłego twardziela. Jak zatem nazwać psa, jeśli się chce, żeby był groźny? Hitler. Jak nazwać dziecko, jeśli się chce, żeby nie było wymoczkiem? Hitler. Wielu moich rówieśników miało wujka o imieniu Hitler. Normalna rzecz.

W Sandringham opowiedziano nam o drugiej wojnie światowej więcej niż przeciętnemu czarnemu dziecku w osiedlach, ale i tak był to pobieżny opis. Nie uczono nas krytycznej refleksji o Hitlerze, antysemityzmie i Holokauście. Nie uczono nas, na przykład, że architekci apartheidu byli zapatrzeni w Hitlera, że ich rasistowskie prawa były do pewnego stopnia inspirowane rasistowskimi prawami Trzeciej Rzeszy. Nie uczono nas, jak Hitler ma się do świata, w którym żyjemy. Nie uczono nas myślenia. Uczono nas tylko, że w 1939 roku Hitler najechał Polskę, że w 1941 roku zaatakował Związek Radziecki, a w 1943 roku zrobił coś tam jeszcze. Suche fakty. Do zapamiętania, odtworzenia na klasówce i zapomnienia.

Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę inną rzecz: imię Hitler nie obraża uczuć czarnego Południowoafrykańczyka, ponieważ to nie Hitler jest dla niego uosobieniem najgorszego zła. Wszystkim, a zwłaszcza mieszkańcom Zachodu, wydaje się, że historia ich kraju jest najważniejsza. Ale gdyby czarni mieszkańcy RPA mogli się cofnąć w czasie i zabić jedną osobę, zabiliby nie Hitlera, lecz Cecila Rhodesa. Gdyby mieszkańcy Konga mogli się cofnąć w czasie i zabić jedną osobę, zabiliby nie Hitlera, lecz belgijskiego króla Leopolda. Gdyby rdzenni Amerykanie mogli się cofnąć w czasie i zabić jedną osobę, ich wybór padłby na Krzysztofa Kolumba lub Andrew Jacksona.

Często stykam się na Zachodzie z ludźmi, którzy uważają Holokaust za bezdyskusyjnie najokropniejszą zbrodnię w historii ludzkości. Tak, Holokaust był czymś potwornym. Zastanawiam się jednak czasem, jak potworne były zbrodnie popełniane w Afryce, takie jak ludobójstwo w Kongu? Afrykańczykom brakuje czegoś, co mają Żydzi, mianowicie dokumentów. Naziści prowadzili skrzętną dokumentację, robili zdjęcia, filmy. I tu tkwi sedno problemu. Ofiary Holokaustu się liczą, bo Hitler ich policzył. Sześć milionów ludzi. Patrzymy na tę liczbę i czujemy jej grozę. Ale kiedy czytamy o historii zbrodni w Afryce, nie dysponujemy liczbami, możemy tylko snuć domysły. A domysły nie budzą już takiej grozy. Kiedy Portugalia i Belgia plądrowały Angolę i Kongo, nie liczyły czarnych ofiar swoich rzezi. Ilu czarnych zginęło na kongijskich plantacjach kauczuku? Albo w transwalskich kopalniach złota i diamentów?

A zatem: tak, w Europie, w Ameryce Hitler to Najgorszy Zbrodniarz w Dziejach Świata. Natomiast w Afryce to tylko jeden spośród wielu silnych przywódców z podręczników historii. Przez całą moją znajomość z Hitlerem ani razu nie zadałem sobie pytania: „Dlaczego on się tak nazywa?”. Miał na imię Hitler, bo tak dała mu na imię matka.

Dodanie do naszych DJ-skich setów tancerzy było strzałem w dziesiątkę. Nazwaliśmy nasz zespół Black and White Boys. Tancerze nazywali się Springbok Boys. Zewsząd napływały propozycje występów. Dobrze prosperujące czarne rodziny przenosiły się na przedmieścia, lecz ich dzieci nie chciały rezygnować z imprez ulicznych ani tracić kontaktu z kulturą osiedli, więc chętnie nas wynajmowano. Wyrobiliśmy sobie markę. Mieliśmy coraz więcej koncertów na przedmieściach, coraz większą styczność z białymi, coraz częściej dla nich graliśmy.

Matka jednego chłopaka z osiedla brała udział w przygotowywaniu programów kulturalnych dla szkół. W Ameryce nazwano by je „programami na rzecz różnorodności”. W całej RPA powstawało ich mnóstwo: w epoce postapartheidowskiej mieliśmy się lepiej poznawać i uczyć wzajemnego szacunku. I ta matka kolegi spytała nas, czy nie chcielibyśmy zagrać na festynie w jakiejś szkole w Linksfield, bogatym przedmieściu na południe od Sandringham, w którym mieszkał mój kumpel Teddy. W programie były różne tańce i muzyka, wszyscy mieli się razem bawić i dzielić swoją kulturą. Zgodziliśmy się, tym bardziej że zaoferowano nam honorarium. Matka kolegi przesłała nam termin, adres i nazwę szkoły: Szkoła Króla Dawida. Była to więc szkoła żydowska.

Trevor Noah czyta swoją książkę psu.

W dniu wydarzenia zamówiliśmy busa, załadowaliśmy nasz sprzęt i ruszyliśmy w drogę. Na miejscu długo czekaliśmy za kulisami, obserwując występy poprzedzające nasz: tancerzy flamenco, tancerzy greckich, wykonawców tradycyjnej muzyki zuluskiej. W końcu przyszła nasza kolej. Zapowiedziano nas jako hiphopowych tancerzy pantsula, południowoafrykańskich breakdancerów. Rozstawiliśmy sprzęt nagłaśniający. Spojrzałem w głąb sali: sami Żydzi w jarmułkach, gotowi do zabawy.

Chwyciłem za mikrofon.

? Damy razem czadu?

? Taaaaaaaak!

? Niech was usłyszę!

? Taaaaaaaak!

Zacząłem grać. Dudniły basy, ekipa tańczyła, wszyscy świetnie się bawili. Nauczyciele, opiekunowie, rodzice, setki dzieciaków ? tańczyli jak szaleni. Nasz występ miał trwać piętnaście minut. Po dziesięciu minutach trzeba było zagrać Let?s Get Dirty i przedstawić naszą gwiazdę, a potem się zwijać.

Puściłem piosenkę, tancerze rozsypali się w półkole.

? Jesteście gotowi?! ? wydarłem się do mikrofonu.

? Taaaaaaaak!

? Nie słyszę, żebyście byli gotowi! Jesteście gotowi?!

? Taaaaaaaaaaaaak!

? Dobra! Uwaga, przed wami HIIIIIIIIITTLLLLLEEEERRRRRR!!!

Hitler wyskoczył na środek półkola i zaczął wymiatać. Tancerze, kiwając się w rytm z rękoma wyciągniętymi przed siebie, skandowali:

? Hit-ler! Hit-ler! Hit-ler! Hit-ler!

A ja wtórowałem im przez mikrofon:

? Hit-ler! Hit-ler! Hit-ler! Hit-ler!

Publiczność zamarła. Nikt nie tańczył. Nauczyciele, opiekunowie, rodzice, setki młodych Żydów w jarmułkach ? wszyscy spoglądali ku scenie w przerażonym osłupieniu. Nie zwracałem na to uwagi. Hitler też nie. Graliśmy dalej. Przez dobre trzydzieści sekund w całej sali słychać było tylko rytmiczną muzykę i moje wołanie do mikrofonu:

? Hit-ler! Hit-ler! Hit-ler! Wszystkie ręce do góry, joł!

Jedna z nauczycielek wbiegła na scenę i za moimi plecami wyrwała wtyczkę od wzmacniacza. Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Zwróciła się w moją stronę blada ze złości.

? Jak ci nie wstyd?! To obrzydliwe! Ty potworze! Jak ci nie wstyd?!

Zabiła mi ćwieka, nie wiedziałem, o co jej chodzi. Aż nagle mnie olśniło. Hitler miał specjalny ruch taneczny o nazwie usspanavaal, bardzo nacechowany erotycznie: kręcił biodrami i wypychał miednicę do przodu, jakby kopulował z powietrzem. I właśnie wtedy przybiegła ta nauczycielka, więc najwyraźniej to jego taniec tak ją zniesmaczył. A przecież Afrykańczycy często wykonują ten ruch. To część naszej kultury. Oto dzielimy się naszą kulturą na festynie wielokulturowym, a ta kobieta wymyśla nam od potworów. Czułem się obrażony tym, że się obraziła.

? Proszę się uspokoić ? powiedziałem.

? Nie zamierzam się uspokoić! Jak śmiesz nas obrażać w naszej szkole?

? Nikogo nie obrażamy. Tacy jesteśmy!

? Wynocha stąd! Jesteście obrzydliwi.

Ach, no tak. J e s t e ś m y. Teraz wszystko jasne: ta kobieta była rasistką. Nie mogła patrzeć, jak czarni mężczyźni wykonują sugestywny taniec. Kłóciłem się z nią dalej, pakując sprzęt.

? Niech mnie pani posłucha. Teraz jesteśmy wolni. Możemy robić, co nam się podoba. Nie powstrzyma nas pani.

? Dla twojej wiadomości, młody człowieku, moi ludzie już nieraz powstrzymywali takich jak ty i możemy to zrobić jeszcze raz.

Chodziło jej, oczywiście, o powstrzymanie nazistów podczas drugiej wojny światowej, ale do mnie w ogóle to nie docierało. Żydzi w RPA są po prostu białymi. Widziałem przed sobą białą kobietę, która gardłowała o tym, że biali już nieraz spuścili nam łomot i jeśli będzie trzeba, zrobią to znowu.

? Już nigdy nas nie powstrzymacie ? odparłem, po czym wyciągnąłem asa z rękawa. ? Nigdy nas nie powstrzymacie, bo teraz mamy Nelsona Mandelę. A on powiedział, że nam to wolno!

? Co?!

Była zdezorientowana. Miałem dość. Zacząłem przeklinać.

? Chrzań się, kobieto. Pieprzymy wasz program i waszą szkołę. Pieprzymy was wszystkich. Chodźcie, chłopaki, spadamy.

Wyszliśmy ze szkoły tanecznym krokiem. Na ulicy tańczyliśmy dalej, wymachując pięściami w powietrzu.

? Hit-ler! Hit-ler! Hit-ler! Hit-ler!

Bo Hitler rozwalił imprezę. Miał totalnie gangsterskie ruchy i ci wszyscy biali odpadli.
(…)

Trevor Noah „Nielegalny. Moje dzieciństwo w RPA”
Tłumaczenie: Łukasz Witczak
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 320

Opis: Jedna z najdowcipniejszych książek roku i wielki bestseller „New York Timesa”. Pełne kapitalnego poczucia humoru wspomnienia znanego amerykańskiego satyryka, który dorastał w trudnych warunkach w czasach apartheidu w RPA. To też opowieść o miłości, jaka łączyła go z niezłomną matką, która nie bała się sprzeciwiać ani rasistowskiemu systemowi, ani tradycjom, spychającym afrykańskie kobiety na sam dół społecznej drabiny. Wciągająca narracja, fantastyczne pełnokrwiste postacie i pozytywne podejście autora do ludzi i życia składają się na podnoszącą na duchu, mądrą książkę.

Tagi: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek