banner ad

Dziedzictwo po dziadku Szczepanie. Przeczytaj fragment powieści „Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna” Filipa Zawady

20 kwietnia 2021

Po nominowanej do Nagrody Nike powieści „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” Filip Zawada napisał nową książkę. „Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna” to opowieść o dorastającym bohaterze, na którego wpływ miał samolubny i zgryźliwy dziadek. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak, a poniżej możecie przeczytać sam jej początek.

Mój dziadek był fiutem. Podobno o zmarłych nie należy mówić źle, bo to przynosi pecha albo stawia ludzi w niedobrym świetle. Ale to nonsens. Człowiek po śmierci nie może wziąć do siebie czegoś, co zaważyłoby na jego przyszłych losach. Trupy się nie obrażają, zatem lepiej zmieszać z błotem kogoś, kto nie żyje, niż tego, kto ma jeszcze szansę na poprawę. Dlatego nie mam wyrzutów sumienia, gdy przyznaję, że go nienawidziłem.

Wszystkie kontakty z dziadkiem przyczyniły się do wykształcenia we mnie prawdziwie udręczonej natury. Nie umiałem żyć bez cierpienia i wierzyłem głęboko, że jest ono cechą przekazywaną w genach. Może to nie brzmi optymistycznie, lecz jeśli to biologia, a nie etyka, to nie ma z czym dyskutować. Dlatego z powodu zatracenia własnej natury – lub może, należałoby powiedzieć, odziedziczenia cudzej – co roku dręczony rozterkami, wygrzebywałem drobne ze skarbonki, żeby złożyć się na urodzinowe plastikowe kwiaty dla dziadka. Wydawało mi się to praktyczne, bo sądziłem, że nie trzeba już będzie kupować dodatkowych wieńców na pogrzeb. „Wielofunkcyjne prezenty podobno są najlepsze, więc nie ma się na co obrażać”, tak myślałem, i nie było w tym ani odrobiny złośliwości.

Każde urodziny Szczepana rozpoczynały się takim samym rytuałem. Stałem z mamą i tatą przed drzwiami, czekając, aż otworzy. W spoconych dłoniach zbyt mocno ściskałem plastikowe gerbery. Bałem się, że wypadną, i jeszcze przed imprezą, na którą w ogóle nie miałem ochoty, atmosfera pogorszy się z powodu mojej niezdarności. Za każdym razem trzeba było dzwonić kilka razy. Dziadek lubił, by na niego czekano. Sprawiało mu przyjemność, gdy ludzie nie wiedzieli, gdzie jest.

– Nikogo nie ma w domu – mówił z ulgą tata, który tak jak ja nie znosił tych spotkań.

– Zadzwońmy ostatni raz – prosiła mama w poczuciu obowiązku, bo to był jej ojciec i nie chciała nie złożyć mu życzeń.

Ja nic nie mówiłem, żeby nikogo nie zdenerwować głupimi uwagami, których zawsze miałem pod dostatkiem. Oczywiście nieraz korciło mnie, żeby powiedzieć: „Mamo, tato, są i pozytywy tej sytuacji, bo kwiaty nie uschną do następnego roku”. Teraz wiem, że to były te nieliczne chwile, kiedy intuicja i strach mi pomogły. Najlepszy moment, żeby się nie odzywać.

Tępo gapiliśmy się na drzwi i czekaliśmy, aż ktoś podejmie twardą i ostateczną decyzję o powrocie do domu. Tata nigdy tego nie zrobił ze względu na mamę, która mogłaby się obrazić i płakać bez powodu. Ona z kolei chciała dopełnić obowiązku wobec rodziny. Zależało jej, by nie stracić kontaktu ze swoim ojcem, poza tym cały czas czuła się dzieckiem i pragnęła, żeby to trwało jak najdłużej. Nie mogła więc podjąć decyzji lekceważącej tak ważne święto. Ja nie miałem nic do powiedzenia, bo byłem za mały, żeby mieć własne zdanie. Spoglądaliśmy więc na czubki butów, tkwiąc w klinczu emocji, tradycji, więzów rodzinnych, własnych słabości i poczucia obowiązku. To wszystko budowało w nas chory szacunek i niezdrową niepewność. Przestawaliśmy dowcipkować. Nie patrzyliśmy sobie w oczy. Od czasu do czasu spoglądaliśmy na drzwi, które nie zmieniały się w nic cudownego, a za każdym razem wydawało się, że powinny. Były jak zwykle brązowe, na dole podrapane przez psa, a w prawym górnym rogu widniał ten sam odcisk palca osoby, która ostatni raz je malowała. Najprawdopodobniej był to żołnierz ss; tuż przed pójściem na wojnę zajął się odnowieniem domu, żeby rodzina mogła godnie żyć. Tak się zwykle pocieszali ludzie idący na śmierć.

W końcu drzwi się otwierały, dokładnie w chwili gdy podejmowaliśmy decyzję, żeby wracać. Judasz, setki lat po śmierci Jezusa, nadal doskonale pełnił swoją funkcję. Czułem, że dziadek spogląda przez niego i czeka na moment, w którym niepewność i zakłopotanie staną się na tyle duże, że bez problemu nad nami zapanuje. Nasze emocje były wstrząśnięte jak koktajl. Szczepan wtykał w niego różową parasolkę, sprawdzał, czy jest dobrze schłodzony, na końcu dodawał plastikową słomkę. Byliśmy gotowi do spożycia.

Po wszystkich przedpowitalnych upokorzeniach pojawiał się na progu w białej wykrochmalonej i wyprasowanej koszuli. Był równie sztywny, co jego galowy strój. Mama nerwowo wypychała mnie przed siebie. „Złóż dziadkowi życzenia”, szeptała, tak żeby wszyscy słyszeli, więc powtarzałem sakramentalne i drętwe „wszystkiego najlepszego”. Byłem przekonany, że brak wylewnych uczuć jest naturalny w takich sytuacjach. Podobne imprezy powtarzały się w moim życiu wielokrotnie, bo miałem kilku kolegów, ci mieli swoich znajomych, a każdy z nich raz w roku obchodził urodziny. Solenizantów zawsze traktowałem jak zło konieczne, a świętowanie starzenia się, na które wszyscy narzekali, wydawało mi się głupie. Wręczałem więc prezent, ale nie chciałem się ściskać. Nawet zwykłe podanie dłoni w tych okolicznościach uznawałem za niestosowne.

Natomiast co się tyczy Szczepana, to jeżeli nienawiść można stopniować, ja nienawidziłem go najbardziej. Dlatego częściej niż inni musiałem szukać w głowie filozoficznych rozwiązań, które mogłyby usprawiedliwić przed dorosłymi moją naganną postawę.

– Skąd w tobie tyle złości? – pytali rodzice.

Chciałem to wiedzieć, żeby móc udzielić satysfakcjonujących wyjaśnień, lecz tylko stałem jak kołek, patrzyłem w podłogę i czekałem, aż się pode mną zapadnie. Nigdy się to nie wydarzyło, choć wyczekiwałem nawet jako dorosły mężczyzna. Liczyłem, że katastrofa budowlana mi pomoże. Wiedziałem, że po niej wszyscy będziemy połamani lub nieżywi. Nie dbałem o to. Wstyd był znacznie gorszy.
 
 
Kiedy Szczepan umarł, rzeczywiście nie kupiłem mu wieńca. Plastikowe kwiaty i tak nie zagłuszą trupiego zapachu. Położyli go na jego ojcu. Było w tym coś obrzydliwego i perwersyjnego. Miałem świadomość, że takie rzeczy robi się od stuleci, przecież cmentarze nie mogą się rozrastać w nieskończoność, jednak bliskość (może lepiej zabrzmiałoby słowo „znajomość”) moich krewnych powodowała, że czułem niesmak. Myśl, że robaki, które zjadły najpierw ojca, a później syna, spotykają się ze sobą, chodzą na randki, a później spółkują i mają dzieci, powodowała, że zbierało mi się na pawia.

Patrzyłem na marmurową płytę, miętoląc czapkę w rękach, i nie wiedziałem, do kogo ani za kogo się modlić. Czy przebaczenie przynosi ulgę? Wziąłem trzy głębokie wdechy i postanowiłem to poczuć. Próbowałem zbudować w ciele kojący spokój i harmonię. Tak przecież doradzają podręczniki pozytywnego myślenia. „Połącz się z oddechem. Poczuj błogostan, wycisz się. Zsynchronizuj się z kosmosem, a wyczujesz pełnię życia zbierającą się w sercu. Dobra energia już się zbliża. Jest na wyciągnięcie ręki. Już jej dotykasz”. Gówno dotykam! Niestety, wszystkie te rytuały to bujda. Nic nie zmieniło się na lepsze. Wszechświat się usztywnił, satelity przestały krążyć po orbitach, oddech stał się egocentryczny i myślał tylko o sobie, a pozytywne doznania być może istniały – tyle że w świecie równoległym.

Ludzie starają się pamiętać tylko dlatego, żeby nie zapomnieć. To główny mechanizm powodujący usztywnienie, bo przecież nie zapamiętujemy, żeby wyciągać wnioski.

Pamiętasz, Szczepan, gdy miałem sześć lat, postanowiłem napisać list do świętego Mikołaja, chociaż już podejrzewałem, że może nie istnieć? Zacząłem modlitwę w nietypowy sposób. Pomyślałem sobie: „Przecież wiara czyni cuda, więc zaryzykuję”. Pół godziny, niewprawnie, kaligrafowałem kredkami zdanie: „KOCHANY MIKOŁAJU CHCIAŁBYM, RZEBY NA ŚWIECIE BYŁ POKUJ i RZEBYM DOSTAŁ DESKOROLKĘ”. Położyłem list na parapecie. Nie zdążyłem nawet zapić smaku kleju, który miałem na języku po lizaniu starej koperty, a ty, nie pytając o pozwolenie, otworzyłeś go, chociaż nie był zaadresowany do ciebie, i skarciłeś mnie, mówiąc, że życzenia powinny być realistyczne. Dlatego na święta nie dostałem nic, a wojny toczą się do tej pory, i to z mojej winy, bo chciałem za dużo. Teraz, kiedy patrzę na twój grób, przypomina mi się ten moment i chciałbym ci powiedzieć, żebyś się jebał.

Zgarnąłem z grobu liście i postawiłem znicz, który wygrywał melodyjkę Happy Birthday. „To wszystkim uprzykrzy życie na dłużej”, pomyślałem zadowolony z siebie. Szczególnie że zamontowałem w nim zupełnie nową dziewięciowoltową baterię o długiej żywotności.

*

Oprócz urodzin jeszcze dwie inne okazje skazywały mnie na towarzystwo dziadka: pogrzeby, które na szczęście zdarzały się rzadko, bo pochodzę z długowiecznej rodziny, oraz momenty, kiedy rodzice nie mieli mnie z kim zostawić, a musieli załatwić niezwykle ważną rzecz, której nie byłbym w stanie zrozumieć. Dlatego nie tłumacząc za wiele, porzucali mnie przed drzwiami wejściowymi i uciekali. Być może lepiej byłoby użyć słowa „odchodzili”, jednak w tamtym momencie wyglądało to jak paniczna rejterada z pola bitwy.

Nie potrafiłem zrozumieć, co może być tak pilnego, żeby zostawić dziecko z potworem. Przez to do dziś mam problem z odróżnieniem spraw ważnych od bardzo ważnych. Masło czy margaryna? Bułki czy chleb? Ser biały czy żółty? Mnogość rozterek powoduje, że często wychodzę ze sklepu, nie kupiwszy nic do jedzenia. A może po prostu w tyłku mi się poprzewracało, bo nie przeżyłem tego, co dziadek.

On wszystko porównywał do wojny. Całe jego życie i zachowanie były jej podporządkowane, więc nawet ci, którzy jej nie przeżyli, dzięki Szczepanowi mogli skorzystać z nauk, jakie po sobie zostawiła. Na swój sposób był jej wdzięczny. Wojna go chroniła. To przez wojnę nie wypadało mówić w jego towarzystwie tego, co się myśli i czuje. Drastyczne wspomnienia osłaniały go przed wszystkimi atakami. Może oprócz moich, bo od dziecka byłem głupi, co dawało mi prawo, żeby nic nie rozumieć i złościć się na bohaterów wojennych, choć oddali za mnie życie.

– Ale ja ich wcale o to nie prosiłem! – sprzeciwiałem się dziadkowi.

– Ścichnij, niewdzięczniku! I nigdy nie mów takich rzeczy na głos, bo są tacy, którzy mają na tyle siły, żeby ci skutecznie wytłumaczyć, na czym polega głupota.
(…)

Filip Zawada „Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna”
tłumaczenie:
wydawnictwo: Znak
ilość stron: 320

Opis: Samolubny i zgryźliwy, szowinista starej daty i samozwańczy mentor. Dziadek Szczepan. Dnie spędza na starej kanapie z ukraińskiego burdelu, a nocami terroryzuje sąsiadów rykiem saksofonu. Tymczasem jego wnuk, bohater tej historii, dopiero wchodzi w świat dorosłych ludzi. Wkrótce się przekona, że spadki mogą być niezwykle kosztowne dla spadkobierców. Filip Zawada, autor „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek”, niebanalnie, przejmująco dosadnie i bezczelnie szczerze pokazuje, jak niebezpiecznie jest zgrywać bohatera, w szczególności przed samym sobą. Opowiada o miłości i przemocy, mistrzowsko balansując na granicy tragedii i komedii. Pozwala zrozumieć, że kres nadziei jest zawsze początkiem drogi.

Tematy: , , ,

Kategoria: fragmenty książek