banner ad

Wszystko jest dozwolone, póki nie spadasz z planszy – rozmowa z Tomaszem Ladą, autorem książki „Zagrani na śmierć. Mroczne ścieżki polskiego undergroundu”

24 maja 2022

„Zagrani na śmierć. Mroczne ścieżki polskiego undergroundu” to tytuł książki poświęconej trzem tragicznie zmarłym kaskaderom niezależnego rocka: Januszowi Rołtowi, jazzowemu perkusiście, którego grę można usłyszeć na „czarnej płycie” Brygady Kryzys i solowym debiucie Lecha Janerki, Darkowi „Skandalowi” Hajnowi, charyzmatycznemu wokaliście Dezertera w jego najbardziej „heroicznym” okresie działalności, oraz Robertowi Sadowskiemu, znakomitemu gitarzyście, współtwórcy grup Houk i Kobong. Na krótko przed premierą przedstawiamy nasz wywiad z autorem, Tomaszem Ladą.

Sebastian Rerak: Należysz do ludzi, których muzycznie ukształtowały „czarna” Brygada Kryzys i debiutancki singiel Dezertera?

Tomasz Lada: W czasie, gdy ukazał się album Brygady, miałem czternaście lat, więc byłem jeszcze gnojkiem i nie rozumiałem tej muzyki. Ale jednocześnie pamiętam, że kiedy usłyszałem w radiu „Centralę”, spadły mi buty – to brzmiało bardzo nowocześnie i było intrygujące, zupełnie inne niż to, co leciało w radiu i telewizji, nikt tak w Polsce nie grał. Ale większe wrażenie zrobiła na mnie w tamtych czasach „czwórka” Dezertera. Nie byłem punkiem, ale lubiłem Motörhead, więc ich energia bardzo mi odpowiadała.

Czyli bardziej uczestniczyłeś w scenie muzycznej w czasach aktywności Houka i Kobonga?

Też nie do końca, bo na koncerty wbijałem się już od dziecka. Byłem m.in. na Dezerterze – działającym jeszcze wówczas jako SS-20 – w klubie Na Skarpie, na Mokotowie w 1982 roku, o którym jest mowa w „Zagranych…”. Niemniej pokoleniowo na pewno bliżej mi do Houka i Kobonga.

Ktoś, kto pobieżnie spojrzy na „Zagranych na śmierć”, gotów jest powiedzieć, że jedynym łącznikiem pomiędzy bohaterami książki jest heroina.

Już w trakcie pracy nad książką pojawiły się takie stwierdzenia. Kilka osób nie chciało ze mną rozmawiać, bo uznało, że „piszę o narkomanach”. Owszem, ci faceci mieli problem z heroiną, ale dopóki nie usłyszałem tego tekstu, nie myślałem o nich w takich kategoriach. Uznałem po prostu, że piszę o twórczych ludziach, którzy poszukując swojego miejsca w sztuce i życiu, weszli zbyt głęboko w używki i skończyli tragicznie. Nigdy jednak nie byli dla mnie po prostu narkomanami. Teraz też tak o nich nie myślę.

Książka ma formułę oral history – oddajesz głos ludziom, którzy znali jej bohaterów, a sam wstrzymujesz się od komentarza. Od początku miałeś taką koncepcję czy ta wyłoniła się już w trakcie pracy?

Myślałem o tym od początku. Ta formuła kręciła mnie od czasu, gdy wpadła mi w ręce książka o Stonesach wydana z okazji ich czterdziestolecia. W całości zbudowana była wyłącznie z ich wypowiedzi. Potem był, identycznie skonstruowany, „Brud” – opowiadana przez członków zespołu historia Mötley Crüe. Nie cierpię tej grupy, ale ich biografię uważam za rzecz wybitną. No i w końcu przyszły „Please kill me” – moim zdaniem najważniejsza i najlepsza książka o kulturze rock’n’rolla – oraz „Wszyscy kochają nasze miasto”. Te dwie wielkie polifoniczne narracje wciąż siedzą mi w głowie. Ale ostateczną decyzję, że „Zagrani…” będą tak wyglądać, podjąłem w trakcie rozmowy z realizatorem płyt Houk i Kobonga, Leszkiem Kamińskim. To przyszło do mnie w chwili, gdy opowiadał o Tadziu Kaczorowskim i jego wyborze strun. Ale mam w komputerze kilka innych wariantów książki.

Długo trwały przygotowania do napisania książki?

Tak naprawdę to „Zagranych…” napisałem pod wpływem impulsu. Czyściłem już klawiaturę, by zająć się innym projektem, kiedy pewien facet, zupełnie mi nieznany, po przeczytaniu mojej książki o Aptece, zapytał: „Co teraz będziesz pisał?”, na co wypaliłem, że książkę o Rołcie, Sadowskim i paru innych gościach ze skomplikowanym przelotem. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale musiało gdzieś tam siedzieć, bo od razu zadzwoniłem do Lecha Janerki, pogadaliśmy i zacząłem pisać. Kilka tygodni później, po rozmowie z byłym menadżerem Dezertera i aktywistą kultury niezależnej lat 80., Maciejem Chmielem, pojawił się Skandal.

Miałeś problemy z dotarciem do niektórych rozmówców? Nie wszyscy są osobami publicznymi, nie wszystkim pewnie też łatwo przyszło dzielenie się osobistymi historiami.

Potraktowałem to jako dziennikarskie wyzwanie. Namierz rozmówcę, nakłoń na wywiad i… gadaj! Oczywiście napotykałem problemy, wiele osób mi odmawiało, ale dzięki temu jeszcze bardziej podziwiam tych, którzy się przede mną otworzyli, bo w książce jest wiele bardzo intymnych opowieści. Dzięki temu mogłem pokazać Rołta, Skandala i Sadka z zupełnie innej, nieznanej nawet w środowisku, strony. Zwłaszcza Skandala.

Skandal był jednym z pionierów rave w Polsce…

Tak, zorganizował drugą imprezę rave w Warszawie i potem to ciągnął. Z dużym sukcesem. To były legendarne imprezy. Wiedziałem też, że handlował dragami, jednak nie zdawałem sobie sprawy z tego, że robił to na skalę przemysłową. Był pierwszym dużym dilerem narkotyków w Warszawie, zwłaszcza LSD. Kiedy ludzie opowiadali mi o kwasie, który rozprowadzał, miałem wrażenie, że zaraz zaczną mlaskać i oblizywać usta. (śmiech)

Co ciekawe, jego doświadczenia z LSD miały jego zdaniem być pomocne w praktyce duchowej, bo zaangażował się w buddyzm.

W Skandalu fascynujące jest to, że był postacią niejednoznaczną. Jedni wspominają go jako głęboko zaangażowanego buddystę, inni przekonują, że buddyzm był dla niego furtką do sprzedaży kwasu. Ja uważam, że ścieżka, którą podążał, była rozpaczliwym poszukiwaniem rodziny. Począwszy od społeczności punkowej, poprzez środowisko SOS-u, aż po wspólnotę buddyjską i scenę kultury tanecznej. Zawsze w pewnym momencie miał jednak poczucie, że te rodziny go odrzucają. Był taką dziwną niby-sierotą. Bardzo pokręcona sytuacja. Sądzę, że miała wielki wpływ na jego wybory.

Rołt to z kolei niezwykle tajemnicza postać. Zadziwiająco biegły perkusista, a przy tym postać tragiczna. Pisząc o nim, wypełniasz pewną białą plamę.

Mam tego świadomość. Pamięć o nim jest bardzo szczątkowa, bo wiecznie znikał w jakichś czarnych dziurach. No i, jak powiedział Kuba Nowakowski, realizator dźwięku oraz współproducent muzyczny „czarnej” Brygady, Janek był facetem, który wypowiadał trzy słowa na tydzień. Od początku czułem, że to będzie układanie puzzli. Właśnie dlatego pierwszą osobą, z którą rozmawiałem na potrzeby książki, był Lech Janerka. Rołt nie tylko nagrywał z nim „Historię podwodną”, ale zdążył się do niego zbliżyć. Zauważ, że członkowie Brygady Kryzys mają o Janku niewiele do powiedzenia, bo ten po prostu przyszedł nagrać z nimi płytę, wyszedł ze studia i znikł. Z Janerką grał długo, mieszkał u niego. Zresztą jedyny filmowy zapis jego gry pochodzi z występu, który dali na koncercie Rock Opole w 1986 roku. Janerka stał się sercem opowieści o Rołcie.

Myślę, że udało mi się dobrze odtworzyć historię Jasia. Na pewno wiele osób, z którymi o nim rozmawiałem, było zaskoczonych, do czego doszedłem. Jego historia jest na maksa przejmująca. Jako nastolatek został faktycznie porzucony przez matkę i bardzo wcześnie wszedł w narkotyki. Nagrywając „czarną” Brygadę, swoje pierwsze znaczące dzieło, był już mocno wyniszczony przez heroinę. Walczył jednak z nałogiem. Dzięki Janerce, a potem rodzeństwu Wilskich, którzy stworzyli mu dom, wytrwał tak długo. Ale i tak bodaj największe zbliżenie na Janka nieoczekiwanie dał mi Dynia, perkusista TZN Xenny. Spędził z nim tylko trzy dni, ale widział, jak ten modlił się z malą – buddyjskim „różańcem”. Mam wrażenie – oczywiście to tylko interpretacja – że modlił się o siłę, żeby nie brać.

Historia Roberta Sadowskiego nakłada się z kolei na historię wielkich zmian na rynku muzycznym. Gdy ten rynek zaczął się kurczyć i zamykać na poszukiwania i eksperyment, zabrakło też miejsca na ekspresję i wyobraźnię Sadowskiego.

Charakterystyczny jest przypadek zespołu Kobong, który roznosił granice stylistyczne i grał muzykę w stylu Strawińskiego przełożoną na rockowy idiom. Pierwsza płyta zdobyła chyba wszystkie możliwe wówczas nagrody, a nie mogli znaleźć wydawcy dla drugiej. Kiedy magazyn Revolver zamieścił podsumowanie lat 90., jeden z jego krytyków stwierdził, że niedocenienie Kobonga było wielkim błędem Polaków, bo gdyby ta grupa przebiła się na Zachód, zmieniłaby oblicze ciężkiej muzyki. Zauważ, że płyty Kobonga, choć powstały 25 lat temu, cały czas są bardzo nowoczesne. Kobong nadal pozostaje w awangardzie.

Problemem Roberta były właśnie wieczne poszukiwania. To, że grał hendriksowskie solówki w Houku, nie oznaczało, że był klasycznym gitarzystą rockowym. To był dla niego po prostu kolejny etap rozwoju. Jego ostatnim wielkim krokiem naprzód był zespół Robot, po którym niestety nie pozostały żadne profesjonalne nagrania. A była to grupa wyjątkowa, łącząca muzykę w stylu The Prodigy z trip hopem, a wszystko to zaadaptowane na skład rockowy. Fascynująca rzecz, tyle że bez szans na powodzenie rynkowe.

Pati Yang wspomina w „Zagranych…”, że Sadek grał coraz piękniej. To prawda. Ostatnią kompozycją, jaką zarejestrował, jest „Easy Flow” zamykające drugą płytę Pati. Jego partia jest tam wyjątkowej urody. Nie był jednak w stanie dalej funkcjonować fizycznie. Zresztą w ogóle czas wielkich gitarzystów wówczas się kończył. Dzisiaj Robert mógłby grać dla kasy w jakimś emeryckim zespole pop-rockowym albo klepać biedę jako wybitny muzyk awangardowy.

Wspomniałeś o osobach, które nie przyjęły zaproszenia. Jedną z nich był Darek Malejonek, który w relacji niektórych osób wyrasta na dość mroczną postać.

Malejonek wciąż opowiada o swojej przyjaźni z Robertem i o tym, jak chcieli się pogodzić. To nieprawda. Rozstali się w totalnym konflikcie, nie było szans na pojednanie. Malejonek dodatkowo włącza w to elementy religijne, twierdząc, że modlił się za Sadka. Szanuję jego wiarę i odwagę w głoszeniu swoich przekonań, ale widocznie modlił się tak zapamiętale, że aż zapomniał przyjść na pogrzeb Roberta.

Padają w książce dość poważne zarzuty pod jego adresem.

Nazwijmy to wielopoziomowym brakiem lojalności. To, wbrew pozorom, dość częsty przypadek w zespołach, które wkraczają na drogę sukcesu. A Houk po „Transmission Into Your Heart” był w stanie zmieść wszystkich.

Malejonek dzisiaj opowiada, że Houk był jego zespołem. Nie, był zespołem trzech kolegów z grupy Deuter – Fali, Tadzia Kaczorowskiego i Sadka – do których dołączył. Wpasował się idealnie. Klasyczne płyty Houka, „Soul Ammunition” i „Transmission Into Your Heart”, były dziełem kwartetu, a nie pana Darka i muzyków towarzyszących.

Po przeczytaniu „Zagranych…” uzmysłowiłem sobie, że jest to także opowieść o pewnej epoce w trzech jej fazach. Faza pierwsza to czasy schyłkowego PRL-u, który kompletnie ograniczał jednostkę, a po zamknięciu której popełnił samobójstwo Rołt. Potem nastąpił krótki etap wielkich możliwości, na czym przez chwilę skorzystał Skandal, rozkręcając swoje biznesy. Wreszcie trzecia faza, gdy system już okrzepł i praktycznie wyautował twórców takich jak Sadowski.

Masz rację. Dla mnie to także historia warszawskiego załoganctwa. Od końca lat 70., kiedy Rołt z kolegami grali zaćpany jazz, poprzez punkowe lata 80. i szaleństwo lat 90, aż po śmierć Sadka w roku 2005.

Zaczynając pracę, byłem przekonany, że wiem bardzo dużo na temat Rołta, Sadka, Skandala i warszawskiej załogi. Nie należałem do niej, ale cały czas kręciłem się w pobliżu, przesiadując w Remoncie i Hybrydach, na koncertach czy imprezach. I niby faktycznie wiedziałem sporo, ale i tak byłem cały czas zaskakiwany. Parę razy o mało nie spadłem z fotela. Tak było m.in., gdy Kuba Nowakowski opowiedział mi o muzyczno-brzmieniowych inspiracjach „czarnej” Brygady.

Jednak chyba najbardziej zaskoczyła mnie historia zespołu Dezerter. Niby wszyscy ją znają, ale okazuje się, że nie do końca. Uderzyło mnie, jak bardzo profesjonalnym zespołem byli dezerterzy od samego początku, skupionym na doskonaleniu warsztatu. To takie amerykańskie podejście, zupełnie nietypowe dla polskich grup, działających na zasadzie: „1, 2, 3, 4, gramy punka!”.

Starzy załoganci na pewno sięgną po książkę, ale co znajdzie w niej nowe pokolenie, które dorasta w innych realiach, ma inną muzykę i inne używki?

Akurat wracają stare używki, tylko w wersji syntetycznej. Szczerze mówiąc, nie myślałem o tym. Chciałem opowiedzieć historię trzech wrażliwych kolesi, którzy poszukiwali samych siebie w sztuce. Młode pokolenie może w nich zobaczyć trzech – chociaż nie znoszę tego określenia – poetów przeklętych rock’n’rolla. Hip-hopowcy mają zresztą podobne problemy. Przecież Chada nie wyskoczył z okna, bo akurat miał zły nastrój. Wiadomo, że w hip-hopie też są używki, tylko jeszcze gorsze, bo syntetyczne i nie wiadomo, co w nich jest. Rozmawiałem do książki z pewną osobą, która mocno leciała na amfie, aż straciła żołądek. Usłyszałem od niej, że kiedyś było o tyle łatwiej, że jeśli miałeś dobrego dilera i czyste dragi, to wiedziałeś, jak zareaguje organizm. Wszystko jest dozwolone, dopóki jesteś ostrożny. Bo jeśli przekroczysz cienką granicę, to spadasz z planszy.

Dzisiaj mamy syntetyki, których skład zmienia się niemal z dnia na dzień. Jeżeli słyszę, że czternastolatka zmarła po wypaleniu dżointa, to wiadomo, że ta trawa była czymś spreparowana. W ogóle mam wrażenie, że teraz na mieście jest o wiele więcej narkotyków niż w latach 90.

Dwa lata temu wydałeś książkę „Apteka – psychodeliczni kowboje”, teraz do sprzedaży trafiają „Zagrani na śmierć…”. Masz zamiar dalej eksplorować świat polskiej muzyki lat 80. i 90.?

Tak. Ten okres był w Polsce odpowiednikiem lat 60. i 70. na Zachodzie. Wtedy właśnie stworzono najbardziej kanoniczne dzieła, a uważam, że historia tej epoki nadal zawiera bardzo wiele niedopowiedzeń i luk. Wszyscy skupiamy się na tym, jak wielki był Robert Brylewski. I owszem, był wielki, chyba największy, nie ma o czym dyskutować, niemniej oprócz niego działało wielu innych ciekawych ludzi, o których się nie wspomina. Tak jak praktycznie nie wspomina się już o Janku, Skandalu i Sadku.

Mentalnie jestem już w tym projekcie. Wszystko jest zmapowane, kupiłem płyty, przejrzałem materiał, pierwsze rozmowy już się odbyły. W zasadzie niedługo zacznę pisać. Ale jak pokazuje historia „Zagranych…”, wszystko się może zmienić w ostatniej chwili. Wierzę w impulsy.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. archiwum Tomasza Lady


Tematy: , , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady