Wierzę w to, że szczęśliwe zakończenie musimy napisać sobie sami – wywiad z Joanną Lech o powieści „Drapieżcy chmur”

Joanna Lech w powieści „Drapieżcy chmur” odgrzebuje polskie traumy pokoleniowe związane z emigracją, dziedziczonym alkoholizmem czy rodzinnymi historiami. Pokazuje zderzenie z dorosłością, a właściwie proces zadomawiania się w dorosłości, gdy konfrontujemy się z rzeczywistością i musimy przedefiniować swoje marzenia. Jej książka to opowieść o wytyczaniu nowych dróg, gubieniu się i odnajdywaniu, próbowaniu różnych ścieżek, nieustannym przegrywaniu i wygrywaniu. Na przykładzie losów głównych bohaterów rozmawiamy z autorką o dzisiejszym pokoleniu 30- i 40-latków stąpającym (nie)pewnie po chwiejnym gruncie rzeczywistości.
Adrianna Chorąży: „Drapieżcy chmur” poruszają wątek emigracji osób urodzonych w latach 80. i 90. Czym ona się różni od emigracji ich rodziców czy dziadków? Pytam, ponieważ wyjazd Leo z kraju wydaje się być cezurą czasową w jego życiu – momentem, w którym wszystko zaczyna się rozpadać na kawałki.
Joanna Lech: Wydaje mi się, że o emigracji rodziców Leo raczej nie mogło być mowy. To pokolenie wychowywane od pokoleń na wsi, związane mocno z ziemią i gospodarstwem, wyznające tradycyjne wartości. W tamtych czasach co prawda emigrowano za granicę w celach zarobkowych, ale nie było to takie proste. Większość ludzi nigdy nie odcięła się od korzeni, często nawet nie wyjeżdżała z rodzinnej wsi. Rodzice Leo co prawda próbowali się przenieść do małego miasta, ale ta próba była skazana na porażkę. Po powrocie do wsi zamknęli się w sobie, ale chyba nigdy z tym nie pogodzili. W książce opisałam to jako rozmarzenie Matki wypatrującej z okien, jej ciche próby buntu i jawne pijaństwo Ojca – możemy to pewnie potraktować jako swojego rodzaju emigrację wewnętrzną. Emigracja dziadków będzie z kolei bardziej związana z trudnymi czasami po wojnie, z powrotami do domów lub ucieczkami do lepszego świata. Może wspomnę jeszcze o jednej ciekawej sytuacji – pradziadek Leo także był imigrantem, przybył ze wschodu do podbieszczadzkiej wsi z jednym skromnym wozem i zakupił hektary ziemi na wzgórzu. (To też jest zagadkowa historia mojej własnej rodziny, którą tylko nieco ubarwiłam). Może więc coś w tym jest, że Leo ma ucieczki we krwi.
Leo rzeczywiście lubi zmieniać miejsce, w którym przebywa. Bywa takim współczesnym flanerem odbijającym się od kolejnych drzwi.
Bo to prawda, że lubi się przemieszczać – jakby ciągle za czymś gonił. Wyjeżdża ze wsi, zmienia mieszkania i miasta, a w końcu udaje się za granicę. Być może to właśnie tam zrozumiał, że przebyte kilometry nie mają znaczenia, bo tak łatwo nie uda się uciec od samego siebie, od nagromadzonych traum i problemów. Uświadamia sobie, że przespał życie i zmarnował wszystkie szanse, że niczego nie uda mu się już osiągnąć. To gorzka perspektywa, ale może niezbędna do tego, żeby popchnąć go do zmiany.
Leo wydaje się też postacią, która rozbija mit romantycznego artysty, na przykład alkohol nie jest dla niego źródłem natchnienia, ale odziedziczoną chorobą w postaci nałogu. Czy to świadoma kpina z romantycznego ideału artysty?
Nie powiedziałabym, że to dosłownie kpina z romantycznego wizerunku artysty, raczej próba jego odbrązowienia i zdjęcia z cokołu. A może raczej krzywe lustro, w którym mogą przeglądnąć się ludzie z mojego pokolenia. W końcu wmawiano nam tyle rzeczy. To, że trzeba mieć wartości i ideały, trzeba coś w życiu osiągnąć, być kimś, ale jednocześnie dobrze zarabiać i szybko wydawać, wspinać się po szczeblach kariery i jednocześnie budować dom, zakładać rodzinę. Leo z „Drapieżców…” został wepchnięty w rolę artysty, a potem musiał sobie z tym poradzić. Musiał sprostać oczekiwaniom innych, chociaż i one się zmieniły. Nic dziwnego, że miota się w życiu i nie może sobie znaleźć miejsca.
Alkohol jest w książce również przywołany z pełnym ironii okrucieństwem, w końcu od dziecka Leo gardził Ojcem i jego nałogiem, walczył z nim, ale też bał się tego, że na końcu okaże się do Ojca podobny. To się niestety spełniło, kiedy Leo popada w depresję i postanawia się poddać. Za każdym razem, gdy zbiera siły i postawia odbić się od dna, zdarza się kolejna elegancka porażka, której każdy się przecież spodziewał. Tak wygląda nasze prawdziwe życie i myślę, że wielu z nas tego doświadczyło. Ja na pewno, zresztą Leo ma w sobie wiele z mojego życia, bardzo dużo rozczarowań, porażek, żali i smutków zabrała ode mnie ze sobą ta postać.

Podobnie wygląda sytuacja z jego śmiercią. Spodziewamy się po nim „romantycznego” samobójstwa, a on wydaje się umierać – przynajmniej w mojej interpretacji – w zupełnie prozaiczny sposób.
Mam jednak wątpliwości, gdy mówisz, że Leo chciał popełnić samobójstwo – on przecież sam siebie postawił w pozycji żałosnego pijaka, który musi wykrzyczeć swoje gorzkie żale, a świat powinien pozostawić go przy tej czynności w spokoju. Jest tu wiele czarnego humoru, na szczęście też wszystko się kończy pozytywnie. Czy Leo umiera na końcu książki? Myślę, że to zakończenie zależy od czytelnika. Zresztą jak cała reszta. Bo pozostają też takie pytania: czy Leo naprawdę miał chorobę serca, czy jego bole pochodziły z nerwów? Czy umiera na zawał, czy jednak uda mu się uspokoić i zacząć od nowa cały cykl porażek i prób odkupienia? Czy od początku był przeklętym artystą, czy zostało mu to wmówione? Jak potoczyłoby się jego życie, gdyby mógł sam o sobie decydować? Gdyby jego rodzina była inna? Sama czasem się nad tym zastanawiam. Muszę też zdradzić, że mimo, iż dałam mu tak ciężkie życie, mam do niego ogromną sympatię, także jako antybohatera.
Dużo w „Drapieżcach” pośrednio mówi się o funkcji, jaką dla rozwoju człowieka pełni rodzina. Ta przedstawiona w książce jest dysfunkcyjną wiejską rodziną. Dlaczego zdecydowałaś się akurat tak pokazać polską wieś?
Ma to oczywiście związek z tym, co sama przeżyłam podczas dorastania na podkarpackiej wsi, co poznałam później, co zasłyszałam. Nie zastanawiałam się, pisząc „Drapieżców”, czy ta rodzina będzie mniej lub bardziej zwyczajna i jak to zostanie odebrane, zresztą nigdy nie zakładam takich rzeczy. Na pewno jest też bardzo skomplikowana, ich wzajemne relacje są związane mocno z przeszłością, z wojnami, z biedą, harówką, z traumami, które się przekazuje pokoleniowo. Wszystko się nakłada na siebie i zazębia w tej książce, ma na siebie wpływ.
Pozostając dalej w tym wątku, mówisz, że każdy musi sobie sam napisać szczęśliwe zakończenie. Bracia pomimo uwikłania w przemoc rodzinną i alkoholizm realizują swoje życie zupełnie inaczej.
To prawda, między braćmi jest duża rozbieżność. Może to wynikać z tego, że Adrian ma zupełnie inny charakter niż Leo, jest też od niego starszy i o wiele dojrzalszy. Jego buntem jest zawzięty chłód, wyobcowanie i cichość. Wydaje się czasem, że nawet go w domu nie widać, jest pobocznym bohaterem, a i czytelnicy mogą o nim chwilami zapomnieć, myśląc, że Leo jest jedynakiem, wrażliwym i delikatnym dzieckiem. Starszy i „bezproblemowy” Adrian był skazany na bycie samodzielnym, ale też na pomaganie w gospodarstwie i zajmowanie się bratem. Dodatkowo zbierał za Leo cięgi od Ojca, przy milczącym przyzwoleniu Matki, co tylko nasilało jego niechęć do rodzinnego domu. Więc podczas gdy Leo próbuje być artystą i miota się w życiu, jego brat powoli, ale z ogromną determinacją realizuje swój cel, którym jest usamodzielnienie się i odcięcie od korzeni.

Joanna Lech (fot. Albin Talik)
Dlatego Adrianowi „bardziej wychodzi”?
Adrian chce żyć po swojemu, znajduje prosta pracę i zakłada rodzinę, która jest dla niego wsparciem. Sam doświadczony trudnym dzieciństwem chce zapewnić dzieciom lepsze życie – a w ten sposób przerwać tragiczny cykl porażek. Można więc powiedzieć, że Adrian rzeczywiście wybrał własną drogę, aby napisać sobie lepsze, szczęśliwe zakończenie.
Skusiłabym się tutaj na stwierdzenie, że może to właśnie silne doświadczenie przemocy było siłą napędową ucieczki i pragnienia zmiany. Leo bezpośrednio tego nie doświadczył, został mu wstyd, poczucie winy, rozczarowanie i niechęć, a z pewnością wiele zdezorientowania; przecież mimo wszystko jego dzieciństwo wyglądało na sielankowe. Czy były to tylko pozory? Czy tak sobie wmówił? Starannie zapamiętał tylko najszczęśliwsze wspomnienia, aby w ten sposób się ochronić? Ale podsumowując, pokuszę się na jedno rozpoznanie: Leo od początku sam uznawał siebie za przegranego, bezbronnego wobec trudów życia – być może to było jego piętnem.
I to wydaje się dość uniwersalnym scenariuszem. „Drapieżcy chmur” są w ogóle bardzo społecznie osadzoną książką. Czy możemy mówić, że Leo jako bohater jest „przegrywem” i wpisuje się w tzw. „kulturę przegrywu”?
Leo zostaje poniekąd wmanewrowany w bycie artystą, więc próbuje spełnić te oczekiwania. Jednak to, co zaczęło się jako ekscytująca, dziecięca zabawa, staje się przykrym obowiązkiem, a on sam popada w depresję. Po czasie uświadamia sobie, że nie jest w tym wystarczająco dobry i idzie w ślady brata. Stąpa jego ścieżką, bo ona została już wydeptana. Jednak to znowu jest cudze życie, w którym wrażliwy Leo nie potrafi się odnaleźć. Jego artystyczna strona nie daje mu o sobie zapomnieć, nie potrafi już realizować się w pracy. Niespełnione marzenia tylko pogłębiają jego nieprzystosowanie. Miota się pomiędzy dwoma światami, nie pasując do żadnego. To jest jak klątwa, przekleństwo. Jest to bohater tragiczny w ten sposób, że trwa zawieszony pośrodku, można powiedzieć, że „zamieszkał w smutku”, nie ma determinacji ani ambicji, żeby coś zmienić. Krótkie zrywy i nadzieje na poprawę losu zawsze kończą się kolejnymi porażkami.
Jak myślisz z czego to wynika?
Myślę, że to wszystko wynika nie tyle z braku akceptacji codzienności, zwykłego życia, ale z bezradności. W końcu Leo od zawsze czuł się bezsilny, kruchy, odstający od wszystkiego. To jego gubienie się w zbożu jest nie tylko czułym wspomnieniem, ale i dobrą metaforą: wrażliwy i rozmarzony chłopiec polega na rodzicach, którzy zawsze muszą nad nim czuwać. Gdy tego zabraknie, on sam już zawsze będzie się gubił: przecież nikt go nie nauczył, jak samemu znaleźć drogę.
Sama mam głęboką świadomość przesypiania życia, marnowania kolejnych szans i przegrywania. Można więc stwierdzić, że historia wynikła bezpośrednio z doświadczeń moich i innych ludzi z mojego pokolenia. Nie zakładałam z góry, że będzie to kultura przegrywu, że książka będzie wpisywała się w aktualne trendy ani mówiła o społeczeństwie, zwyczajnie tak to wynikło.

Książki Joanny Lech (fot. Albin Talik)
Zmierzając ku końcowi, chciałam jeszcze zapytać o to, jak konstruujesz rzeczywistość fabularną? „Drapieżcy chmur” są powieścią niechronologiczną, fragmentaryczną, ze sporymi przeskokami czasowo-fabularnymi, co jest szczególnie ciekawe narracyjnie.
Fabuła rzeczywiście układa się jak puzzle, które stanowią jeden z ważnych wątków książki. Mały Leo przypatruje się temu, jak dorośli starannie układają swoje kolorowe światy i wpada w złość, gdy na końcu trzeba je zniszczyć. Pieczołowicie nakleja układankę na kartkę i wiesza na ścianie. W książce jest wiele postaci i wątków, fabuła jest, tak jak mówisz – poszarpana, ale wszystko się ze sobą łączy. Może dlatego, że większość książki pisałam podczas pandemii, a potem długiej choroby i miałam ją dobrze obmyślaną w głowie, mogłam więc do woli bawić się czasem i przestrzenią.
Historia Leo zaczęła się jednak w środku, od jego porażek miłosnych i emigracji, która była ważnym motywem dla mojego pokolenia, a może bardziej dla moich rodziców. Potem jednak pomyślałam, że jest to ciężka, zimna i trudna książka. Oczywiście moje własne doświadczenia za bardzo na nią wpłynęły. Postanowiłam więc dopisać dla Leo dzieciństwo, dodać mu trochę ciepła i czułości, a także, dzięki wyjaśnieniu wczesnych traum, osadzić go bardziej w tle psychologicznym. Te sielankowe, wiejskie wspomnienia były także dla mnie piękną ucieczką. Zanim się spostrzegłam, książka podwoiła swoje rozmiary, a wszystkie fragmenty opowieści zaczęły do siebie idealnie pasować, uzupełniając się nawzajem, nadpisując. Tak samo było przecież z wątkiem historycznym – początek wojny w Ukrainie przeniknął do książki jako moje doświadczenia, ale połączył się z wojennymi traumami poprzednich pokoleń, właściwie się z nim zazębiał.
Czy możemy spodziewać się kolejnej książki w najbliższym czasie?
Właśnie kończę ten wywiad podczas rezydencji literackich w Karkonoszach, więc kolejną książką będzie ta, nad którą obecnie pracuję. Zatem: krótki zbiór opowiadań o miłości, oczywiście nie takiej zwyczajnej, prostej.
Pytała: Adrianna Chorąży
fot. główna: Albin Talik
Kategoria: wywiady
















