banner ad

Wiele jest jeszcze do odkrycia – rozmowa z Jackiem Leociakiem, laureatem 18. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy za książkę „Podziemny Muranów”

21 sierpnia 2025

„Podziemny Muranów” Jacka Leociaka (wyd. Czarne) to wyjątkowa opowieść o mieście – jego historii, zagładzie, odrodzeniu, a wreszcie też i o odkrywaniu przeszłości. Jury Nagrody Literackiej m.st. Warszawy porównało ją do zejścia w najniższy krąg piekła w „Boskiej komedii”. Porozmawiajmy zatem z badaczem i autorem, który zdecydował się być przewodnikiem po miejscu pogrzebanym.

Sebastian Rerak: Zazwyczaj, kiedy w kontekście okupacji pada słowo „podziemie”, rozumiane jest ono metaforycznie. Podziemny Muranów z tytułu pana książki ma też jednak bardzo realny wymiar.

Jacek Leociak: Tak, całkiem dosłowny. Myślę, że warto zrównoważyć te dwa pojęcia funkcjonujące w tekstach o okupacji. Zazwyczaj jesteśmy bowiem przyzwyczajeni do tego metaforycznego. Ja tymczasem piszę o zupełnie realnym.

W swojej pracy naukowej jest pan zapewne zmuszony do przyglądania się indywidualnym losom, do rekonstrukcji historii konkretnych osób. Bohaterem „Podziemnego Muranowa” jest tymczasem miasto.

Jak najbardziej, aczkolwiek miasto ujawnia się również poprzez ludzkie losy. Zawsze widziane jest oczami ludzi, którzy zapisują świadectwa. W tej książce oprócz badania owych świadectw i rekonstruowania tekstowego obrazu miasta starałem się również dotknąć rzeczywistości. Lub – mówiąc bardzo dosłownie – dotknąć materii.

Dotarcie do materialnych pozostałości miejsca, które zostało zniszczone, wydaje się szalenie trudnym zadaniem.

Paradoksalnie nie jest to nadal takie trudne, tylko my zdążyliśmy już trochę zapomnieć o tym, że na Muranowie chodzi się po powierzchni miasta, które zostało pogrzebane pod ziemią. Często podczas robót ziemnych, kładzenia kanalizacji czy jakichś napraw, to podziemne miasto wychodzi na powierzchnię. Nie tylko pod postacią zwykłych cegieł, ale również rzeczy. Rzeczy, o których piszę.

A dlaczego zdążyliśmy zapomnieć? Świadomość tego, że na szczątkach dawnego Muranowa powstało nowe życie była zbyt makabryczna?

To bardzo złożona sprawa, a zarazem temat na długą rozmowę. Powiem więc w wielkim skrócie. Budowa nowego Muranowa ruszyła w roku 1949, kiedy sytuacja mieszkaniowa w Warszawie była wciąż katastrofalna. Zaprojektowano więc duże osiedle, które dla miasta było czymś bezcennym. Dla architektów i urbanistów możliwość zagospodarowania pustego kawałka miasta jest skądinąd sytuacją wymarzoną. Projektant Bohdan Lachert i jego grupa od początku zdawali sobie jednak sprawę z tego, gdzie budują. Lachert pisał o tym wprost w artykule programowym zamieszczonym na łamach branżowego miesięcznika „Architektura” w styczniu 1949 roku. Opisał w nim swoją koncepcję i bardzo wyraźnie zaznaczył symboliczny wymiar Muranowa jako monumentu upamiętniającego Zagładę, a jednocześnie manifestu nowego, odradzającego się życia.

Jak jednak doszło do zapomnienia przeszłości? Można wyróżnić kilka etapów przesłonięcia dziedzictwa Muranowa. Na początku lat 50. doszło do gruntownej zmiany sytuacji politycznej i zglajchszaltowania wszystkich dziedzin życia społecznego, również architektury. Wtedy też zaczęto zapominać o getcie. W prasie zaczęła się krytyka Lacherta, a towarzyszyły jej głosy mówiące, że gruzy na Muranowie są jedynie przeszkodą, jakimś dziwnym ukształtowaniem terenu, utrudniającym budowę osiedla. Kulminacja tego okresu nastąpiła w 1956 roku, a jej symbolem jest dla mnie decyzja naczelnego architekta Warszawy Adolfa Ciborowskiego, aby ulicę Anielewicza, dawną Gęsią, połączyć z Młynarską. To połączenie miało przebiegać przez cmentarz żydowski i w konsekwencji doprowadzić do zniszczenia nagrobków w jego najstarszej, zabytkowej części. To moim zdaniem świadczy o zupełnym oderwaniu od rzeczywistości historycznej tego miejsca, o „zapomnieniu” tego, że przed wybuchem II wojny światowej ta część Warszawy stanowiła skupisko życia żydowskiego.

Jacek Leociak (fot. Bartosz Mikulski)

No właśnie, Muranów przed wojną miał być swoistym miastem w mieście. Czy rzeczywiście?

Żydzi zawsze skupiali się w jakimś wydzielonym obszarze miasta, nie tylko w Warszawie. To wytwarzało określony koloryt dzielnicy, i tak na Muranowie panowała zarazem niebywała różnorodność, jak i bardzo ostre kontrasty. Przejawiały się one sąsiedztwem nędzy i bogactwa, jak również mnogością języków słyszalnych na ulicach – od jidysz, poprzez rosyjski i niemiecki, kończąc na hebrajskim, a więc świętym języku używanym w synagogach. Oczywiście Żydzi mieszkali przed wojną na całym terenie Warszawy, ale poza Muranowem nie byli już tak widoczni. Dość powiedzieć, że Warszawa była drugim największym skupiskiem Żydów na świecie – po Nowym Jorku. Na około 1,3 miliona mieszkańców było ich ponad 300 tysięcy.

Przed zagładą getta Żydzi rozpoczęli budowę bunkrów, których proces powstawania opisuje pan w książce. To skądinąd imponujące, że w ludziach tak stłamszonych i pozbawianych środków do życia wyzwoliła się inwencja i zapał pozwalające stworzyć całą tę podziemną sieć.

Przedsięwzięcie istotnie imponujące pod względem techniczno-inżynieryjnym, ale też będące istotnym wątkiem w rozważaniach na temat postawy Żydów wobec Zagłady. Już w czasie trwania wojny oskarżano ich bowiem o bierność, mówiono, że idą na rzeź jak barany, że się nie bronią. Te oskarżenia padały z wielu stron, w tym od bojowych grup konspiracyjnych działających w getcie, ale też od Żydów mieszkających w Palestynie pod mandatem brytyjskim. Uważam jednak, że budowa całej tej sieci bunkrów przeciwstawia się tym zarzutom. Pojęcie oporu należy bowiem rozszerzyć, bo ograniczanie go do walki zbrojnej jest straszliwym zawężeniem. Na walkę z bronią w ręku stać było jedynie kilkuset bojowców – dziś szacuje się, że 500 osób należało do Żydowskiej Organizacji Bojowej, a 250 do Żydowskiego Związku Wojskowego. Co jednak z pozostałymi 50 tysiącami Żydów, którzy zostali w getcie w przededniu powstania? Część z nich już wcześniej zaczęła przygotowywać bunkry, aby znaleźć w nich schronienie, a które były notabene całymi podziemnymi labiryntami, nierzadko połączonymi z kanalizacją miejską i znakomicie wyposażonymi. To także forma oporu, niepoddawania się presji i przemocy, co cały czas staram się podkreślać. Tym bardziej, że wciąż myślimy o powstaniu w getcie warszawskim w perspektywie strzelania i aktów heroicznych w najbardziej klasycznym tego słowa znaczeniu. Tymczasem powstanie nie ma jeszcze swojej historii cywilnej, a ta była doświadczeniem pięćdziesięciu tysięcy ludzi, którzy zeszli do podziemia.

Jacek Leociak odbiera Nagrodę Literacką Warszawy z rąk przewodniczącej stołecznej Komisji Kultury Agnieszki Wyrwał (fot. Bartosz Mikulski)

Czy w trzewiach Muranowa sporo pozostaje jeszcze do odkrycia? Czy może dojść do odkrycia, które wzbogaci stan wiedzy o jego przeszłości?

Na pewno dużo jest jeszcze do odkrycia. Mówimy w końcu o sporym kawale miasta, który poniekąd zapadł się pod ziemię. Trzeba bowiem dodać, że Muranów po zniszczeniu getta nie wyglądał tak, jak na tych słynnych zdjęciach z 1945 roku. One przedstawiają po prostu pustynię, na której stoi jedynie kościół św. Augustyna na ulicy Nowolipki. Po powstaniu w getcie, od lipca 1943 roku, Niemcy systematycznie rozbierali stojące tam ruiny, przeszukując gruzy, odzyskując metale kolorowe itd. Doszło do systematycznych prac rozbiórkowych na wielką skalę. Co zatem można jeszcze znaleźć? Dosłownie całe korzenie miasta. Fundamenty, podwórka, instalacje elektryczne i kanalizacyjne, resztki piwnic, a w tych ostatnich wiele różnych przedmiotów. Nadal są tam też jeszcze szczątki ludzkie, ponieważ tereny getta nie zostały poddane ekshumacji, jak miało to miejsce po tzw. stronie aryjskiej. Były jedynie punktowe ekshumacje na przykład na terenie Koszar Wołyńskich, tam, gdzie teraz stoi gmach Muzeum Polin.

Czy te odkrycia poszerzają naszą wiedzę? Każdy okruch z przeszłości jest cenny. To tak jak z wrakiem Titanica – wciąż wydobywamy z niego jakieś artefakty, które mają swoje znaczenie. Zasadniczo jednak nie ma co liczyć na odkrycie, które radykalnie naszą wiedzę by zmieniło. Najcenniejszy skarb już odnaleziono i jest to Archiwum Ringelbluma, tworzone i kompletowane w czasie istnienia getta i ukryte pod ziemią, w piwnicach kamienicy przy Nowolipki 68 (dziś 28). Nic cenniejszego już nie znajdziemy.

A czy pana osobiste związki z Muranowem wpływają w jakiś sposób na pisanie o nim?

Uważam, że przekonanie o superobiektywnym, bezosobowym uprawianiu nauki jest mitem. Urodziłem się na Muranowie, jest on moją lokalną ojczyzną, powiedziałbym – ojczyzną domową, więc miałem biograficzny impuls do poznawania tego miejsca. Bardzo długo nie miałem świadomości, gdzie mieszkam. Urodziłem się wprawdzie w 1957 roku, a więc dość dawno temu, ale nikt specjalnie nie mówił o tej historii ani w szkole, ani w domu. Tym bardziej, że moi rodzice przyjechali z innych miast – z Krakowa i z Łodzi. A zatem tak, motyw osobisty jest bardzo istotnym czynnikiem w mojej pracy. I właśnie dlatego – jak powiedziałem podczas gali wręczenia Nagrody m.st. Warszawy – jest to dla mnie nagroda najcenniejsza. Bo warszawska!

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: Bartosz Mikulski
Materiał powstał we współpracy z Urzędem m.st. Warszawy.


Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady