banner ad

W Warszawie łatwo odnaleźć szczeliny między konkretem a abstrakcją – rozmowa z Markiem Bieńczykiem, laureatem 18. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy w kategorii „warszawski twórca”

29 lipca 2025

Prozaik, historyk literatury, a także „arcymistrz polskiego eseju i wybitny tłumacz” – jak mogliśmy usłyszeć w laudacji po przyznaniu mu tytułu Warszawskiego Twórcy 2025 roku. Marek Bieńczyk opowiedział nam o swojej relacji z Warszawą, potrzebie ucieczki w lewitowanie i metafizyce zwariowanych przestrzeni.

Sebastian Rerak: Od osób związanych z Grochowem można usłyszeć, że „Rondo Wiatraczna” jest pięknym hołdem złożonym ich dzielnicy. Podobno w trakcie jego pisania nie odwiedzał pan jednak Grochowa. Zdał się pan na pamięć czy na wyobraźnię?

Marek Bieńczyk: Kiedy zaczynałem pisać, wciąż powtarzałem sobie, że powinienem pojechać na Grochów i odświeżyć sobie jego topografię. Potem jednak zrozumiałem, że właściwie nie jest mi to do niczego potrzebne. Nadal bywam na Grochowie raz na dwa tygodnie, bo mam tam ulubione miejsce na zakupy, ale nie musiałem chodzić po ulicach, by móc o nich pisać.

Pyta pan: pamięć czy wyobraźnia? Myślę, że szczególnie dużo do odegrania miała ta druga. Owszem, niejeden pomysł zaczynał się od jakiegoś zaczepu w pamięci, ale potem rozwijał się w coś większego. Przyznaję, że może niecnie wykorzystałem Grochów do utkania opowieści. „Rondo Wiatraczna” nie jest hołdem dla niego w takim sensie, że staram się głosić, jaka wspaniała jest to dzielnica, nie o pochwałę chodzi, niemniej z pewnością Grochów dał mi coś, co pozwala snuć historie. A może więcej: doprowadził mnie do pisania.

Kiedy jestem na Grochowie, łatwiej mi przyznać, że to książka właśnie o nim. Ale już na spotkaniu autorskim w Katowicach przekonuję, że jej tematyka jest o wiele szersza. Przyznam, że początkowo miałem zamówienie na tekst związany z konkretem: historycznym, autobiograficznym, wspomnieniowym. Z pamięcią o czasach, w których wychowywałem się w tej dzielnicy. Rzecz jednak w tym, że takie pisanie mnie kompletnie nie pociąga. Musiałem przekształcić je w coś zupełnie innego.

Paweł Dunin-Wąsowicz z wielką estymą opowiadał nam o swoim rodzinnym Żoliborzu, jego odrębności i folklorze. Pan wydaje się patrzeć na Grochów w zupełnie inny sposób.

Tak, bo Grochów był i jest dla mnie swoistą plasteliną, z której mogłem coś ulepić. Coś, co nie istniało, a co dopiero miało się stać. Dla Pawła, który fantastycznie miasto rozpoznał, dzielnice Warszawy nasączone są przeszłością i odrębnością dziedziczonymi z pokolenia na pokolenie, czy raczej z książki na książkę. To nie moja perspektywa, ja traktuję miejsce raczej jak tworzywo pierwsze, które dopiero nastaje, choć już jest od dawna.

Ludzie związani z Grochowem, nie tylko przez realia życiowe, ale też swoisty rodzaj pasji lub namiętności do jego osobliwości, niekoniecznie znajdą coś dla siebie w mojej książce. Całe to zakorzenienie oraz ciągłość historyczna są u mnie na drugim planie. Oczywiście nie napisałbym „Ronda Wiatraczna”, gdybym na Grochowie nie mieszkał przez pół wieku. Tyle że on stanowi dla mnie przestrzeń odrębną w rozumieniu zgoła metafizycznym. Ta przestrzeń daje mi pewnego kopa, określa moje pisanie i sposób istnienia. Być może zresztą nie tylko mnie, bo patrząc na innych pisarzy-grochowiaków, na przykład Marcina Wichę, Pawła Sołtysa czy Krzysztofa Środę, to wydaje mi się, że można dostrzec pewne podobieństwa. Oni nie piszą prozy gatunkowej, a raczej międzygatunkową. Wyobrażam sobie, że jest to dziedzictwo miejsca, w którym dorastali.

Marek Bieńczyk (fot. Bartosz Mikulski)

W opisywanym przez pana pomieszaniu porządków – czy to architektonicznych, czy w zderzeniu miejskości z wiejskością – jest pewien nerw, jakaś tajemnica… I to paradoksalnie jest szalenie wyraziste.

Tak, w tym pomieszaniu objawia się niejasność ontologiczna dzielnicy. Wszystkie dzielnice obrzeżne, choćby Bielany, przez swoje rozpołowienie, przez bycie na skraju, doświadczają dwoistości, lecz na Grochowie było ono zawsze szczególnie widoczne. Bądź to ze względu na topografię, bądź to ze względu na fakt, że jednym susem można było praktycznie znaleźć się na wsi. To było tyleż dziwne, co ważne.

Już jako dzieciak miałem silną potrzebę wyjścia z tego miejsca i wkroczenia w jakąś światowość. Żeby, wie pan, odetchnąć pełną piersią. (śmiech) Dotknąć luksusu, ogłady, wyrafinowania. Dlatego też zacząłem szukać w literaturze rzeczy transgresyjnych wobec mojego miejsca istnienia. Jednocześnie jednak gdzieś w głębi wiedziałem, że pozostaję dzieckiem Grochowa. I widzę, że przynajmniej część osób w moim wieku (lub nawet młodszych), które niegdyś mieszkały w tej dzielnicy, w jakimś stopniu odnajdują się w tym, co napisałem.

Pisze pan o szczelinach między konkretem a abstrakcją. Czy w Warszawie łatwo znaleźć takie szczeliny?

Myślę, że tak, wszędzie. W każdym większym mieście można. Warszawa nadaje się do tego nadzwyczajnie, gdyż jest tak niejednorodną przestrzenią, tak zwariowaną architektonicznie i w pewnym sensie chaotyczną, że można te szczeliny szybko odnaleźć. Zapewne szybciej i w większym stopniu, co w miastach równie zwartych, jak Kraków czy Wrocław. Ja zresztą tropię je namiętnie. Już jako dziecko fascynowała mnie ulica Jazdów. Słyszał pan o domkach fińskich? To są takie drewniane domki postawione z inicjatywy władz Finlandii w zniszczonej Warszawie w 1945 roku. Miały stać kilka lat, ale stoją po dziś dzień. Właśnie na ulicy Jazdów, w samym centrum Warszawy, gdzie prawdopodobnie jest najdroższa ziemia w mieście. Teraz proszę sobie wyobrazić, że w sąsiedztwie tych wiejskich chatek z ogródkami znajduje się przedwojenny, ceglany budynek szpitala psychiatrycznego, a jeszcze obok – ambasada Francji. To właśnie jest przykład takiej szczeliny, niemal kompletnie nienależącej do miasta, łączącej różne epoki i porządki. Francuzi, szaleńcy i wieśniacy na jednej piędzi ziemi, sto metrów od Sejmu.

Podobnie jest ze skarpą mokotowską, przypominającą wejście w inny świat. Jakieś działki, domki, altanki, zieleń, krzewy, wertepy… O co chodzi? Bardzo dziwne miejsce. A na Grochowie podobnych szczelin było sporo, również takich metaforycznych. Jednocześnie życie w tej dzielnicy było bardzo konkretne, a ja, jak wspomniałem, chciałem się z niego wyzwolić, uciekając w abstrakcję, metafizykę, swoiste lewitowanie. (śmiech)

Ale to niezaprzeczalne: Grochów dał mi konkret. Smak konkretu. Również dlatego, że wytwarzał tęsknotę za czymś innym i mniej doczesnym oraz pragnienie unieważnienia konkretu w abstrakcji. Tyle, że jego nie da się unieważnić i zarazem nie da się od niego abstrahować, dwa sprzeczne ruchy naraz. A kiedy wszystko to przemieszało się we mnie, to na różne sposoby znalazło wyraz w pisaniu.

Marek Bieńczyk odbiera Nagrodę Literacką Warszawy w kategorii „Warszawski twórca” (fot. Bartosz Mikulski)

Już kilka razy w naszej rozmowie pojawiło się słowo „metafizyka”. Wydaje mi się o tyle adekwatne, że kiedy opowiada pan lub pisze o Warszawie, przywołuje nazwy ulic, budynków i instytucji, przypomina to opowieść o jakichś odrealnionych miejscach.

Tak, przy czym moja metafizyka nie jest podana ze śmiertelną powagą. „Rondo Wiatraczna” bywa czy ma być chwilami komiczne. To, co jest śmieszne, jest jednocześnie poważne i na odwrót. Lubię jak w zakamarkach powagi kryje się komiczność. Poza tym chciałem, aby ta proza mogła być czytana także w zupełnym oderwaniu od Warszawy. Przy zachowaniu wszelkich proporcji: wiele książek w historii literatury światowej, począwszy od Balzaka, wydaje się bardzo ukonkretnionych. Jednocześnie jednak z powodzeniem funkcjonują również poza własną przestrzenią.

Nie wiem, czy to dobre określenie, ale można chyba powiedzieć, że na pana twórczości cieniem kładzie się hasło „melancholia”. Regularnie piszą o niej recenzenci, a nawet w uzasadnieniu przyznania Nagrody Literackiej Warszawy możemy przeczytać o „utracie, żałobie i melancholii”. Nie ciąży to panu w żaden sposób?

Ciąży. I dlatego dobrze pan to ujął, mówiąc o cieniu. Wiadomo, każdy piszący sztukuje swój portret, swoje ja symboliczne. Tak i ja kreowałem autoportret, pisząc o melancholii, aczkolwiek zawsze z autentycznej potrzeby. W pewnym momencie zaczęło mi to jednak przeszkadzać, gdy poczułem, że recenzenci istotnie sprowadzają do niej wszystko, co robię. Dlatego w „Rondzie Wiatraczna” z melancholią się drażnię, wykopuję ją z książki; no, może wraca czasem oknem…. Nie miałem poczucia, że piszę nostalgiczną książkę, choć podobne wrażenie towarzyszyło mi w przypadku niektórych wcześniejszych. Mogę więc mówić o pewnego rodzaju wyzwoleniu. Czy może raczej o zdystansowaniu się od czegoś, co zdaniem niektórych jest moim królewskim tematem.

Marek Bieńczyk dziękuje za Nagrodę Literacką Warszawy (fot. Bartosz Mikulski)

Nigdy nie wyprowadził się pan z Warszawy. Pana związki z miastem są tak mocne, że trudno byłoby oddzielić od niego również pisarstwo?

Sam z siebie nigdy nie myślałem, że jestem związany pisarsko z Warszawą, ale jeśli spojrzeć na moje książki, to znajdziemy w nich dużo tego miasta. W Warszawie rozgrywa się akcja „Tworek”, sporo jest Warszawy w „Kontenerze”… Myślę, że odziedziczyłem swoistą wierność wobec miasta po ojcu. Mój ojciec był warszawiakiem sentymentalnym do bólu. Kochał miasto, kochał wręcz ostentacyjnie, i miał poczucie, że należy do niego. Aby nie być w cieniu ojca, musiałem jednak tę miłość przerobić, co też na różne sposoby czyniłem w literaturze. Faktem jest, że miałem możliwość wyjechać, ale nigdy się na to nie zdecydowałem. W Paryżu nie napisałbym takich książek, jakie napisałem.

Tytuł „warszawski twórca” zajmuje więc szczególne miejsce w pana dorobku?

To bardzo przyjemna nagroda, ponieważ uświęca moje istnienie w tym mieście. Wprawdzie męczy mnie od zawsze poczucie vanitas vanitatum i zawsze widzę podszewkę rzeczy, (śmiech) niemniej skłamałbym, mówiąc, że to wyróżnienie nie sprawiło mi wyjątkowej, nadzwyczajnej radości. Tym bardziej, że przyszło z rąk ludzi, których pisanie bardzo mi leży.

Co zabawne, tegoroczna edycja nagrody została bardzo mocno rozreklamowana. Moja podobizna, czy – jak sam ją nazywam – list gończy, była prezentowana w metrze i w autobusach. Ludzie przysyłali mi zdjęcia, które sobie z nią robili. Trochę śmieszne, że ktoś fotografuje się ze starym facetem, który w dodatku niczego nie reklamuje poza swoim tęsknym wzrokiem, ale to przyjemne. (śmiech)

No i ucieszyłem się też ze względów rodzinnych. Przez wzgląd na ojca, który od dawna nie żyje. Dla niego ta nagroda byłaby szóstką w kosmicznym lotto.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: Bartosz Mikulski
Materiał powstał we współpracy z Urzędem m.st. Warszawy.


Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady