banner ad

W poszukiwaniu wywalenia w kosmos – rozmowa z Julem Łyskawą, laureatem 18. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy za książkę „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców”

22 lipca 2025

Jul Łyskawa zadebiutował w piorunującym stylu. Jego powieść „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców” wzbudziła konsternację krytyków, pochłonęła czytelników i rozsupłała przed autorem worek z laurami. Ostatnie z wyróżnień, Nagroda Literacka m.st. Warszawy w kategorii prozatorskiej, stało się powodem dla naszej rozmowy.

Sebastian Rerak: Czy twoja Warszawa mogłaby znajdować się w stanie Waszyngton?

Jul Łyskawa: Fajne pytanie! Tak, skoro znajduje się tam Seattle, to mogłaby i Warszawa.

Zapytałem, bo jestem ciekaw, czy można doszukać się jakichś związków „Prawdziwej historii…” z tym miastem.

Największym związkiem z Warszawą jest fakt, że tutaj się urodziłem. Teraz zastanawiam się, czy pozostałe dwie książki nominowane do nagrody w kategorii „prozy” są bardziej warszawskie. Chyba są…

Jak sam przyznajesz, „Prawdziwa historia…” miała być formalnie „wywalona w kosmos”. To dość śmiałe założenie, bo w polskiej literaturze konkret i wierność realiom cenione są dziś chyba bardziej niż język.

Przyznaję, że w ostatnich latach częściej sięgałem po literaturę zagraniczną niż polską, bo w tej drugiej czegoś mi brakowało. Chyba właśnie tego wywalenia w kosmos. Chociaż jeśli spojrzymy na ubiegłoroczne debiuty, to na przykład „Plemię” Trusewicza jest mocno oparte na języku. Albo „Koniec” Marty Hermanowicz, bo choć istotny jest w nim konkret, to forma też odgrywa sporą rolę.

Faktycznie jednak otacza nas konkret oparty na ostatnich stu latach historii. Mnie on męczy, czy może raczej niezbyt interesuje. W swoich wyborach czytelniczych staram kierować się na rzeczy, które nie zostały jeszcze wyeksploatowane. A mam poczucie, że o historii Polski nie da się już napisać niczego nowatorskiego. Chociaż może jestem w błędzie i nagle zjawi się ktoś, kto rozwali formę na przykład w ujęciu dziejów PRL-u.

Zauważam ponadto tendencję do starzenia się nostalgii. Jeszcze kilka lat temu w książkach pojawiała się tęsknota za latami osiemdziesiątymi, a wraz z debiutami młodszych roczników dostajemy dużo tekstów nawiązujących do ninetiesów. Może więc doczekamy powieści wyrażających nostalgię za początkiem XXI wieku, a wraz z nimi dojdzie do wybuchów i ponownego wywalenia w kosmos?

Mam wrażenie, że jednym z powodów, dla których twój debiut tak mocno zarezonował, jest właśnie fakt, że wymyśliłeś historię bez oglądania się na rzeczywistość.

Łatwiej jest mi wymyślić miasteczko w amerykańskim lesie, niż rzeczowo ograć Puszczę Białowieską. Dlatego też nie męczyłem się zbytnio, pisząc tę powieść. Nie chcę bynajmniej powiedzieć, że szedłem na łatwiznę. Po prostu sięgałem po rzeczy, co do których wiedziałem, że będzie mi się je dobrze pisało.

W książce jest wiele wątków i języków, ale starałem się stawiać sobie zarówno wyzwania, jak i ograniczenia. Mamy więc chociażby obszerne sceny rozgrywające się w barze. Spodziewałem się, że będą one dla mnie dużym wyzwaniem, bo zależało mi na przedstawieniu ich z realizmem. Tymczasem okazało się, że nie jest to takie trudne i pisało mi się te fragmenty całkiem przyjemnie.

O wiele trudniej przyszłoby mi stworzenie czegoś w stylu „Sierpnia” Pawła Sołtysa, czyli opowieści o tym, że chodzę po mieście i rozkminiam swoje skojarzenia z mijaną ulicą lub przeczytaną właśnie gazetą. Szczęśliwie się złożyło, że rzeczy grające w mojej głowie spodobały się także czytelnikom. I chyba w jakiś sposób ich zadziwiły.

Jak na osobę, która przyznaje, że nie czyta wiele polskiej literatury, masz dobre w niej rozeznanie.

Od jakiegoś czasu staram się nadrabiać znajomość polskich książek z bardzo prozaicznego powodu. Otóż poznaję ludzi, którzy piszą, i czasem wzbudzają oni moją ciekawość. Ale to nie jest tak, że jestem uprzedzony do rodzimej literatury. Po prostu stanowiła ona mniejszy procent mojego doświadczenia czytelniczego. A może jestem w błędzie i czytałem jej dużo. (śmiech)

Nie masz wrażenia, że już swoją notką biograficzną podpowiedziałeś recenzentom hasło „postmodernizm”?

Ale ja nie mam z tym problemu, bo bardzo to hasło lubię! Jest ono na tyle pojemne, że można do niego podejść od wielu stron. Dlatego czasami kiedy rozmawiam o postmodernizmie w kontekście mojej książki, słyszę nazwiska pisarzy, które znałem jedynie ze słyszenia albo których nie łączę wcale z tym nurtem. Zawsze jest to więc podłoże do interesujących rozmów.

Ogólnie jednak żadna łatka mnie nie uwiera. Zwłaszcza, że nazwałem się fanem postmodernizmu, a nie twórcą. (śmiech)

Jul Łyskawa (fot. Bartosz Mikulski)

Kiedy Tymon Tymański opowiadał nam o swoim „Sclavusie”, powiedział m.in., że w Polsce nie ma literatury postmodernistycznej. To stało się przyczynkiem do ciekawej dyskusji w komentarzach na fanpage’u Booklips.pl. Ludzie spierali się, czy postmodernizm zdołał przyjąć się u nas, czy też nie.

Gdybyśmy zdali się na Wikipedię, to ta pokaże nam listę autorów tworzących w Polsce w tym nurcie. (śmiech) Sam nie jestem przekonany, czy postmodernizm u nas się przyjął. Na pewno da się znaleźć przykłady książek, które można do niego zaliczyć, począwszy od „Opowieści o trzech Metysach” Parnickiego. Nawet mam ją tutaj, na regale. Niemniej kiedy myślę o postmodernizmie, nie myślę o polskiej literaturze.

Mówiliśmy co nieco o twoich ambicjach odnośnie do „Prawdziwej historii…”, a teraz zapytam o coś, czego chciałeś uniknąć w trakcie jej pisania. Czym jest netflixowanie literatury?

Przez netflixowanie rozumiem relacje ważności, na przykład pomiędzy bohaterami i bohaterkami. Osobiście zawsze zaznaczam, że pewne przekłamania historyczne służące ukazaniu silnych kobiet uważam za pozytywne. Obraz serialowy może być medium służącym do powiedzenia widzom, że homoseksualizm nie jest złem wcielonym, a kobiety i mężczyźni powinni mieć równe prawa. Wiem, że Netflix robi to raczej z pobudek marketingowych, niż w celu realizacji określonej misji, ale dla mnie jest to OK. Jednocześnie jednak nie wydaje mi się, aby literatura była w obecnych czasach dobrym środkiem do promocji podobnych idei. Po prostu dlatego, że zbyt mało ludzi czyta książki.

Wychodziłem z założenia, że główny bohater „Prawdziwej historii…” jest już na tyle dziwny i być może trudny do zaakceptowania dla niektórych, że moja opowieść powinna być bardziej prawdopodobna na innych płaszczyznach. Dlatego też, choć nie ukrywam swoich profeministycznych przekonań, starałem się, aby postaci kobiece funkcjonowały w książce tak, jak to miało miejsce w historii, czyli w cieniu mężczyzn. Nadal są one jednak megaistotne dla opowieści, zwłaszcza, gdy traktuje ona o męskości. Dlatego nie mogę zgodzić się z pojawiającym się gdzieś zarzutem, że „Prawdziwa historia…” jest mizoginiczna, a co najmniej zdominowana przez białych heteroseksualnych mężczyzn, podczas gdy kobiety co najwyżej lepią gdzieś z boku placki wiśniowe. O ile ukryłem wagę moich bohaterek, to z cienia robią one rzeczy trwalsze od tych robionych przez mężczyzn.

Ilekroć w książce pojawiają się tematy związane z przekazywaniem czegoś z pokolenia na pokolenie, to przy wnikliwym wczytaniu się, można dojść do wniosku, że tym, co nadaje trwałość wszystkim tradycjom, nie są jakieś męskie mrzonki, lecz determinacja kobiet. Trzeba jednak pamiętać, że silne postaci kobiece naprawdę rzadko pojawiały się na początku XX wieku, więc wtłaczanie ich do powieści na siłę byłoby właśnie netflixowaniem. Unikałem tego, świadomy, że czytelnicy i czytelniczki i tak dają mi spory kredyt zaufania, przyjmując, że ktoś taki, jak Jeffrey Waters mógł spacerować sobie po stanie Waszyngton.

Swoją drogą to ciekawe, jak bardzo różnie twoja powieść jest odbiera. Przeczytałem na przykład, że jest to satyra na amerykańskie społeczeństwo!

Na pewno nie chciałem pisać o żadnym społeczeństwie. Jeśli już, to interesuje mnie to, co jest poziom wyżej, czyli człowieczeństwo. Oczywiście jedno jest zależne od drugiego, ale po prostu bardziej fascynuje mnie człowiek w świecie niż obywatel w jakimś państwie.

Jul Łyskawa odbiera Nagrodę Literacką Warszawy, z tyłu – przewodnicząca kapituły Justyna Sobolewska (fot. Bartosz Mikulski)

Przy całej formalnej ekstrawagancji kluczowe jest to, że nie zabrakło u ciebie historii. Może się mylę, ale w swym sednie „Prawdziwa historia…” jest dramatem rodzinnym.

Tak, kwestie rodzinne niewątpliwie trzymają fabułę całej książki. Udźwignięcie fabuły było dla mnie sporym wyzwaniem i być może dlatego zadebiutowałem tak późno. W książkach, które kiedyś pisałem, skupiałem się na eksperymentach formalnych i fikołkach językowych. Jeszcze dziesięć lat temu w sporze treści i formy ta pierwsza mogła dla mnie nie istnieć. W końcu chyba dojrzałem do przekonania, że obie muszą zagrać wspólnie.

Byłbyś skłonny wydać dziś którąś z tych książek, które powędrowały do szuflady, czy może zupełnie ich już nie akceptujesz?

Boję się wręcz do nich wracać, bo zazwyczaj wystarcza mi pół zdania, żeby poczuć się zawstydzonym. (śmiech) Był jednak wśród nich jeden temat, do którego chciałbym wrócić. Ale z pewnością w innej formie, niż wszystkie wersje książki, które napisałem kiedyś. Zobaczymy, miałbym sobie za złe, jeśli nie odświeżę tego pomysłu.

„Prawdziwa historia…” powstawała łącznie siedem lat. To była praca od przebłysku do przebłysku czy też starałeś się pisać konsekwentnie nawet wówczas, kiedy brakowało tych podszeptów weny?

Początek pracy przebiegał od przebłysku do przebłysku. Co także łączyło się ze specyficzną sytuacją w moim życiu, ponieważ w owym czasie zacząłem spotykać się z moją obecną partnerką. Literatura była ważna, bo ona nas połączyła, ale jednak ważniejszy okazał się nasz romans. Dlatego tylko sporadycznie siadałem do kompa, żeby popisać. Kiedy już jednak zaangażowałem się w pracę mocniej, to pisałem dzień w dzień, o ile pozwalały okoliczności. Ale nie robiłem tego po dziesięć godzin dziennie, bo musiałem mieć normalne obowiązki zawodowe. Mój budżet by tego nie udźwignął.

Generalnie jestem zwolennikiem tezy, że natchnieniu należy pomagać. Po prostu siedzieć codziennie i pracować. Tak jak w tym starym dowcipie – żeby wygrać na loterii, trzeba najpierw kupić los.

Świetne recenzje, Paszport Polityki, teraz Nagroda Literacka Warszawy… Czy sukces „Prawdziwej historii…” działa na ciebie mobilizująco, czy może sprawia, że odczuwasz pewną bojaźń na myśl o tym, co dalej?

Póki co czuję wciąż niedowierzanie połączone z ekscytacją. Fragment mojej książki poświęcony jest zresztą artystom, którzy łakną uznania, a kiedy je otrzymują, odkrywają, że nie było im ono potrzebne. Najważniejsze to, żeby pisać, rzeźbić itd.

Na razie nie mam czasu pracować nad nową powieścią, ale bardzo chciałbym. Mam plan zacząć jeszcze w sierpniu – czy wypali, zobaczymy. Wciąż pojawiają się propozycje krótszych tekstów, bo ludzie dowiedzieli się kim jestem. (śmiech) Ale presji nie czuję. Także dlatego, że trochę sobie wyobrażałem siebie jako tego Jula, który odbiera Paszport Polityki i Nagrodę Literacką m.st. Warszawy. W zasadzie więc, mówiąc bardzo banalnie, marzenia się spełniły. O ile nie interesuje mnie parnas, to lubię wyzwania. Dlaczego zatem nie napisać powieści jeszcze fajniejszej niż mój debiut?

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: Bartosz Mikulski
Materiał powstał we współpracy z Urzędem m.st. Warszawy.


Tematy: , , , , , ,

Kategoria: wywiady