W Meksyku panuje dychotomia świętego i demonicznego – rozmowa z Guadalupe Nettel, autorką „Jedynej córki”

O wywiad z Guadalupe Nettel zabiega dziś nawet Dua Lipa. Także i Booklips nie mógł przepuścić okazji do rozmowy ze znakomitą meksykańską powieściopisarką i eseistką, której głośno komentowana „Jedyna córka” trafiła w tym roku do polskich czytelników.
Sebastian Rerak: Czy można powiedzieć, że „Jedyna córka” to książka o kobietach, które jednoczy samotność?
Guadalupe Nettel: Bohaterki mojej książki, Alina i Doris, są poniekąd odizolowane od świata, podczas gdy Laura wybiera samotność dobrowolnie. Ta ostatnia zamyka się w wynajętym mieszkaniu, aby skończyć pisanie pracy dyplomowej. I choć z pewnością ciążą na niej w pewnym stopniu doświadczenia matki, która wychowywała ją samotnie, Laura cieszy się wolnością, jakiej brak pozostałym. Ta jednakowoż daje jej większy spokój ducha, a w konsekwencji także możliwość dostrzeżenia innych kobiet, okazywania im sympatii i współczucia. Dlatego to właśnie Laura jest narratorką powieści.
Odcięcie Aliny i Doris od świata związane jest z doświadczeniem macierzyństwa, które w społeczeństwach zachodnich bywa bardzo izolujące. Uniemożliwia wiele czynności, czasem tak zwyczajnych jak wieczorne wyjście z domu czy spotkanie ze znajomymi, w szerszej perspektywie zaś – pozbawia części wolności na rzecz większej odpowiedzialności.
Problemem nie jest jednak macierzyństwo samo w sobie, lecz ciężar, jakim obarcza się kobiety. Od czasu rewolucji przemysłowej, wraz z rozdzieleniem rodzin wielopokoleniowych, zmieniły się ewolucyjne strategie przetrwania utrwalane przez całe stulecia. Po przeprowadzce do miast zanikła idea życia i wychowywania dzieci we wspólnocie, właściwa niemal wszystkim ssakom. Ludzie zamknęli się w małych mieszkaniach, w których zaczęli wieść przewidywalne życie. Podczas gdy ojciec szedł do pracy, matka zostawała w domu, by zająć się potomstwem. W realizacji tej czynności zdana była niemal wyłącznie na siebie.
Powiedziałaś skądinąd, że matki obarczane są mnóstwem oczekiwań, a ostatecznie narzuca się im nieosiągalny wzorzec.
Tak, od niepamiętnych czasów ludzkość idealizuje matkę jako figurę o nieograniczonych wręcz mocach opiekuńczych. Dobra matka to taka, która poświęca się potomstwu w całym swym jestestwie – oddaje cały swój czas, energię, uwagę. Jeśli trzeba, odda też swoje życie. A co najmniej marzenia.
Po obu wojnach światowych nawet afisze na ulicach nakazywały naszym babciom i prababciom zająć się tym, do czego są stworzone, a więc rodzeniem i wychowaniem. I chociaż realia zmieniły się diametralnie, kobiety wciąż słyszą pytanie: „Kiedy będziesz mieć dzieci?”. Wciąż przypomina im się o zgoła biologicznym obowiązku reprodukcji. A gdy już doczekają się potomstwa, są surowo oceniane, jeśli nie zajmują się nim przez 24 godziny na dobę. Mężczyzna, który stawia pracę ponad rodzinę, uważany jest za odpowiedzialnego i skłonnego do poświęceń, podczas gdy w analogicznie postępującej kobiecie społeczeństwo widzi potwora. Kobieta musi być idealną matką w każdych okolicznościach – nawet jeśli nie ma przy niej mężczyzny, nie znajduje pomocy w rodzinie lub pozbawiona jest jakiejkolwiek innej siatki wsparcia.
W moim rodzinnym Meksyku, jak również w innych częściach Ameryki Łacińskiej, a także w krajach takich jak Włochy, owa wyidealizowana matka stawiana jest na piedestale. Jest postacią świętą, niemal boską. Nie sposób jej dorównać, co z kolei rodzi poczucie winy, będące samo w sobie bardzo silną formą kontroli.

W „Jedynej córce” znajdujemy zresztą odniesienia do konkretnych społecznych problemów panujących właśnie w Meksyku. Zależało ci na pewnym komentarzu na temat sytuacji panującej w twoim rodzinnym kraju?
Tak, to dla mnie ważne. Meksyk jest dziwnym miejscem, w którym panuje swoista dychotomia – święte i czyste kontra demoniczne i brudne. Najcięższą możliwą obelgą jest tutaj rzucenie pod czyimś adresem „Jebać twoją starą!”. Chodzi o to, by czyjąś matkę – świętość dla tej osoby – ostentacyjnie potraktować z najgłębszą pogardą.
Według oficjalnych danych w Meksyku dochodzi do jedenastu morderstw na kobietach każdego dnia. Nieoficjalnie mówi się, że liczba ta jest o wiele wyższa, ale tak czy owak, jest to przerażająca statystyka. Właśnie dlatego w kraju doszło do masowych demonstracji ulicznych, które nasiliły się zwłaszcza w czasie, gdy pisałam „Jedyną córkę”. Meksykanki wyszły na ulicę, by powiedzieć „dość” i zaprotestować przeciw przemocy. I chociaż do podobnych wystąpień dochodziło już wówczas od przeszło dziesięciu lat, te były szczególnie intensywne, m.in. z powodu incydentu, do którego doszło chwilę wcześniej. Otóż pewien policjant zabrał z ulicy nastolatkę wracającą z imprezy, zgwałcił ją, a następnie porzucił – dziewczynę znaleziono później zamordowaną. W reakcji na jej śmierć doszło do podpalenia komisariatu i pomazania sprayem historycznego pomnika Anioła Niepodległości, pod którym ludzie tradycyjnie zbierają się, by świętować.
Po raz pierwszy temat morderstw na kobietach trafił na pierwsze strony gazet i w końcu zaczęto mówić głośno, że mierzymy się z prawdziwą epidemią przemocy. Sytuacja w kraju stała się tak napięta, że trudno było nie wspomnieć o niej w książce. Kiedy zaczęłam ją pisać, chciałam jedynie opowiedzieć historię mojej przyjaciółki, ale z czasem przeniknęły do niej echa rozmów i przemyśleń z tamtego okresu.
Meksyk to świetne miejsce, by zostać feministką. Tutaj nie da się zamknąć oczu, zignorować rzeczywistości i pocieszać się, że skoro osiągnęliśmy już sporo, nie trzeba nam dalszych zmian. Społeczna dynamika wciąż przypomina nam o konieczności realizacji celów, które feminizm postuluje.
Wspomniałaś o historii swojej przyjaciółki. W którym momencie opowieść z jej życia nabrała cech fikcji?
Zaczęłam od przeprowadzenia wywiadu z przyjaciółką. Chciałam zrelacjonować jej przypadek trochę w stylu Emmanuela Carrère’a, aczkolwiek on nie ogranicza się nigdy do jednego rozmówcy. Potem pomyślałam o innych autorach literatury faktu flirtujących z fikcją, na przykład o Leili Guerriero. Nie wiem, czy jej książka „La llamada” doczekała się wydania w Polsce, ale dość powiedzieć, że Guerriero jest świetną dziennikarką o dużym talencie pisarskim, która potrafi obrócić wywiad w powieść. Miałam ambicję zrobić coś podobnego z historią mojej przyjaciółki, ponieważ uznałam ją za godną opowiedzenia.
Zaraz na początku naszych rozmów usłyszałam jednak, że powinnam podejść do tematu w autorski sposób. Że mogę dowolnie zmieniać tę opowieść, przeobrażać ją, adaptować na powieść. Już na etapie transkrypcji pierwszej rozmowy stwierdziłam, że potrzebuję niezależnego narratora. Kogoś, kto zrelacjonuje wydarzenia z pewnego dystansu, nie jest obciążony emocjonalnym bagażem. I kto nie będzie mną, bo jestem już zmęczona pisaniem o sobie. (śmiech)
Chciałam także przywrócić widzialność wszystkim kobietom, które do niedawna nie były reprezentowane w literaturze. Kobietom, które uznały, że całe ich życie nie powinno sprowadzać się do roli matek, w związku z czym są oceniane przez społeczeństwo, a co najmniej traktowane z pewną podejrzliwością. Właśnie dlatego narratorką stała się Laura, bohaterka niezależna, zdystansowana i wyciszona, a przy tym mogąca poruszać się po wielu miejscach, w których rozgrywa się akcja powieści. Właśnie wtedy fakt stał się fikcją.
Swoją rolę do odegrania mają w „Jedynej córce” także gołębie. Możemy nauczyć się czegoś także i od nich?
Gołębie pojawiły się w książce, ponieważ pojawiły się także w moim sąsiedztwie. Kiedy pisałam powieść, para tych ptaków założyła gniazdo u mnie na balkonie. Mogłam więc patrzeć, jak gołębica wysiaduje jajka, co okazało się zaskakująco fascynujące. Wierz lub nie, ale kiedy przeszłam do części opowiadającej o nieuchronnej śmierci dziecka Aliny, jedno z jajek wypadło z gniazda! Naszło mnie wówczas pytanie o to, jak zwierzęta radzą sobie ze stratą. I doszłam do wniosku, że ich niezłomność w obliczu zrządzeń losu może być wartościową lekcją.
Podam ci inny przykład. Śmiertelnie chory ojciec mojego przyjaciela od dwudziestu lat opiekuje się kotem, który także jest już bliski śmierci. Ten kot jest poniekąd jego przewodnikiem w zaświaty, swoim spokojem i pogodzeniem z losem pomaga mu pogodzić się z sytuacją. Myślę, że spora część naszego cierpienia wynika z tego, co uważamy za naszą największą siłę, czyli ze zdolności rozumowania. Rozumowanie jest oczywiście niesamowite, ale niekiedy bywa przeszkodą, kiedy myślimy zbyt wiele i chcemy zrozumieć absolutnie wszystko. Istnieją rzeczy, których nie jesteśmy w stanie zmienić, nieważne, jak bardzo będziemy się wysilać.
Obserwowanie zwierząt pozwala mi szukać kontaktu z animalną stroną człowieczeństwa – bardziej intuicyjną, silniej dotykającą rzeczywistości, nieodseparowaną od innych zwierząt, roślin, pogody itd.

Guadalupe Nettel (fot. Mely Avila/Wikimedia Commons)
Czy jest szansa na to, że inne twoje książki ukażą się w Polsce?
Obecnie nie ma żadnych konkretnych planów, ale chciałabym, by do tego doszło. Myślę, że polscy czytelnicy mogliby dobrze odebrać moją autobiograficzną powieść „El cuerpo en que nací” (z hiszp. „Ciało, w którym się urodziłam”), w dużej mierze poświęconą mojemu dzieciństwu, wadzie wzroku, niepełnosprawności i bycia innym. Napisałam też sporo opowiadań, niektóre o zwierzętach, na przykład „El matrimonio de los peces rojos” (z hiszp. „Małżeństwo czerwonych ryb”), które ukazało się po angielsku jako „Natural Histories” (z ang. „Historie naturalne”). Sporo moich książek doczekało się przekładu na inne języki. Chciałabym myśleć, że to dlatego, że rezonują w innych ludziach.
A skoro już wspomniałaś o dzieciństwie… Czy to prawda, że zaczęłaś pisać, aby odegrać się na szkolnych prześladowcach?
O tak, to prawda! Nosiłam opaskę na oku, miałam problemy z widzeniem, dlatego nie mogłam uczestniczyć w większości zabaw. Jeśli nie dostrzegasz piłki lecącej w twoim kierunku, to jak masz ją złapać? Już to wystarczało, aby narazić się niektórym dzieciakom, a o bullyingu nie mówiło się wtedy w ogóle, więc moi oprawcy mogli być niemal bezkarni. Jako swoisty rewanż, tworzyłam więc opowiadania, w których ja byłam bohaterką na kształt Indiany Jonesa, a ich spotykały okropne rzeczy – tonęli w katastrofie morskiej, ginęli podczas epidemii lub zostawali otruci. (śmiech) Kiedyś jedna z nauczycielek przyłapała mnie na pisaniu i kazała przeczytać mi rękopis na głos. Ku mojemu zaskoczeniu, inne dzieci były zachwycone tą historią – niektóre prosiły, abym umieściła je w kolejnej.
I tak oto znalazłam swoje miejsce w społeczeństwie. (śmiech) Spodobała mi się wizja bycia pisarką.
Najlepsza forma zemsty!
Otóż to. A poza tym dzięki pisaniu mogłam w końcu nawiązać z kimś więź. Z wyrzutka stałam się nagle kimś, z kim inni chcieli rozmawiać. Nie byłam już „tą, która nie potrafi złapać piłki”. (śmiech)
Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: Mely Avila/Wikimedia Commons
Kategoria: wywiady














