banner ad

Urodziłam się po włosku, dorosłam po japońsku – rozmowa z Laurą Imai Messiną

2 grudnia 2025

Laura Imai Messina zjednała sobie już spore grono sympatyków w naszym kraju, gdzie ukazały się jej powieści: „Wiatrom powierzone”, „Wyspa bijących serc” i – wydana w tym roku – „Wszystkie zaginione adresy”. Czytelników zachwycił sposób, w jaki pisarka rodem z Włoch pisze o Japonii, swojej przybranej ojczyźnie. Nam opowiedziała zarówno o relacji z tymi dwoma krajami, jak również o podobieństwie tworzenia powieści do gry w bierki, odnajdywaniu światełka w morzu ciemności i prawdziwym źródle podniesienia na duchu.

Sebastian Rerak: Twoje książki opowiadają o szczególnych miejscach w Japonii. Czy ich wyjątkowość jest częścią większego obrazu, który sprawił, że zakochałaś się w tym kraju?

Laura Imai Messina: Niewątpliwie miejsca są punktem wyjścia dla mojej wyobraźni. Nie tylko ze względu na ich piękno, choć Japonia ma mnóstwo zakątków o niezwykłej urodzie. Dla mnie inspirujące jest przede wszystkim to, że w opisywanych przeze mnie miejscach kumuluje się tak wiele humanistycznych cech. Cech uniwersalnych dla całej ludzkości, bo reprezentujących bardzo różne potrzeby, pragnienia i możliwości.

Tak było na przykład z „Wyspą bijących serc”. Wszyscy mamy serca, lecz uderzają one w różnym rytmie – jednocześnie łączy nas to i dzieli. We „Wszystkich zaginionych adresach” pojawiają się z kolei litery japońskiego alfabetu, które są w pewien sposób uniwersalne, bo przy pomocy niewielu znaków umożliwiają opisanie emocji i wydarzeń. Każdy odczuwa potrzebę nadania pewnej formy uczuciom, w przeciwnym razie pozostaną one abstrakcyjne.

Poczta opisana we „Wszystkich zaginionych adresach” może wydawać się zupełnie fantastyczna, a jednak istnieje naprawdę.

To właśnie jest wspaniałe w Japonii, że miejsca zgoła baśniowe istnieją w niej realnie. Jak żaden inny znany mi kraj, Japonia ma moc urzeczywistniania poezji i poczta na wyspie Awashima gromadząca listy bez adresatów jest tego przykładem. Notabene w ramach promocji książki zaproponowałam swojemu włoskiemu wydawcy stworzenie listy mailingowej, na którą czytelnicy mogliby wysyłać wiadomości podobne do listów, jakie trafiają na wspomnianą pocztę. Otrzymaliśmy ich prawie tysiąc!

Porównujesz język do owocu, który trzeba stopniowo obierać. Czy przejawia się to także w sposobie, w jaki piszesz?

Bardzo lubię tę metaforę. Mogłabym też porównać pisanie do gry w bierki, która w Japonii znana jest pod nazwą mikado. Podobnie jak w grze należy z wyczuciem zbierać rozsypane bierki, tak tworząc powieść, moim zadaniem jest pozbywanie się nadmiernego materiału. Na finiszu pracy mam często dwa lub nawet trzy razy więcej tekstu, niż ostatecznie trafia do druku. Muszę więc usunąć sporą jego część, nie zaburzając struktury całości.

To o tyle ciekawe, że twoje powieści są dosyć minimalistyczne w formie. Stawiasz na emocje, nie na wydarzenia.

Tak, ponieważ w życiu doświadczamy zdecydowanie więcej tych pierwszych. Kiedy spotykamy dawno niewidzianego przyjaciela, a ten zapyta nas, co działo się z nami przez ostatni rok, zapewne skupimy się na dwóch-trzech najważniejszych wydarzeniach z tego okresu. Mnie tymczasem interesuje wszystko to, co rozegrało się w międzyczasie – dni, którym być może brakowało dramatyzmu, ale w trakcie których wiele odczuwaliśmy.

Poza tym wydarzenia rozgrywają się zawsze w określonym kontekście kulturowym. Myślę, że moje książki czytane są w bardzo różnych krajach właśnie dlatego, że tworzę je w oparciu o doświadczanie życia jako uczuć, a nie czynności. Bardzo bliskie jest mi wyobrażenie świata jako lasu, w którym rosną rozmaite gatunki drzew. Ostatecznie ich korzenie w taki sam sposób czerpią składniki odżywcze z ziemi. Podobnie jest z ludźmi – choć różnimy się między sobą, doświadczamy jednakowych emocji. Interesuje mnie to, co ludzkie i zbiorowe. A to znajduje się w głębi, zupełnie jak korzenie.

Laura Imai Messina podczas wizyty w Polsce (fot. Wydawnictwo Relacja)

Zetknąłem się z opiniami czytelników, którzy przyznali, że początkowo byli sceptyczni wobec książek o Japonii pisanych przez autorkę pochodzącą spoza tego kraju. Spotykasz się z takimi postawami?

We Włoszech raczej nie, bo ludzie generalnie wiedzą, że mieszkam w Japonii od 22 lat, a więc dokładnie połowę życia. Tam stworzyłam dom, tam urodziłam dzieci, tam płacę podatki. Jednocześnie jednak nadal dostrzegam wyjątkowe rzeczy, które rdzennym Japończykom mogą wydawać się nazbyt oczywiste. Często mówię, że w Japonii żyję, stojąc w progu, co nie jest łatwe, ponieważ nie należę w pełni do tego miejsca. Pozwala mi to jednak na zachowanie szczególnej perspektywy.

Mogłabym na ten temat rozprawiać godzinami, ale poprzestanę na wspomnieniu, jak zaskakujący okazał się dla mnie odbiór japońskiego wydania mojego debiutu. Tamtejsi recenzenci pisali, że merytorycznie książka nie sprawia wrażenia, jakby napisał ją obcokrajowiec, a jednak wyczuwalna jest w niej nieco inna atmosfera i inne spojrzenie. To były dla mnie bardzo cenne opinie, bo zakomunikowały mi, że być może istotnie dostrzegam coś więcej niż przeciętny Japończyk.

Masz wykształcenie literaturoznawcze, więc pewnie tym bardziej możesz ocenić, czy twój sposób opowiadania zawdzięcza więcej literaturze japońskiej czy europejskiej?

Myślę, że obu w równej mierze. Literatura czy ogólnie sztuka japońska pokazuje nam, że opowieść nie wymaga wielu wydarzeń. Dla przykładu w filmach często pozornie niewiele się dzieje. Japończycy piszą jeszcze bardziej minimalistycznie niż ja, co pod pewnymi względami mi się podoba, ale nie odnalazłabym się w tym do końca.

Swego czasu przeżywałam spory kryzys, nie mogąc zdecydować, czy powinnam pisać po włosku, czy po japońsku. Postawiłam na włoski, bo uznałam, że pozwala mi on na zachowanie tego dystansu, o którym przed chwilą mówiłam. Pomyśl o tym, w jaki sposób rodzi się poezja. Czasem wystarczy zestawienie dwóch słów w oryginalnym kontekście i… rodzi się magia. Zawsze dążyłam do osiągnięcia takiego efektu.

Poczta na wyspie Awashima pojawia się też w jednej z powieści japońskiej pisarki Ito Ogawy. Miałaś okazję ją czytać?

Nie, nie wiedziałam nawet o jej istnieniu. Czytałam za to inne książki Ogawy. Jedna poświęcona była małej księgarni znajdującej się swoją drogą tuż nieopodal mojego domu, a druga – jakiejś restauracji, ale nie pamiętam tytułu żadnej z nich. (śmiech)

Czytelnicy porównują twoje książki do serdecznego uścisku lub spotkania z przyjacielem.

To bardzo miłe. Tym bardziej, że mnie samej wydaje się, że żyję w ciemnościach, a pozytywny odzew czytelników jest jednym ze światełek zdolnych do ich rozświetlenia. Być może nawet jedynym.

Dosłownie dwa dni temu w Neapolu spotkałam dziewczynę, która poświęciła moim książkom pracę magisterską. Usłyszałam od niej, że bohaterowie stawiani są w nich zawsze w bardzo trudnej sytuacji, aby potem dojść nie tyle do jej rozwiązania, co spojrzenia na nią z innej perspektywy. Osobiście nie wierzę w rozwiązanie jako takie, bo nie da się anulować przeżywanego dramatu czy odczuwanego bólu. Możemy jednak inaczej spojrzeć na to, co się nam przytrafia. Właśnie w taki sposób chciałabym dawać pocieszenie swoim odbiorcom.

Stąd blisko już do nurtu tzw. comfort books. Przeszkadza ci, gdy ktoś przykleja taką etykietkę twoim książkom?

Mam nadzieję, że moje książki podnoszą na duchu nie dlatego, że dają komuś chwilę oderwania od rzeczywistości, ale dlatego, że inspirują do pogłębiania widzenia tejże. Jestem osobą bardzo melancholijną – miałam smutne dzieciństwo, łatwo wpadam w zadumę, nie zawsze łatwo jest mi żyć z tym, co dzieje się w mojej głowie. Moi bohaterowie przypominają mnie samą właśnie pod tym względem, że szukają światełka w morzu ciemności. Nie uznaję jednak łatwych rozwiązań – wierzę w zrozumienie złożoności sytuacji i zmianę własnego nastawienia. Dlatego też w pisarstwie bardziej polegam na zdaniu niż na wydarzeniu, które nim opisuję.

A dostajesz dużo wiadomości od czytelników, być może także z Polski?

Tak, Polacy piszą do mnie zwłaszcza na Instagramie. Włosi piszą praktycznie codziennie, a ostatnio sporo wiadomości napływa od kobiet z Turcji, co jest dla mnie interesujące, bo okazuje się, że odnajdują się one w moim spojrzeniu na świat.

Zaczęliśmy od wyjątkowych miejsc w Japonii i na nich zakończymy. Czy kolejne książki także im poświęcisz?

Nie wykluczam. Chociaż w najbliższym czasie w Polsce ukazać ma się moja debiutancka powieść „Tokyo Orizzontale” (z wł. „Poziome Tokio”), która jest czymś nieco innym niż książki znane już tutejszym czytelnikom. Generalnie jednak Japonia nie przestanie mnie inspirować. Zawsze mówię, że urodziłam się po włosku, po raz pierwszy zakochałam się i całowałam po włosku, ale wyszłam za mąż po japońsku, urodziłam dzieci po japońsku i dorosłam po japońsku. Nie mogłabym napisać teraz książki, której akcja rozgrywa się w Mediolanie. Z progu mojego domu nie widać Mediolanu. (śmiech)

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: Alessandro Libri


Tematy: , , , , ,

Kategoria: wywiady