Ukształtowałem swoje życie z nieograniczonych możliwości hałasu – rozmowa z Alexandrem Hackem o książce „Hałas. Wspomnienia przesterowane”

„Hałas. Wspomnienia przesterowane” to nie tylko autobiografia Alexandra Hackego, ale też swoista kronika artystycznego undergroundu rozpoczynająca się w Berlinie Zachodnim wczesnych lat 80. Książka muzyka związanego przez wiele lat z legendarną formacją Einstürzende Neubauten, ale podejmującego się także wielu projektów autorskich, jak również we współpracy z innymi artystami (m.in. The Tiger Lillies, Crime & The City Solution czy własną żoną, Danielle de Picciotto), ukazała się w Polsce nakładem oficyny Gusstaff Records. Mieliśmy okazję do rozmowy z jej autorem.
Sebastian Rerak: Czy napisanie książki pozwoliło ci dokonać jakiegoś odkrycia na własny temat?
Alexander Hacke: O, bardzo wielu odkryć, z których nie wszystkie były przyjemne. (śmiech) Praca nad książką umożliwiła mi krytyczne spojrzenie na moje życiowe wybory, a to z kolei musiało wywrzeć na mnie pewien efekt emocjonalny. Kiedy dziesięć lat później poproszono mnie o dopisanie epilogu, przekonałem się, że nie jestem już tym samym człowiekiem, o którym można przeczytać w „Hałasie”. Mało tego, nie jestem nawet sobą z czasów, gdy pisałem książkę. (śmiech) Dziś czytam ją jak opowieść o kimś, kto nosi to samo nazwisko, ale kto na przestrzeni kilku dekad wyewoluował w zupełnie inną osobę. To wrażenie pogłębiło się zresztą ostatnimi czasy, gdy brałem udział w publicznych czytaniach „Hałasu”. Dlatego fundamentalnym wnioskiem, jaki wyciągam z tej książki, jest przekonanie, aby nie oceniać samego siebie zbyt surowo. A poza tym uświadamiam sobie nieuchronność zmiany, co samo w sobie jest moim zdaniem pozytywne.
Kiedy czyta się o początkach twojej kariery w Berlinie Zachodnim wczesnych lat 80., można poczuć atmosferę napięcia, pilności, niemal niebezpieczeństwa… Myślisz, że sprzyjała ona wyzwalaniu twórczej energii?
Na pewno sprzyjał mu brak internetu i mediów społecznościowych! Naszym jedynym oknem na świat były wówczas trzy kanały publicznej telewizji, które kończyły nadawanie o północy emisją hymnu narodowego, a potem leciał już tylko biały szum. Musieliśmy znaleźć dla siebie jakąś rozrywkę, a odnajdywaliśmy ją w kreatywności. Podczas wspomnianych czytań książki zawsze dostrzegam przynajmniej jedną osobę na widowni, która w danym momencie patrzy w telefon. Ludzie dziś nie potrafią skupić uwagi choćby na chwilę, a eksperci do spraw oświaty ubolewają, że dzieciaki mają z tego powodu problemy z nauką. Wiem też skądinąd, że studia filmowe oczekują od scenarzystów upraszczania dialogów, aby nie były zbyt trudne do zrozumienia. W tym sensie uważam, że obecne czasy są bardziej niebezpieczne i nerwowe niż epoka, w której dorastałem. Prawdziwym zagrożeniem jest dziś nie przemoc, lecz to, co oferuje internet, czyli uwodzenie i dekoncentracja.

Piszesz sam o sobie, że wiodłeś chaotyczne i leniwe życie, ale brzmi to jak kurtuazja, kiedy czyta się o wszystkich tych przedsięwzięciach, w których brałeś udział. Zacząłem się wręcz zastanawiać, czy nie udało ci się znaleźć sposobu na wydłużenie doby.
Dziękuję, to miły komplement. (śmiech) W gruncie rzeczy wciąż działam tak samo. Lubię mówić, że ja i moja żona Danielle jesteśmy parą koni pociągowych. Będę tworzyć, dopóki starczy mi sił – fizycznych i psychicznych, a możliwość poświęcania się temu jest moim największym osiągnięciem. Nie chcę też uwikłać się w to błędne koło nagrody i kary, które jest tak powszechne w społeczeństwie. Wiesz, myślę tutaj o nastawieniu, które nakazuje ludziom harować jak wściekli, aby potem upić się albo naćpać i czuć się źle następnego dnia. Moim zdaniem powinno się wyrwać z tego kieratu i po prostu doceniać każdą chwilę. Wówczas będziemy mogli włożyć jak najwięcej uczucia w najdrobniejszy choćby szczegół naszej pracy. Być może brzmi to trochę buddyjsko, ale myślę, że podobna filozofia znajduje zastosowanie także w świecie zachodnim.
Imponuje także liczba wpływowych postaci ze świata artystycznego, z którymi skrzyżowała się twoja droga.
Kiedy działasz poza głównym nurtem, nawiązywanie kontaktów z podobnie myślącymi ludźmi staje się łatwiejsze. Buntując się przeciw mainstreamowi, tworzymy równoległy obieg, a w nim łatwiej o porozumienie. Kapitalizm silnie promuje indywidualizm, przekonuje cię, że możesz w pojedynkę dokonywać wielkich czynów. Tymczasem największe osiągnięcia były zawsze dziełem grupy ludzi. Okej, przyznaję, że indywidualny research robi się w samotności, ale potem i tak powinno się jego efekty przedstawić innym. Sztuka powstaje w ramach wymiany podań, że użyję takiego piłkarskiego żargonu. I dlatego wszyscy spotykamy się ze sobą. Dodam jeszcze, że starałem się każde z tych spotkań opisać w kontekście własnych przemyśleń i refleksji, wyjaśnić, jak i dlaczego do nich doszło. Wszystko po to, aby uniknąć name-droppingu, typowego niestety dla wielu biografii i autobiografii. Wychodzę z założenia, że zasypywanie czytelnika nazwiskami i datami jest zwyczajnie nudne.

Alexander Hacke
Myślę, że udaje ci się uniknąć nudy także dlatego, że książka podzielona jest na krótkie rozdziały, z których każdy może funkcjonować odrębnie – czasem jako esej, czasem jako anegdota. Dzieląc w ten sposób swoją opowieść, brałeś pod uwagę wspomniany wcześniej powszechny dziś krótki zakres uwagi?
Nie, powód jest znacznie bardziej prozaiczny. (śmiech) Propozycję napisania tej książki dostałem w 2015 roku, czyli roku moich pięćdziesiątych urodzin. Aby zdążyć przed nimi, a zarazem być gotowym na targi we Frankfurcie, na których „Hałas” miał premierę, musiałem uwinąć się z robotą w ciągu niespełna trzech miesięcy. Pojechałem więc z Danielle na pustynię Mojave w Kalifornii, gdzie codziennie pisałem przez sześć do ośmiu godzin z przerwą na obiad. Co ważne, pisałem odręcznie! Znając siebie i komputery, wiedziałem, że pusta strona w edytorze tekstu będzie na mnie działać paraliżująco. Musiałem więc dosłownie wyrzygać z siebie historię na papier. Wieczorami zaś dyktowałem zapiski Danielle, a ta spisywała tekst na komputerze. Pierwotnie nie myślałem więc w ogóle o tym, jak podzielę książkę na rozdziały. Mój wydawca doradził mi tylko, żebym nie silił się na zachowanie chronologii, a potraktował całość jako swoisty archipelag narracyjnych wysepek. I z takim nastawieniem napisałem „Hałas”. Aczkolwiek efekt końcowy wymagał oczywiście bardzo intensywnej redakcji.
Dla mnie szczególnie ciekawy jest w „Hałasie” wątek wykorzystania techniki w nieprzewidziany sposób. Wpisuje się w długą historię manipulacji odtwarzaczami muzyki czy przetwornikami dźwięku w sztuce.
Życie uczy, że nie ma dróg na skróty i żadne narzędzie tego nie zmieni. Możesz osiągnąć pewien poziom wirtuozerii w obsłudze techniki, ale czymś o wiele ciekawszym będzie niekonwencjonalne jej wykorzystanie. Ludzka kreatywność czy nawet zwyczajny brak pieniędzy na zakup lepszego sprzętu sprawiały, że niektórzy przekraczali ograniczenia nakładane przez producentów. To fascynowało mnie od zawsze, zwłaszcza na polu muzyki. Brałem więc na przykład jakiś procesor redukcji szumów, ale przełączałem go tak, aby emitował wyłącznie szum, a potem podłączałem do filtra z akwarium. Manipulowanie techniką jest bardziej interesujące, bo pozwala wydobyć jej ukryte możliwości.

Alexander Hacke pisał książkę odręcznie
Miewasz poczucie, że twoja kreatywność zmieniła się w jakiś sposób od czasów, gdy działałeś w podziemiu i trudniej wiązałeś koniec z końcem?
Myślę, że przeceniasz moją obecną sytuację. (śmiech) Tak naprawdę cały czas pozostaję muzycznym wolnym strzelcem i nie mogę być pewny tego, co przyniesie jutro. Wiem, że nie mam co liczyć na emeryturę, a to oznacza, że muszę grać, dopóki nie wyciągnę kopyt. Któregoś dnia może nie będę już w stanie zawlec swojego dupska na scenę i wtedy będę musiał znaleźć inne formy aktywności, aby przetrwać nie tylko artystycznie, ale i finansowo. W każdym razie daleko mi do komfortu nieprzejmowania się przyszłością. Jeśli kiedyś go osiągnę, to dam ci znać. (śmiech)
I ostatnia rzecz. Oryginalny tytuł twojej książki brzmi „Krach”, które to słowo w języku polskim kojarzy się przede wszystkim z załamaniem ekonomicznym. Polski wydawca postawił więc na „Hałas”. To dobry wybór?
Myślę, że tak, choć oczywiście nie orientuję się w niuansach polszczyzny. Po niemiecku „krach” może oznaczać zarówno załamanie – na przykład na giełdzie, jak i po prostu dysharmonię. Istnieją dźwięki uporządkowane w muzyce oraz te pozbawione ładu, które określamy właśnie tym mianem. Weźmy taki biały szum, który obejmuje wszystkie częstotliwości. Dla mnie zawiera on w sobie także wszystkie potencjalności – każdą możliwą melodię czy rytm. To właśnie nazywam krachem ostatecznym i to stanowi podstawę mojej filozofii. Ukształtowałem swoje życie z nieograniczonych możliwości hałasu. Dodam też, że jestem bardzo zadowolony z tytułu angielskiego wydania książki, który brzmi „Blast”. Słowo „blast” ma wiele znaczeń – może opisywać eksplozję lub bardzo głośny dźwięk, ale istnieje też wyrażenie „to have a blast” oznaczające tyle, co „świetnie się bawić”, jest również idiom „blast from the past”, czyli wspomnienie z przeszłości… Mam nadzieję, że polski tytuł ma równie wiele konotacji. W każdym razie na pewno brzmi nieźle. (śmiech)
Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. archiwum Alexandra Hackego
Kategoria: wywiady










