banner ad

Ta książka to mój list miłosny – rozmowa z Kamilem Sipowiczem o „Korze i innych zwierzętach”

24 kwietnia 2026

Najnowsza książka Kamila Sipowicza „Kora i inne zwierzęta” powinna trafić nie tylko do fanów bodaj najbardziej charyzmatycznej polskiej wokalistki. Ten zbiór krótkich opowiastek niesie z sobą autentyczną afirmację życia, filozoficzną refleksję oraz lekki humor. A także siłę emocji, które znane są każdemu, kto kiedykolwiek spojrzał w psie lub kocie oczy… i przepadł.

Sebastian Rerak: Pogoda nas w tym roku nie rozpieszcza, ale kiedy czyta się „Korę i inne zwierzęta”, z miejsca robi się cieplej i pogodniej.

Kamil Sipowicz: Tak, jest sporo wiosny w tej książce. (śmiech) Kiedy człowiek mieszka w takim miejscu, jak to opisywane, nie sposób nie zauważyć, kiedy życie pojawia się na nowo, kwiaty kwitną, wszędzie coś kiełkuje. Kora zawsze wyczekiwała wiosny, bo kochała ten wybuch energii, jaki z nią przychodził. Dlatego też wiosną zawsze myślę o Korze.

Miejsce, o którym mowa, to Roztocze. Z lektury można wywnioskować, że było ono państwa prywatnym odkryciem. Nie obawia się pan, że książka może przyczynić się do jego turystyfikacji?

My już zainicjowaliśmy turystyfikację, i to w dużym stopniu, bo dzięki nam wielu ludzi w Polsce dowiedziało się w ogóle o Roztoczu. Pamiętam telewizyjny wywiad u Krzysztofa Ibisza, który przyznał, że nie miał wcześniej pojęcia o istnieniu takiego miejsca. My zamieszkaliśmy tam w roku 2006, a tak na dobre w 2014, i od tamtego czasu wszędzie o nim mówiliśmy. Do dziś pojawiło się na Roztoczu mnóstwo turystów, wielu miejscowych postawiło domki dla wypoczywających, organizowane są spływy kajakowe – kiedyś na niewielką skalę, a dziś latem widać kajak za kajakiem. A zatem tak, kraina bardzo rozwinęła się turystycznie, niestety bądź stety przy naszym udziale.

A jak w ogóle odkryliście państwo Roztocze? Domyślam się, że decyzja o wyjeździe tam nie była podtyktowana przypadkowym wskazaniem palcem miejsca na mapie?

Nie, nie. To dość skomplikowana sprawa. Trafiliśmy do Roztocza na przełomie lat 2005-2006 za sprawą pewnego znajomego i jego przyjaciela, który stamtąd pochodził. Od owego znajomego kupiliśmy działkę – miał wybudować na niej dom dla nas, ale okazał się nieuczciwy i sprawa znalazła finał w sądzie. Dopiero po ośmiu latach walki mogliśmy naprawdę przeprowadzić się w nasze wymarzone miejsce.

Roztocze w ogóle jest bardzo piękne i oddalone od skupisk ludzkich. Panuje tam spokój i absolutna cisza, czasami całymi tygodniami nie widzi się innych ludzi. Świetny wybór dla samotnika. Poza tym miejscowa przyroda nie przygniata i nie jest tak monumentalna jak na przykład w Tatrach. Bo choć są tam górki, to raptem może trzystumetrowe.

Rozmawiamy, kiedy akurat jest pan w Warszawie. Nie brakuje panu Roztocza? Choćby dlatego, że nie ma przy panu tych wszystkich zwierząt…

Fakt, na miejscu jest pięć zwierzaków, z czego trzy na stałe, a dwa przechodnie. Czym są zwierzęta przechodnie, to już wyjaśniam w książce. Kiedy tylko mogę, jadę do Roztocza, co od jakiegoś czasu jest problematyczne, bo sprzedałem samochód i jestem zdany na pociągi. Z koleją jest zaś słabo – mam tylko jedno bezpośrednie połącznie (choć i tak z przesiadką), ale nie mogę zostawiać zwierzaków na dłużej. Mieliśmy akurat ostrą zimę, więc nie pojechałem ani razu, jako że nawet autem miałbym problem z dotarciem. Generalnie jednak jeżdżę, kiedy tylko mogę i zostaję na trzy dni, tydzień, dziesięć dni…

Szczególne miejsce wśród zwierzęcych bohaterów książki zajmuje Ramona, czyli pies, którego poznała cała Polska na długo przed tym, zanim celebryci zaczęli swoim zwierzakom zakładać konta na Instagramie.

No tak, Ramona stała się sławna jako adresatka pewnej przesyłki z Kalifornii. (śmiech) Pamiętam nawet taką sytuację, kiedy szliśmy z nią wzdłuż rzeki Świder, a ludzie płynący na kajakach zaczęli krzyczeć: „O, Ramonka!”. Najpierw rozpoznali Ramonę, a dopiero potem Korę.

Bardzo ujął mnie także mini-rozdział poświęcony rozmowom o filozofii z psem Pikusiem.

Kiedy mówi się do psów z dobrą intencją i czułością, można odnieść wrażenie, że nam się przysłuchują. Na pewno wyczuwają wibrację. A może i rozumieją, kto wie? (śmiech) Oczywiście rozmowa z psem jest poniekąd rozmową z sobą samym, ale Pikuś reaguje z miłością. Miłość zwierzęcia jest czymś pięknym, co ratuje życie wielu ludziom. Sam mam znajomych, którzy żyją właściwie dzięki zwierzakom. Ich obecność, konieczność opieki, spojrzenie psa czy kota – wszystko to jest bardzo zobowiązujące. A kiedy człowiek odwzajemni spojrzenie, to już przepadł. (śmiech) Dlatego boję się chodzić do schroniska, bo zabrałbym stamtąd wszystkich tych nieboraków.

Bliskość zwierząt i przyrody w ogóle miała terapeutyczne działanie na Korę?

Oczywiście! Przyroda, zwłaszcza tak nieskazitelna, ma znakomity wpływ na organizm człowieka. I to każdy jej aspekt – słońce, wiatr, drzewa, ich wzrost i zielenienie… Pamiętajmy, że przez kilkaset tysięcy lat człowiek żył otoczony wyłącznie naturą, a nie techniką. Cywilizacja jako całość jest tak naprawdę bardzo naskórkowa.

Kiedy ma się możliwość, jaką mieliśmy my, powrót do przyrody okazuje się swoistym refugium. Zwłaszcza w sytuacji choroby, kiedy człowiek spędza wiele czasu w szpitalu, a jego codzienność to operacje, zabiegi, naświetlania, kroplówki itd. Nadal jednak uważam, że dobrze jest mieć kontakt również z miastem. Świat wymaga uczestniczenia w jego wydarzeniach, a samozamknięcie się nie jest najlepszym rozwiązaniem.

Wspomniał pan o szpitalu i terapii. Stosunkowo jednak niewiele w książce o samej chorobie Kory. Należała ona do pewnego porządku, który nie mieścił się w koncepcji książki?

Nie, nie, książka jest tak naprawdę pierwszą częścią trylogii. Jako część druga ukaże się wywiad ze mną o całym moim życiu, i w nim choroba będzie przedstawiona bardziej szczegółowo. Z kolei odsłona trzecia to dziennik opisujący życie Kory od 2013 roku, kiedy poznała diagnozę, aż do śmierci. Choroba pojawi się więc w kolejnych dziełach, w tym zaś ograniczyłem się właściwie tylko do – nazwijmy to – naturoterapii.

Wracając do zwierząt, to mieliście też państwo alpaki, a więc zwierzęta cieszące się ostatnio dużą popularnością. Z lektury można dowiedzieć się jednak, że są dość wymagające. A na pewno nie można ich trzymać na balkonie.

Na balkonie na pewno nie, ale nie przesadzałbym też z tymi wymaganiami, bo alpaki mają to do siebie, że po prostu sobie chodzą i jedzą. (śmiech) Trzeba tylko uważać, żeby nie wpadły w jakieś uprawy, bo gotowe są wcinać każdy kwiatek czy roślinę. Musieliśmy więc postawić małą zagrodę, żeby nie wchodziły na taras, inaczej ogródki Kory uległyby pożarciu. W tym celu pojechaliśmy nad San, gdzie jest swoiste zagłębie wiklinowe i kupiliśmy specjalne płotki z wikliny. Dzięki nim rośliny przeżyły inwazję alpak. (śmiech)

Najwięcej zachodu przy alpakach wymaga strzyżenie, bo co jakiś czas trzeba obciąć tę ich słynną wełnę. Ja nawet teraz mam na sobie sweter z niej zrobiony. Jest to skądinąd bardzo zdrowa wełna – nie jest alergiczna, za to rozgrzewa w delikatny sposób.

Padło już w naszej rozmowie hasło „filozofia”, więc warto wspomnieć, że przemycił pan do książki sporo refleksji filozoficznych. Przywołuje pan m.in. Derridę i jego podejście do zwierząt.

Tak, starałem się zamieścić w książce pewne elementy tematyki, którą się zajmuję. Stosunek filozofii do zwierząt jest bardzo ważny. Od tego, jak filozofowie, a przed nimi twórcy religii traktowali je i opisywali, w dużej mierze zależało także traktowanie ich przez ludzi. Dlatego w książce pojawia się św. Tomasz z Akwinu, Kartezjusz, który traktował zwierzęta jak maszyny, a wreszcie Derrida. Ten ostatni przedstawił pogląd zgoła odmienny od antropocentryzmu, traktującego zwierzęta w sposób summa summarum brutalny. Napomknąłem też o Majmonidesie, wielkim filozofie żydowskim, który propagował odejście od ofiar rytualnych ze zwierząt, jakie miały miejsce w pierwszej i drugiej świątyni jerozolimskiej.

Tomasz z Akwinu zostaje wywołany wraz ze swoją wizją raju. Śmiem twierdzić, że państwo zbliżyli się do raju bardziej.

No tak, bo w jego raju miało nie być zwierząt ani roślin. To co tam miałoby być? (śmiech) Przyjęliśmy inną koncepcję i ją realizowaliśmy. Nie wyobrażam sobie raju choćby bez kwiatów.

Czy wiadomo już, kiedy ukażą się kolejne części zapowiedzianej trylogii?

Kolejna powinna mieć premierę wiosną przyszłego roku. Ten wywiad ze mną przeprowadził Krzysztof Tomasik, który wcześniej wydał w Krytyce Politycznej książkę „Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u”. Całą zimę spędziliśmy na rozmowach, a teraz musimy to spisać i zredagować. Obstawiam więc, że rzecz będzie gotowa dokładnie za rok. A kolejna książka? Jeszcze zobaczymy.

Oprócz trzech książek mają się też pojawić trzy produkcje filmowe poświęcone Korze.

Owszem, zmierzamy w tym kierunku. Cały proces przedłuża się od lat, ale kiedy już zamkniemy pewne kwestie prawno-formalne, prace powinne ruszyć. Byłem niedawno na premierze spektaklu „Rewolta” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu – sztuka o wydarzeniach z czerwca 1956 roku, ale wykorzystane były w niej piosenki Maanamu, skądinąd bardzo odkrywczo zaaranżowane. Przypomniały mi one o ogromnym potencjale Kory i Maanamu. W pewnym sensie ich muzyka jest – śmiem powiedzieć – nieśmiertelna. Coraz bardziej to odczuwam i odkrywam.

A jak pan odebrał pewne zamieszanie wokół projektu Ex Maanam?

Po śmierci Rysia Olesińskiego z oryginalnego składu został tam tylko Paweł Markowski, dopóki za sprawą mojej interwencji nie dołączył także Bogdan Kowalewski. A zatem fantastyczna sekcja rytmiczna Maanamu jest znów w komplecie. Skoro w składzie jest dwóch muzyków Maanamu, chcą grać jego repertuar i przyjęli taką nazwę, to niech sobie ten Ex Maanam gra.

To może być dość wyświechtana metafora, ale… czy duch Kory obecny jest w książce?

Oczywiście! Jest w niej zarówno duch Kory, jak i radość, jaką dawało nam miejsce, które z takim trudem wywalczyliśmy, a w którym spędziliśmy szczególny czas. Ta książka to mój list miłosny. Nawet jeśli pośmiertny.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. archiwum Kamila Sipowicza

Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady