Rządy Trumpa są jak spektakl osobliwości – rozmowa z Guyem Delisle’em

27 stycznia 2026

W tym roku mija dwadzieścia lat, odkąd do rąk polskich czytelników trafiło bodaj najgłośniejsze dzieło Guya Delisle’a, „Pjongjang” (wówczas jeszcze zatytułowane „Phenian”), komiksowy trawelog opisujący doświadczenia artysty wyniesione z pobytu w Korei Północnej. Do dziś niemal wszystkie utwory tego mieszkającego we Francji Kanadyjczyka doczekały się wydania w naszym kraju, a ostatnim póki co jest „W ułamku sekundy”, czyli biografia Eadwearda Muybridge’a, ekscentrycznego dziewiętnastowiecznego fotografa i wynalazcy. Nasza rozmowa zaczęła się więc właśnie od wątków związanych z tą powieścią graficzną.

Sebastian Rerak: Jesteś w stanie wyobrazić sobie swoje spotkanie z Eadweardem Muybridge’em?

Guy Delisle: Znając jego życie, to spotkanie musiałoby być frapujące. Myślę, że nie był zbyt sympatyczną postacią, wydawał się dość szorstki i introwertyczny. Ale chętnie dowiedziałbym się, co miał do powiedzenia, zwłaszcza u schyłku życia. Ciekawi mnie to, jak postrzegał ewolucję kinematografii, biorąc pod uwagę, że był obecny przy jej narodzinach. Myślę, że ucięlibyśmy sobie interesującą pogawędkę.

Dla wielu Muybridge pozostaje postacią zupełnie nieznaną, a tymczasem jego życie zainspirowało całkiem sporo tekstów kultury. Zastanawiałeś się nad tym, jak opowiedzieć jego historię w oryginalny sposób?

Tak, chciałem stworzyć biografię, aczkolwiek nie w ścisłym znaczeniu tego słowa. Opowiedzieć o człowieku i jego wynalazku – to tylko jeden wymiar historii. Interesowało mnie także otoczenie. Kiedy zaczynał zajmować się fotografią, było to medium absolutnie pionierskie. Zadawałem więc sobie określone pytania, na przykład jak na fotografię reagowali ówcześni malarze. Uważam, że dobra biografia nie może pomijać tła, kontekstów, wydarzeń epoki. Ich znajomość ułatwia zrozumienie zarówno osiągnięć człowieka, jak i jego motywacji. Poza tym sponsorem Muybridge’a był Stanford (Leland Stanford, amerykański magnat przemysłowy i polityk – przyp. red.), a zatem miałem do czynienia ze splotem losów dwóch wpływowych osób.

„W ułamku sekundy” to twoje pierwsze podejście do biografii postaci historycznej. Czy to także pewnego rodzaju odskocznia od twoich zasadniczych zainteresowań?

Poniekąd tak. Po powstaniu „Zakładnika. Historii ucieczki” długo zastanawiałem się, co dalej. Ponieważ lubię czytać książkowe biografie, a Muybridge zawsze mnie intrygował, postanowiłem poświęcić mu komiks. Pomysł wydał mi się o tyle atrakcyjny, że – jak już wspomniałeś – Muybridge nie jest szeroko znany, nawet pomimo tego, że wywarł całkiem spory wpływ nie tylko na fotografię.

Mam już zatem na koncie komiksy autobiograficzne, mam biografię… Może pewnego dnia przyjdzie kolej na rzecz czysto fikcyjną? Lubię jednak korzystać z pewnego oparcia w faktach, a w tym wypadku dostarczyło mi go życie Muybrodge’a, a konkretnie okres pomiędzy 1835 a 1904 rokiem. Te daty wyznaczyły ramy fabule komiksu oraz materiałowi, który musiałem zbadać.

Twój styl rozpoznawalny jest nie tylko za sprawą bardzo charakterystycznej kreski, ale także poprzez narrację.

Zauważam tę odrębność, choć nie potrafię dokładnie określić, na czym się ona zasadza. W przypadku komiksów autobiograficznych jest ona jednak ewidentna. Lubię prowadzić zapiski na temat codziennego życia, a ponieważ od dawna powtarzałem sobie, że chcę opisać życie ciekawsze od mojego, dlaczego nie miałbym wykorzystać tych samych metod narracyjnych? Można więc uznać, że zrelacjonowałem biografię Muybridge’a w sposób, w jaki opowiadam o sobie samym. A poza tym doceniam humor, a jego życie było na swój sposób zabawne.

Guy Delisle

Pytam o to także dlatego, że sam podkreślasz, że czytelnicy dają się zupełnie wciągnąć twoim komiksom. „Pochłonąłem to w dwie godziny” – słyszysz o czymś, czemu poświęciłeś dwa lata pracy.

To prawda, choć oczywiście bardzo mi to schlebia. Jeśli moje komiksy aż tak absorbują czytelników, to widocznie są dobrze opowiedziane. Dostaję sygnał, że wykonałem swoją pracę jak należy. Osobiście też najbardziej lubię książki, które trudno odłożyć na półkę.

Przypuszczam, że wielu ludziom twoje nazwisko kojarzy się z komiksami – nazwijmy je – podróżniczymi. Nie myślałeś nigdy o tym, aby celowo pojechać gdzieś w poszukiwaniu historii?

Stworzyłem cztery komiksy podróżnicze. Pierwszy, „Shenzhen”, powstał po dwumiesięcznym pobycie w Chinach. W Jerozolimie, o której opowiada ostatni z nich, „Kroniki jerozolimskie”, spędziłem z kolei rok. Wydaje mi się, że z upływem lat potrzebuję coraz więcej czasu, aby poznać ludzi i miejsce… i po prostu mieć o czym pisać. Swego czasu pracowałem przez półtora miesiąca w Wietnamie. Sporządzałem tam gorliwie notatki, ale po powrocie do Francji odkryłem jednak, że nie ma w nich materiału na komiks. A to dlatego, że pobyt w Wietnamie był dla mnie jak piknik – przyjemnie spędzałem czas, spotykałem przyjaciół itd. Nic ciekawego.

Mówimy więc o procesie, który jest długi i nieprzewidywalny. Inna rzecz, że w pewnym momencie pochłonęło mnie życie. Patrząc, jak dorastają moje dzieci, postanowiłem zafundować swojej rodzinie większą stabilność i osiąść w jednym miejscu, co okazało się znakomitą decyzją. Mój syn poświęcił się muzyce, uczęszcza do konserwatorium i to jest całe jego życie. Nie będę zmuszał go do podróży do innego zakątka świata. Aczkolwiek kto wie, może kiedyś jeszcze mnie gdzieś poniesie? Zawsze mogę też spróbować zrobić jakiś krótszy komiks.

Myślisz, że nadal możesz odkryć jakieś miejsce w taki sposób, jak to robiłeś w powstałych już komiksach?

Zdecydowanie tak. Wszystko zależy od obserwacji. Moje komiksy w znacznej mierze traktowały o różnicach kulturowych. Mógłbym pojechać na przykład w jakieś miejsce w Chinach inne niż Shenzhen – w końcu to ogromny kraj i dostarczyłby mi materiału na dziesięć komiksów. Inną opcją jest powrót gdzieś, gdzie już byłem. Dziś z Jerozolimy przywiózłbym zupełnie inną historię. Chociaż już zdecydowanie niezabawną.

Jako Kanadyjczyk co sądzisz o tym, co aktualnie dzieje się za południową granicą twojego ojczystego kraju?

Rządy Donalda Trumpa są jak spektakl osobliwości, w którym on za wszelką cenę musi odgrywać główną rolę. Chyba nikt nie wie, co naprawdę myśli, zwłaszcza że ciągle mówi coś innego. Amerykanie obudzili się i protestują, ale cała ta sytuacja dotyczy także nas w Europie. Nigdy nie byłem zwolennikiem Macrona, niemniej doceniam to, że stał się teraz bardziej bezpośredni i mówi o potrzebie niezależności Europy. To najpilniejszy moment, aby się zjednoczyć. Europa musi wspólnie decydować o swoim losie.

Podobno agresywny nacjonalizm Trumpa rozbudził poczucie tożsamości i patriotyzmu w Kanadyjczykach?

To prawda. Trump zmienił najbliższych sojuszników USA we wrogów, co samo w sobie jest niebywałe. Słuchałem ostatnio pewnego podcastu poświęconego Chinom i tam podobno jest tak samo. Z powodu sprzeciwu wobec polityki Trumpa Chińczycy po raz pierwszy od dawna jednoczą się wokół Xi Jinpinga, nawet mimo tego, że spora część społeczeństwa ma zastrzeżenia wobec jego rządów.

Wspomniałeś o stabilizacji i obserwowaniu, jak dorastają twoje dzieci. To także może być inspirujące?

Jak najbardziej. Staram się znajdować inspirację wszędzie dookoła, nawet w drobnostkach. Kiedy dzieci są w domu, wymyślam dla nich zabawne historie, czego plonem jest blog i cztery książeczki komiksowe. Może stworzę komiks o życiu we Francji? Chociaż tutaj nie doświadczam różnic kulturowych, które były paliwem dla poprzednich moich prac. Może więc wrócę do Kanady? Ale tam też czułbym się jak u siebie, więc to żadna odmiana. Kiedy podróżuję, przełączam się na inny tryb, inaczej postrzegam otoczenie i nagle czuję potrzebę robienia szkiców i rysunków. Bo chociaż Montpellier, gdzie mieszkam, to bardzo urocze miasto, to jednak nie widzę w nim plenerów dla moich komiksów.

Kilkanaście lat temu zapytano cię o przyszłość komiksu. Powiedziałeś, że widzisz ją w jasnych barwach i jesteś pewien, że pojawią się w nim nowe sposoby ekspresji. To była trafna prognoza?

Myślę, że tak. Każdego roku wpada mi w ręce kilka nowych komiksów, dostrzegam młodych ludzi robiących swoje rzeczy… Z jednej strony autorzy mają dziś ułatwione zadanie, ponieważ istnieje bardzo wiele wydawnictw, z drugiej jednak – niełatwo utrzymać się z komiksu właśnie dlatego, że rynek jest tak nasycony. Czytelnicy mają chyba jednak powody do zadowolenia, bo objawia się więcej różnych sposobów rysowania i opowiadania historii niż dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Kiedyś komiksy podróżnicze były swoistym novum, dziś są czymś całkiem powszechnym.

Chyba ogólnie sztuka przenosi się do sfery hobby uprawianego po godzinach.

Zatoczyliśmy koło. Jako młody człowiek wiedziałem, że nie utrzymam się z robienia komiksów, więc znalazłem „prawdziwą pracę” w animacji. Zajmowałem się nią przez kilkanaście lat, w międzyczasie tworząc pierwszy komiks. Odniósł spory sukces, ale robiłem go dla przyjemności, nie z myślą o pieniądzach. Myślę, że powrót do takiego nastawienia jest właściwym sposobem przetrwania w obecnych czasach. W każdym razie jestem pewien, że komiks jako medium ma przed sobą obiecującą przyszłość.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. Editions Delcourt


Tematy: , , , , , , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady