Polska to mój ulubiony kraj w Europie – rozmowa z Brandonem Mullem

Polscy czytelnicy pokochali książki Brandona Mulla. I to nie tylko ci w wieku adolescentnym, chociaż to przede wszystkim do nich skierowana jest jego twórczość. O tym zaś, że jest to uczucie odwzajemnione świadczyć może już choćby fakt, że w naszej rozmowie tytuły swoich najpopularniejszych serii, na czele z legendarnym już „Baśnioborem”, pisarz wymawiał właśnie po polsku! Publikacji w naszym kraju doczekała się zdecydowana większość powieści Amerykanina, niezmiennie utrzymanych w konwencji fantasy. Najświeższa premiera, „Zakazana góra” stanowi notabene otwarcie nowego cyklu „Opiekunowie”. Z wielu powodów powinien on szczególnie zelektryzować fanów twórczości autora, który nie ukrywa, że pisarstwo jest dla niego sposobem na dzielenie się życiową pasją.
Sebastian Rerak: Podobno jako dziecko szperałeś po szafach w poszukiwaniu ukrytych przejść. Zainspirowały cię do tego „Opowieści z Narnii”?
Brandon Mull: Dokładnie tak. Nie przepadałem wtedy za czytaniem, wolałem jeździć na rowerze lub robić cokolwiek innego. Wszystko zmieniło się za sprawą „Opowieści z Narnii”, które uświadomiły mi, że książki mogą pobudzać wyobraźnię i po prostu być świetną rozrywką. Moja babcia miała wielką szafę. Wchodziłem do niej, przedzierając się pomiędzy ubraniami, aż w końcu odkryłem małe drzwiczki. Liczyłem, że prowadzą do innego świata, w którym będę walczył z potworami lub może zostanę ich królem. W rzeczywistości odkryłem spiżarnię i zostałem władcą brzoskwiń w puszce. Skoro jednak nie zdołałem odkryć fantastycznego świata, zacząłem o nim fantazjować.
I ostatecznie odkryłeś całkiem sporo tajemnych przejść.
Zgadza się. Istnieją portale do innych światów, a są nimi pisarze. To oni wymyślają całe uniwersa, po czym zapraszają do nich czytelników. Stanąwszy się pisarzem, również zacząłem to robić. Tworzę własne światy i dzielę się nimi z innymi.
Jak wiele z dziecka musiałeś w sobie zachować, aby móc uprawiać ten rodzaj literatury?
Wciąż noszę w sobie młodszą wersję siebie samego – dziesięcioletniego Brandona, który odkrył, że czytanie może być fascynujące. Kiedyś byłem świadkiem rozmowy Petera Jacksona ze Steven Spielbergiem na Comic-Conie w San Diego. Ktoś z widowni spytał Jacksona, co sprawiło, że nakręcił ekranizację „Władcy Pierścieni”, na co ten odparł, że pozostał wierny wszystkiemu, co kochał jako nastolatek. Mogę się pod tym podpisać obiema rękami. Książki, które przeczytałem za dzieciaka, są nadal ze mną. I podobne książki piszę dziś sam.

„Opiekunów”, serię zainicjowaną „Zakazaną górą”, nazywasz swoim opus magnum. To poważna deklaracja.
Jestem świadom swoich umiejętności, jeśli chodzi o warsztat i pomysły. Mogę śmiało powiedzieć, że czekałem piętnaście lat na napisanie tych książek. Musiałem dojrzeć jako pisarz, ale w międzyczasie nie przestawałem o nich myśleć i planować, co się w nich znajdzie. Biorąc to wszystko pod uwagę, „Opiekunowie” są moim największym dziełem. Historia zaplanowana jest jako trylogia, więc mam nadzieję, że kolejne części okażą się: dobrą, lepszą i najlepszą. (śmiech) Niedawno skończyłem tom drugi i dałem rękopis do przeczytania kilku osobom. Wszystkie stwierdziły, że historia rozwija się i staje coraz ciekawsza – mam nadzieję, że utrzymam tę tendencję w ostatniej księdze. W każdym razie „Opiekunowie” to niewątpliwie seria, w którą włożyłem najwięcej wysiłku i treści. To wciąż fantasy, ale pełne prawdy.
Fakt, że poświęciłeś „Zakazanej górze” o wiele więcej czasu niż wcześniejszym powieściom, wydaje się to potwierdzać.
Tak, to z pewnością najbardziej wymagająca rzecz w moim dorobku. Zazwyczaj piszę książkę w ciągu pięciu, sześciu miesięcy i w tym czasie nie zajmuję się niczym innym. Tymczasem „Zakazana góra” kosztowała mnie dwa i pół roku pracy. Nawet mój debiut nie powstawał tak długo. Niemniej starałem się podejść do tego wyzwania ambitnie, a poza tym nadal po prostu dobrze się bawić. Tworzenie pierwszego tomu „Opiekunów” było dla mnie z pewnością fajną rozrywką.
„Opiekunowie” utrzymani są w konwencji fantasy epickiej. Możesz zdradzić czy przyświecały ci jakieś inspiracje z podobnego nurtu?
Oczywiście! Z pewnością wielką inspiracją była dla mnie seria „Archiwum Burzowego Światła” mojego dobrego przyjaciela Brandona Sandersona. Nie chciałem oczywiście kopiować jego pomysłów, ale epicki charakter całości był dla mnie pewnym drogowskazem. Poza tym bardzo wiele rozmyślałem nad duchowym aspektem życia, który jest dla mnie niezwykle ważny. W „Opiekunach” pojawia się sporo nawiązań do duchowości, co umożliwia mi mówienie o sprawach uniwersalnych dla wszystkich ludzi. Niezależnie bowiem od tego, czy wierzysz w Boga czy nie, masz w sobie tę część osobowości, która doświadcza miłości, inspiracji, piękna itd. Dla mnie to właśnie jest duchowa strona, nadająca treść życiu i sprawiająca, że jest ono ekscytujące. Ciekawie było więc stworzyć historię fantasy pełną przygód i dramatycznych sytuacji, ale też duchowości oraz walki dobra ze złem. No i wreszcie muszę wspomnieć, że cały czas pozostaję wierny swoim ponadczasowym fascynacjom, a więc „Władcy Pierścieni”, „Harry’emu Potterowi” i „Opowieściom z Narnii”.

Brandon Mull podczas spotkania z czytelnikami w warszawskim Klubie Empik (fot. Kasia Rymarczyk – @rymarfoto/Instagram)
Myślałem, że wspomnisz też o grze „The Legend of Zelda”. Wiem, że jesteś jej wielkim fanem.
Absolutnie! Ilekroć myślę o jakichś zagadkach czy pułapkach, przypominają mi się lochy z tej gry. Miałem trzynaście lat, kiedy ukazała się pierwsza wersja „The Legend of Zelda” na Nintendo. Od tamtego czasu grałem w każdą z gier na każdej platformie. Część mojego mózgu odpowiadająca za pisanie fantasy jest tą samą, która uwielbia odkrywać królestwo Hyrule.
„Opiekunowie” to kolejna seria twojego autorstwa, w której występuje dwoje bohaterów – chłopiec i dziewczynka. To twój sposób na dotarcie do czytelników obu płci?
Zdecydowanie tak i wygląda na to, że zdaje on egzamin. Podczas podpisywania książek niemal zawsze połowę czytelników stanowią chłopcy, a połowę dziewczynki. Staram się przedstawić im bohaterów, z którymi mogą się identyfikować, co przyświecało mi także podczas pisania „Zakazanej góry”. Co dla mnie zaskakujące, moje książki trafiają też do starszych odbiorców. Myślę, że podobnie jak „Harry’ego Pottera”, czytają je całe rodziny, a czasem chyba nawet rodzice bawią się przy nich lepiej. (śmiech)
Swoją drogą sam masz gromadkę dzieci. Są twoimi pierwszymi czytelnikami?
Tak, choć najczęściej na etapie, kiedy książka jest już gotowa. Mówią mi, co im się podobało, ja uważnie słucham… To mądre dzieciaki. Doczekaliśmy się z żoną czwórki dzieci, a ona ma jeszcze siódemkę z poprzedniego związku. Łącznie cała drużyna soccera, czy – jak wolicie w Europie – futbolu. (śmiech) Co zabawne, dzieci mojej żony znały i lubiły moje książki zanim jeszcze się pobraliśmy.

Brandon Mull podczas spotkania z czytelnikami w ramach Jesiennych Targów Książki na Placu Centralnym w Warszawie (fot. Wilga)
Nie pomylę się chyba, mówiąc, że łączy cię szczególna relacja z Polską?
Zdecydowanie nie! Odwiedziłem Polskę więcej razy niż jakikolwiek inny kraj i jest to moje ulubione miejsce w Europie. Dlatego też, kiedy pisałem kontynuację „Baśnioboru”, czyli serię „Smocza Straż”, umieściłem w Polsce miejsce akcji niektórych wydarzeń. Cały czas utrzymuję też kontakt z polskimi czytelnikami poprzez media społecznościowe. Nawet przed tą trasą dostałem wiadomość poprzez Instagram od pewnej dziewczyny, która napisała, że nie załapała się na jedno z planowanych spotkań, a była na spotkaniach ze mną podczas dwóch poprzednich tras. Skontaktowałem się więc z wydawcą i poprosiłem, żeby znaleźli dla niej miejsce, bo to wieloletnia fanka moich książek.
W tym roku mija dwadzieścia lat od wydania twojej debiutanckiej powieści „Baśniobór”, która zapoczątkowała całą serię. Czy w momencie jej premiery liczyłeś na to, że pisarstwo stanie się dla ciebie sposobem na życie?
Mogłem mieć tylko taką nadzieję. Wydanie kolejnych książek było uzależnione od powodzenia debiutu. Dziś jestem w stanie sprzedać wydawcy pomysł na kilkutomową serię na podstawie konspektu, ale wtedy nie mogłem być pewny, czy moja przygoda z pisarstwem nie skończy się na jednej powieści.
Oczekiwania publiczności zmieniły się znacznie w ciągu tych dwudziestu lat?
Myślę, że tak. Poza oczywistą wymianą pokoleniową, zauważam też fakt, że dotychczasowi czytelnicy dorastają, ale nadal chcą sięgnąć po coś mojego autorstwa. Jednym z powodów, dla których piszę „Opiekunów”, było wyjście naprzeciw oczekiwaniom nastolatków i młodych dorosłych. Nowe książki są bardziej dojrzałe literacko niż „Baśniobór”, choć nadal lokują się w podobnej kategorii.

Chciałem jeszcze wrócić do tematu duchowości. Czy zdarza ci się, że twoje książki są rekomendowaną lekturą na przykład przez media religijne?
Sporadycznie. Najbliżsi duchowości są „Opiekunowie”, bo pojawiają się w nich postaci duchowych opiekunów. Aczkolwiek na przykład w „Tkaczach śmierci”, czwartym tomie serii „Pięć Królestw”, wysłałem swoich bohaterów do fantastycznej wersji zaświatów. Dla odbiorców było to chyba całkiem ciekawe, sądząc po ich reakcjach. Jeśli chcesz poruszać podobną tematykę, ważnym jest, aby była przedstawiana w sposób atrakcyjny i interesujący. U mnie zawsze istnieje rozgraniczenie między dobrem a złem, światłem a ciemnością, ale to ogólnie właściwe literaturze fantasy.
Pytam również dlatego, bo mówisz otwarcie o byciu mormonem. Pamiętam, jak w momencie wielkiego sukcesu Stephenie Meyer doszukiwano się w jej książkach wpływów mormonizmu. Ciekaw jestem czy doświadczyłeś czegoś podobnego?
Owszem, aczkolwiek głównie ze strony ludzi należących do mojego kościoła. (śmiech) Pewne wątki w moich książkach mogą być pokłosiem rozważań nad relacją z Bogiem, ale nie piszę o nim wprost. Dotykam jedynie kwestii moralności lub subtelnie szukam odpowiedzi na pytania w rodzaju: „Czy mamy nieśmiertelną duszę?”. Nie potrafiłbym wprowadzić do powieści Jezusa w wersji fantasy. To byłoby dziwne.
C. S. Lewisowi się udało.
To fakt. Dla mnie zresztą „Opowieści z Narnii” to absolutnie chrześcijańska literatura, bo postać Aslana to właśnie alegoria Jezusa. Obecność duchowości w książkach jest o tyle ważna, że właściwie nie mówimy o niej poza obrębem religii. Kiedy zmarł mój dziadek, nękało mnie pytanie o to, czy jeszcze go zobaczę. Wierzę, że tak właśnie się stanie, ale kwestia życia po śmierci jest jedną z wielkich zagadek, które ludzie chcieliby rozwikłać. Niekiedy więc staram się wplatać je do książek, co samo w sobie wydaje się interesujące.

Brandon Mull (fot. Wilga)
Czy kolejne tomy „Opiekunów” będą ukazywać się w Polsce w rocznych odstępach, jak jest to przewidziane w USA?
Z tego, co wiem, to tak. Część druga ukaże się w USA w kwietniu przyszłego roku, dokładnie rok po pierwszej. Trzeba skądinąd przyznać, że wydanie polskie pojawiło się bardzo szybko. Liczę więc na to, że ta tendencja zostanie zachowana. Póki co pracuję już nad częścią trzecią i powinienem dotrzymać zakładanego terminu.
Kiedy już zamkniesz trylogię, będącą twoim opis magnum, nie obawiasz się o problemy z wyznaczaniem sobie nowych wyzwań?
Postanowiłem w przyszłości nie deklarować, że mam lepszy pomysł na książkę. Na pewno będę miał jednak inne pomysły – może zabawniejsze, może bardziej dziwne… W każdym razie pomysły na coś nowego i innego. Wychodzę z założenia, że przynajmniej raz w życiu należy spróbować zrealizować coś, co wydaje się najambitniejszą ideą, a dla mnie byli nią właśnie „Opiekunowie”. Poniekąd jest to przerażające, bo… co jeśli twój życiowy pomysł nie okaże się dobry? Jeśli jednak nie odważysz się, to nigdy się nie przekonasz. Oto zatem moja próba zmierzenia się z tym wyzwaniem.
Przyznałeś swego czasu, że chciałbyś napisać powieść rozgrywającą się w uniwersum „Gwiezdnych wojen”. To jedyny wyjątek od czysto autorskich projektów, jaki jesteś gotów popełnić?
Nie, nie jedyny, po prostu „Gwiezdne wojny” zajmują szczególne miejsce w moim sercu. To z pewnością byłoby fajne przedsięwzięcie, niemniej jestem nerdem w wielu dziedzinach, więc ogólnie jestem otwarty na ewentualne propozycje. Czy może raczej byłbym otwarty, gdybym miał czas. Obecnie w pełni pochłaniają mnie „Opiekunowie”, ale w przyszłości, kto wie? Podoba mi się wizja zabawy na cudzym podwórku. (śmiech)
Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. Kasia Rymarczyk – @rymarfoto/Instagram
Materiał powstał we współpracy z Wydawnictwem Wilga.
Kategoria: wywiady











