Połączenie jedzenia i intrygi – rozmowa z Lottie Hazell, autorką powieści „Świnka”

Jej „Świnka”, o której można było już przeczytać na łamach Booklips.pl, nie bez przyczyny stała się sensacją, ale z Lottie Hazell rozmawialiśmy nie tylko o jej debiutanckiej powieści. Brytyjska pisarka opowiedziała nam m.in. o znaczeniu opisów jedzenia dla fabuły, wpływie przydomków na ludzi i szansach, jakie dla literatury stwarzają inspiracje grami.
Sebastian Rerak: Jadłaś już śniadanie, czy może zastałem cię przed pierwszym posiłkiem?
Lottie Hazell: Jadłam. A tobie udało się zaintrygować mnie tym pytaniem. (śmiech)
Podobno kiedy czytasz powieść, zwracasz uwagę na opis śniadania jej bohaterów. Czego możesz się dzięki temu dowiedzieć?
Zaskakująco dużo. W pierwszej kolejności mówi to nam o tym, ile bohaterowie mają dla siebie czasu rano i jakiej jest on „jakości”. Po drugie – zawiera sugestie dotyczące ich stanu emocjonalnego. A po trzecie… Zawsze uważałam, że opis śniadania może być bardzo wymownym i skutecznym sposobem nakreślenia charakteru postaci. Nie chodzi bowiem tylko o chwilowy nastrój, ale też o głęboko zakorzenione preferencje emocjonalne. Dlatego właśnie uważam, że pierwszy posiłek dnia to świetny punkt wyjścia dla lepszego poznania bohaterów. Swoją drogą po twoim pytaniu złapałam się na tym, że nie pamiętam, co zjadłam na śniadanie. (śmiech)
Przyznaję, że nie myślałem wcześniej w ten sposób o opisach jedzenia.
Ogólnie uważam, że nawyki żywieniowe potrafią być fascynujące. Ciekawi mnie, co ludzie zamawiają w restauracjach albo co można znaleźć w ich sklepowym koszyku. Przypuszczam, że osób podobnie wścibskich jest więcej, ale z pewnością w trakcie konstruowania bohaterów „Świnki” myślałam o jedzeniu jako o czymś bardzo pierwotnym, ale zarazem konstytuującym dość intymną część ich zachowań. Tak, niewątpliwie zwracam ogromną uwagę na jedzenie, zarówno jako autorka, jak też po prostu jako osoba.

U podstaw „Świnki” leżała eksploracja kwestii związanych z jedzeniem, czy wcześniej miałaś generalny zarys fabuły?
Poniekąd jedno i drugie. Pierwsza scena, którą opisałam, to ta, która rozgrywa się w dniu wielkiego wyznania Kita – Świnka przynosi zakupy i je rozpakowuje. Na tamtym etapie bohaterowie nie mieli jeszcze imion i nie wiedziałam, co się między nimi rozgrywa, ale wizja pary przeglądającej zakupy w sytuacji, kiedy konflikt zakłóca jej codzienną rutynę, miała w sobie autentyczny niepokój. Wydała mi się fascynująca, więc chciałam dowiedzieć się, co zaszło między tą dwójką. Rutyna związana z jedzeniem, odtwarzana niemal codziennie, swoisty układ choreograficzny, ale jak gdyby rozkrojony nożem – to połączenie jedzenia i intrygi sprawiło, że jedna scena rozrosła się do rozmiarów powieści.
Jedzenie było przedmiotem twojej pracy doktorskiej, a w swoim czasie pracowałaś – tak jak powieściowa Świnka – w branży wydawniczej zajmującej się książkami kucharskimi. Ciekawi mnie, czy istnieje jakieś ryzyko dla autora związane z poruszaniem się wśród dobrze znanej tematyki?
To dobre pytanie. Pierwszy rękopis książki zawierał zbyt wiele detali związanych z procesem wydawniczym, przez co mój redaktor zaprotestował i stwierdził, że nie będzie to interesujące dla czytelnika. Zdarzają się zatem sytuacje, w których – jeżeli nie zachowa się czujności – łatwo utknąć w drobiazgach niezasługujących na miejsce w historii. Dla mnie jako pisarki kluczowa jest fabuła. Szanuję czas czytelnika i zależy mi na tym, by czytał książkę z zainteresowaniem. Jeśli jakiś element historii nie służy temu celowi, to należy się go bezwzględnie pozbyć. Znając dobrze jakiś temat, można ulec pokusie przedstawiania wszystkiego, co się wie. Tymczasem pisanie powinno się ograniczać do tego, co czyni opowieść wciągającą.
Nie poznajemy prawdziwego imienia głównej bohaterki. Od dziecka pozostaje ona Świnką, który to przydomek miał być w zamierzeniu żartobliwy i pozbawiony złośliwości, ale z czasem staje się swoistym wyrokiem.
Tak, bardzo ciekawił mnie sposób, w jaki przydomki naznaczają i wpływają na daną osobę. Przezwisko „świnka” ma w sobie żartobliwość i czułość, ale jednocześnie infantylizuje, jest mizoginiczne i zawstydzające na wiele sposobów. Przykład bohaterki sprawia, że słusznym wydaje się zadanie pewnych pytań: Czy jesteśmy w stanie kiedykolwiek pozbyć się przydomków? Czy pozostają z nami na zawsze? Myślę, że w jej przypadku z pewnością przezwisko ma wpływ na proces podejmowania przez nią decyzji.
Zwracasz też w książce uwagę na związki nawyków kulinarnych z klasą społeczną. Co cię w nich zaintrygowało?
Moim zdaniem pisanie o jedzeniu jest pisaniem o przynależności klasowej – jedno jest nieuchronnie związane z drugim. Kiedy przywołuję konkretny wybór kulinarny, na przykład roladę lodową Viennetta, produkt silnie kojarzony z konkretną klasą społeczną, mówi to bardzo wiele o charakterze postaci, jej upodobaniach, pochodzeniu, tożsamości kulturowej i dziedzictwie. Jako Brytyjka chętnie zresztą wymieniłabym opinię z autorami z innych krajów, co sądzą o tym związku. W moim kraju hierarchia kulinarna i struktura klasowa są częścią tego samego konstruktu. Myślisz, że w Polsce jest inaczej?
Myślę, że jest podobnie, choć zapewne istnieją drobne różnice.
Ale to właśnie drobiazgi są interesujące, nie sądzisz? Osobiście nie mam doświadczeń z innych kręgów kulturowych, ale wydaje mi się, że zwłaszcza w Wielkiej Brytanii kwestia spożywania określonych potraw wiąże się z pewnymi ukrytymi komunikatami. Być może jest to powszechne zjawisko, jednak w „Śwince” znajdziesz typowo brytyjskie niuanse.

Lottie Hazell (fot. Siobhan Calder)
Zauważyłem, że czytelnicy „Świnki” podkreślają to, jak skutecznie oddziałuje na nich napięcie narastające wraz z rozwojem fabuły.
Jak już wspomniałam, doceniam czas i uwagę czytelników. Czymś naprawdę smutnym jest lektura, do której zmuszasz się w oczekiwaniu na jakąś nagrodę moralną za zmordowanie ciężkiej książki. Kiedy pisałam „Świnkę”, także i mnie udzielił się niepokój towarzyszący odliczaniu czasu do dnia ślubu. Bardzo pomocna okazała się tutaj konstrukcja fabuły. Cieszę się, że udało mi się osiągnąć taki efekt, bo chcę, by czytelnik przerzucał strony z zainteresowaniem, nie z poczucia obowiązku.
Przyznałaś też, że otrzymujesz wiadomości w mediach społecznościowych od ludzi pytających o pewne poboczne wątki, które nie znalazły rozwiązania w książce. Myślisz, że to kwestia źle skalibrowanych oczekiwań?
Sądzę, że za sprawą konstrukcji „Świnki” naruszyłam nieco nieformalną umowę pomiędzy autorem a czytelnikiem. Z drugiej strony bardzo mnie cieszy, kiedy odbiorcy piszą do mnie, bo to dodatkowy aspekt pewnego rodzaju współpracy, jaką z nimi podejmuję. Czytelnik, który sięga po tę książkę może bowiem inaczej odbierać różne jej części, na własną rękę dodawać im różnego kolorytu. To sprawia, że tekst jest żywy, o wiele bardziej fascynujący, niż coś, co zostaje po prostu utrwalone czarno na białym.
Być może to również kwestia marketingu…
Który bywa pomocny. (śmiech)
Tak, ale może poddawać czytelnikowi pewne sugestie dotyczące treści. Pewnie łatwiej reklamować „Świnkę” jako romans lub thriller niż rzecz pozagatunkową.
Wydawanie książek to teraz niełatwa branża. Żeby w niej egzystować, musisz walczyć o uwagę małej grupki ludzi, rywalizując z bardziej spektakularnymi mediami, czyli filmem, telewizją i grami. Trudno w jednym haśle zawrzeć wszystko, czego należy spodziewać się po danej powieści. Zwłaszcza jeśli jest to powieść silnie oddziałująca na emocje.

Lottie Hazell (fot. Siobhan Calder)
Wracając jeszcze do narastającego napięcia… Wprawdzie to pewnego rodzaju frazes powiedzieć, że ktoś zajada problemy, ale czytając twoją książkę, można niemal poczuć jak Świnka wypełnia jedzeniem to pęknięcie w jej życiu, które dokonuje się tuż przed nią.
Pęknięcie to świetne słowo, ponieważ przywodzi na myśl zranienie, jak i pewną próbę jego opatrywania. Kiedy opisywałam epizody nadmiernego jedzenia w wykonaniu Świnki, chciałam, aby wyrażały one poczucie odzyskiwania sprawczości w momentach, gdy traciła kontrolę nad osobowością, którą z tak wielkim wysiłkiem budowała i rozwijała. Jednocześnie jednak okoliczności, w których czuje się silna, są dla niej bardzo destruktywne. Chciałam przyjrzeć się tej zależności.
Pracujesz obecnie nad kolejną powieścią?
Moja druga powieść „Mothersick” ukaże się wiosną przyszłego roku. To rzecz o czterech kobietach – dwóch pokoleniach sióstr i relacjach, jakie je łączą. Pozostaje w obszarze codziennych domowych relacji, które mogą wydawać się nieistotne i prozaiczne, a jednak stanowią wielką część naszego życia. Z pewnością jednak ta książka była dla mnie wyprawą w nowe rejony, co samo w sobie mnie ekscytowało. Aktualnie zaczynam flirtować z moją trzecią powieścią. Bawię się różnymi pomysłami, co jest ciekawym procesem przed rozpoczęciem właściwego pisania i redakcji.
Wiem, że pracujesz jako projektantka gier planszowych.
Zgadza się.
Czy twoim zdaniem to zajęcie może być postrzegane jako pełnoprawna forma literatury?
Myślę, że tak. Przed wydaniem „Świnki” nie do końca dostrzegałam związek między pisaniem a projektowaniem gier. Obie te dziedziny są formami opowiadania historii. Chociaż ograniczenia związane z grami planszowymi sprawiają, że ich narracja musi podążać innymi ścieżkami. Niemniej w obu branżach można spotkać kreatywnych ludzi robiących nowatorskie rzeczy.
Czy gry mogą być inspirujące dla powieściopisarstwa?
Zdecydowanie tak. Pomyśl tylko o książkach takich jak „Jutro, jutro i znów jutro” Gabrielle Zevin. To powieść sprzed kilku lat, rozgrywająca się wśród projektantów gier wideo. Poza tym wprowadzanie elementów gry do literatury kryje w sobie ogromny potencjał. Dobrym przykładem może być „W domu snów” Carmen Marii Machado. Wprawdzie to książka autobiograficzna, ale w trakcie lektury natrafia się na polecenia typu: „Przejdź na stronę 14” albo „Wróć do strony 12”. Przypomina to nieco gry paragrafowe, w których czytelnik sam decyduje o przebiegu akcji. Sądzę, że takie połączenie grywalizacji z literaturą może być niezwykle ekscytujące. O ile zostanie zrealizowane umiejętnie, co w przypadku obu wspomnianych tytułów zdecydowanie się udało.
Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: Siobhan Calder
Kategoria: wywiady














