banner ad

Po co pisać o śnieżnych krowach? – rozmowa z Karoliną Lewestam i Mariuszem Andryszczykiem, laureatami 18. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy za książkę „Strażniczka perły”

2 września 2025

Wydana przed dwoma laty „Silla”, powieść fantasy rozgrywająca się „w mroźnej krainie, nad którą świecą dwa księżyce, a ludzie i zwierzęta od wieków żyją w przyjaźni”, zachwyciła nie tylko młodych czytelników. Jej kontynuacja w postaci „Strażniczki perły” powiększyła jeszcze grono wielbicieli serii „Opowieści Świata Zorzy”. Wśród nich musieli znaleźć się także jurorzy Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, którzy nagrodzili drugą z książek laurem w kategorii „literatura dziecięca”. Oto nasza rozmowa z autorką Karoliną Lewestam i ilustratorem Mariuszem Andryszczykiem.

Sebastian Rerak: O „Silli”, pierwszej części „Opowieści Świata Zorzy”, powiedziała pani, że była to książka, na którą czekała pani całe życie. To bardzo poważna deklaracja.

Karolina Lewestam: Może nie całe życie, ale na pewno sporą jego część. (śmiech) Książka powstawała długo – pierwsze słowa postawiłam jakieś piętnaście lat temu. Cały czas marzyłam, że zostanie wydana, choć nie miałam żadnej pewności ani w ogóle nadziei, że tak się stanie. Gdy „Silla” się ukazała, było to dla mnie wielkie wydarzenie. Być może większe niż w przypadku innych moich książek, także tych, które z racji tematu uchodzą za „poważniejsze”.

Czy ten długi czas powstawania powieści związany był z researchem i pogłębianiem realiów jej świata, czy z samym mierzeniem się z tematem, który – jak się domyślam – dojrzewał bardzo powoli?

Karolina Lewestam: Nie miałam problemów z pisaniem jako takim, po prostu brakowało mi czasu. Zajmowałam się wieloma rzeczami – robiłam doktorat z filozofii, uczyłam na różnych uniwersytetach, a potem jeszcze pojawiły się dzieci. Jest takie angielskie słowo „moonlighting” oznaczające pracę po nocach w zupełnie innym charakterze. „Silla” była dla mnie właśnie takim moonlightingiem. Jeżeli tylko miałam chwilę czasu i nie musiałam zajmować się przygotowaniem zajęć, jakimś artykułem naukowym lub publicystycznym tekstem do prasy, siadałam nad książką. W pewnym sensie było to dla mnie eskapistyczne doświadczenie. No bo kiedy jest się poważnym człowiekiem, ma się pracę, a ludzie oczekują od ciebie wielu różnych rzeczy, po co pisać o śnieżnych krowach? (śmiech) Ktoś mógłby pomyśleć, że jest ze mną coś nie tak.

Taką historię tworzy się w pierwszej kolejności dla siebie – z potrzeby jej opowiedzenia. Sukces „Opowieści Świata Zorzy” musi chyba dawać tym większą satysfakcję, skoro osobista opowieść spodobała się także czytelnikom?

Karolina Lewestam: To dla mnie wielkie zaskoczenie, ale też pewnego rodzaju przywilej. Mam prawo czuć się bardzo szczęśliwa, kiedy sukces odniosło coś, czemu poświęciłam wiele czasu niejako ukradzionego innym zajęciom. W takiej sytuacji mogę pomyśleć sobie: „Kurczę, miałam rację”. (śmiech) Ponieważ wiele podobnych projektów przemija niezauważonych – nie ze względu na swoją jakość, a czasem po prostu „okoliczności przyrody”. Tak, to wielki przywilej. I pewnego rodzaju fuks.

A jak w pani wyobraźni pojawiła się mroźna kraina, w której rozgrywa się akcja „Opowieści…”?

Karolina Lewestam: Nie był to wynik fascynacji daleką północą czy zimowymi nastrojami. Czasem bywa tak, że do głowy przychodzi jeden obraz. Do niego z kolei przyklejają się kolejne, po czym całość zaczyna żyć własnym życiem. U mnie była to wizja śnieżnej krowy. Teraz myślę o powieści jak o wacie cukrowej. Mamy pewien zaczątek, a gdy wsadzimy w niego kij, to wata niejako sama rośnie wokół niego. Ja wetknęłam kijek w maszynę w momencie, gdy wyobraziłam sobie krowę, która stała na pagórku i wpatrywała się w zachód słońca.

Tę scenę widzimy też w pięknej plastycznej wersji na pierwszych stronach „Silli”. Czy to od niej właśnie zaczęło się ilustrowanie całej serii?

Mariusz Andryszczyk: Dokładnie tak! Zanim zacząłem tworzyć ilustracje, spotkałem się z Karoliną u niej w domu. Ona miała pewną wizję odnośnie do tego, jak ma wyglądać opisywana kraina, a na początku opisała mi właśnie tę krowę. Rezultat bardzo jej się spodobał, co mnie ucieszyło i… jakoś dalej to szło. (śmiech)

Wiem, że zabiegała pani o to, by to właśnie Mariusz Andryszczyk zilustrował książki.

Karolina Lewestam: Tak. Zobaczyłam „Lolka” Adama Wajraka, w którym były bardzo ładne ilustracje, też zresztą zimowe, a potem także „Przyjaciela Północy” Ilony Wiśniewskiej. Uznałam, że Mariusz może być właściwym człowiekiem, ale najpierw chciałam się z nim jeszcze zobaczyć. Szybko nawiązaliśmy porozumienie. Mariusz przyznał nawet, że popłakał się przy „Silli”. Nie mógł jej zilustrować nikt inny.

Mariusz Andryszczyk: Ja nigdy nie mam problemów w komunikacji z autorami. Zdarzają się wprawdzie sytuacje, kiedy komuś coś się nie podoba, ale dochodzi do nich rzadko. Jeśli chodzi o wybór scen do zilustrowania, to miałem wolną rękę. Wiadomo było jednak, że wydawca nie szaleje z rozrzutnością (śmiech) i do wykonania miałem dziesięć czy dwanaście ilustracji, co moim zdaniem jest niewielką liczbą, jak na taką książkę. Moje wybory okazały się najwidoczniej trafne, bo Karolinie się spodobały.

A czym się pan kierował przy wyborze scen?

Mariusz Andryszczyk: Czytając książkę, na bieżąco robię notatki. Potem oczywiście muszę wracać do tekstu, bo bywa, że trzy rozdziały później coś okazuje się wyglądać zupełnie inaczej. W każdym razie w trakcie sporządzania notatek i szkiców wybieram jakąś scenę i zastanawiam się, jak ją przedstawić wizualnie. Najchętniej sięgałem po sceny szczególnie charakterystyczne bądź dramatyczne. Myślę trochę w kategoriach kadrów filmowych, bo nie ukrywam, że kino jest dla mnie ważną inspiracją.

Mariusz Andryszczyk i Karolina Lewestam (fot. Bartosz Mikulski)

Czy książka musi zrobić na panu równie wielkie wrażenie, co „Silla”, by nawiązać współpracę z autorem?

Mariusz Andryszczyk: Nie, nie przebieram aż tak w ofertach. Zdarzają się oczywiście takie, które odrzucam, ale wychodzę z założenia, że nawet książkę telefoniczną można efektownie zilustrować. Rolą ilustratora jest moim zdaniem wydobycie jak najwięcej z tekstu. Tak w przypadku „Silli”, jak i „Strażniczki perły”, najchętniej wykonałbym trzy razy więcej prac, bo właściwie co chwila dzieje się coś wyjątkowego. Mamy akcję, postaci, krajobrazy… Dla ilustratora jest tu mnóstwo świetnego materiału.

Mroźna kraina na północy budzi mimowolne skojarzenie z Arktyką. Starał się pan, aby na ilustracjach nie było to tak jednoznaczne?

Mariusz Andryszczyk: Generalnie trzymałem się tekstu i realiów książki. Dla mnie było to bardzo ciekawe i dyscyplinujące. Raz tylko zdarzyło się, że zostałem upomniany. W „Silli” znalazła się ilustracja, na której widać mieszkańców osady siedzących przy ognisku. Dostałem na nią feedback, że powinienem nieco zmienić ich wygląd, aby nie nawiązywał bezpośrednio do Inuitów.

Pani Karolino, te powieści to pierwsza pani konfrontacja z literaturą fantasy. Co okazało się w niej najbardziej wymagające?

Karolina Lewestam: Balans pomiędzy realizmem a wyobrażeniem. Weźmy na przykład mówiące zwierzęta. Z jednej strony są zwyczajnymi mieszkańcami świata „Opowieści…”, z drugiej – nadal są zwierzętami. Musiałam więc zastanowić się nad tym, jak te same zwierzęta, tyle że realne, zachowywałyby się, gdyby miały dar mowy.

Największym wyzwaniem jest więc wymyślanie rzeczy, które są spoza naszego świata przy jednoczesnym sprawieniu, by dla czytelnika wydawały się najzupełniej prawdziwe. Swoiste złapanie na lasso fruwających wysoko pomysłów i ściągnięcie ich na wyciągnięcie ręki. Jest to o tyle trudne, że autor może za bardzo zabrnąć w fantazję (a wtedy wszystko przestaje być wiarygodne) albo wejść w nią nie dość głęboko (a wówczas nie będzie to już książka fantasy). Ideałem jest urealnienie nierealnego.

Skądinąd wiem, że pani pierwszą wielką fascynacją literacką były książki C.S. Lewisa.

Karolina Lewestam: Oczywiście! Czytanie „Kronik Narnii” zdeterminowało moją drogę. Teraz czytam je kolejny raz – z moim trzecim dzieckiem, i wciąż udziela mi się zachwyt nad tym, jak dobrze są te książki napisane. A myślę, że jest tak dlatego, ponieważ dzieci, które dostają się do Narnii, widzą i patrzą jak prawdziwe dzieci. Czytelnik może się z nimi całkowicie zidentyfikować, a one z kolei pomagają odbierać nierealny, fantastyczny świat w naszych kategoriach poznawczych. Lewis był mistrzem w dawaniu odbiorcy zmysłowych wrażeń – bycia, dotykania, wąchania, czucia… To zawsze wydawało mi się u niego niesamowite.

Mariusz Andryszczyk, Karolina Lewestam i Karolina Oponowicz z Wydawnictwa Agora dla dzieci z Nagrodą Literacką m.st. Warszawy (fot. Bartosz Mikulski)

Skoro mowa o dzieciach… „Opowieści…” mają bohaterów zmuszonych do sprostania zagrożeniom dla świata, który znają. Znajdziemy w nich paralele do problemów, które wkrótce staną przed najmłodszym pokoleniem?

Karolina Lewestam: Nie chciałabym zostawić młodych czytelników wyłącznie z przekonaniem, że istnieje zło i trzeba z nim walczyć. Zło było od zawsze. Należy jednak podkreślić, że najmłodsze pokolenie jest pierwszym, które będzie musiało zmierzyć się z nim bez wspólnoty, jak ją do niedawna rozumieliśmy, tj. opartej na przyjaźni, rodzinie itp. Myślę, że to jest największe wyzwanie, jakie przed nim stoi, i bardzo chciałabym, by w książkach zauważono mój komentarz do niego. Ponieważ wyraźnie mówią one, że żadnego zła nie pokonasz w pojedynkę.

W tym sensie „Opowieści…” są rzadkim dziś przykładem nieindywidualistycznych książek dla młodzieży. Odnoszę bowiem wrażenie, że z zewsząd do młodych ludzi płynie przekaz: możesz, dasz radę, uda ci się, nie potrzebujesz nikogo, zajrzyj w głąb siebie. Ja mam zgoła odmienne zdanie i myślę, że znajduje to wyraz w tej serii.

Chyba nie pomylę się, mówiąc, że znalazły się w niej także nawiązania do bardzo konkretnych zagrożeń z naszego świata…

Karolina Lewestam: Bo zło przychodzi ze wschodu?

Myślałem raczej o kryzysie klimatycznym.

Karolina Lewestam: Tak, oczywiście. Tylko że kryzys klimatyczny bardziej odbija najgłębsze lęki ludzkości, niż moje książki kryzys klimatyczny. On w metafizyczny sposób reorganizuje całkowicie nasz świat i w tym sensie jest przykładem największego wyzwania. Kiedyś musieli mu stawiać czoła bohaterowie opowieści fantastycznych. Nagle my, ludzie żyjący w XXI wieku, stajemy przed koniecznością przebudowy struktury świata, który się rozpada. Przeżywamy coś, co było wcześniej zarezerwowane dla fikcji.

Ostatnie pytanie jest tym obowiązkowym. Kiedy powstanie trzecia odsłona „Opowieści…”?

Karolina Lewestam: Powstanie, gdy tylko skończę pracę nad książką dla Wydawnictwa Czarne. Książka ma już tytuł, zręby historii i tzw. wordboard, który prowadzimy z Mariuszem na Pintereście, aby mieć pojęcia, jak rzecz powinna wyglądać.

Mariusz Andryszczyk: Ja jeszcze nie wiem, jak powinna, choć oczywiście pozostanę przy tym samym stylu.

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. główna: Bartosz Mikulski
Materiał powstał we współpracy z Urzędem m.st. Warszawy.


Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady