Muszę spętać wyobraźnię, aby mnie nie pożarła – rozmowa z Carole Martinez, autorką powieści „Śpij snem otępiałym”

„Skoro dzieci krzyczą przez sen na całej ziemi, znaczy że to na pewno koniec” – wygłasza złowieszcze zdanie jedna z postaci w powieści „Śpij snem otępiałym”. Najnowsza książka francuskiej pisarki Carole Martinez to pełna niesamowitości, liryzmu i niepokojącej aury historia, w której kameralny dramat rodzinny nakłada się na wielki scenariusz katastroficzny. O powieści-laureatce polskiego wyboru Nagrody Gouncourtów rozmawialiśmy z autorką podczas jej niedawnego pobytu w Polsce.
Sebastian Rerak: Podobno pierwszą książką, która panią zafascynowała. był podręcznik do dermatologii?
Carole Martinez: Tak. Mój ojciec marzył o zostaniu lekarzem. Był bardzo inteligentny i ciekawy świata, ale niestety nie miał matury, więc to marzenie nie mogło się spełnić. Otaczał się jednak książkami medycznymi i często zamiast czytać baśnie do snu, raczył mnie widokiem tablic anatomicznych. Wspomniany podręcznik do dermatologii fascynował mnie i przerażał zarazem. Dosłownie bałam się dotknąć zdjęć przedstawiających choroby skóry. Myślę, że stąd wynikły moje fobie, objawiające się także w książkach.
Swoją drogą moja matka pracowała w laboratorium. Ilekroć się rozchorowałam, pobierała mi krew i sprawdzała ją pod mikroskopem, podczas gdy ojciec decydował, jakie leki powinnam zażywać.
W „Śpij snem otępiałym” do głosu dochodzą zresztą lęki dziecka. Tym dzieckiem jest pani?
Zdecydowanie tak. Od zawsze jestem przekonana, że moje książki pisze wewnętrzne dziecko. Wymyślanie opowieści jest w pewnym sensie chwytaniem wyobraźni – muszę ją spętać, aby mnie nie pożarła. Robiłam to w zasadzie już jako dziecko. Musiałam zająć czymś swoją wyobraźnię, zamienić w fikcję wszystko, co mnie przerażało.
Napisanie tej powieści kosztowało panią jakieś bezsenne noce?
Wręcz przeciwnie, rozwiązało moje problemy ze snem! Choć niestety nie na stałe. (śmiech) Pisanie jest formą komunikacji, ale też sposobem na przeciwstawienie się absurdowi życia, stworzenie czegoś spójnego z niespójnych elementów w nas samych czy wreszcie przeciwstawienie się temu, co nas przeraża. Do opowiedzenia historii można wykorzystać wszystko – każdy potłuczony kawałek smutku, bólu, piękna… Tworzysz z tego coś nowego i przekazujesz komuś innemu jak gorącego ziemniaka. (śmiech)
Kiedy myślę o tym procesie, dostrzegam w nim odrobinę magii. Ponieważ tak naprawdę nie wiadomo, czym on zaowocuje. Proces powstawania powieści jest równie tajemniczy jak wydarzenia w niej przedstawione.

Pytam o sen, ponieważ w pani powieści staje się on przestrzenią, w której pojawia się zagrożenie. Co jest tym bardziej złowieszcze, że we śnie jesteśmy bezbronni, choć chcielibyśmy się czuć bezpieczni.
To właśnie wydało mi się szczególnie interesujące – nie strach przed zagrożeniem z realnego świata, ale przed tym, co może wyłonić się ze snu. Dziecięce sny ostatecznie znoszą barierę oddzielającą nierzeczywiste od rzeczywistego. Pomiędzy tymi dwoma światami rozpościera się jedynie cienka membrana, która pęka wraz ze snem. Choć ostatecznie to domniemane niebezpieczeństwo nie jest zagrożeniem, lecz próbą komunikacji.
Eva, bohaterka „Śpij snem otępiałym”, odbudowuje swoje życie po prywatnym kataklizmie, gdy tymczasem na horyzoncie pojawia się widmo globalnej katastrofy.
Chciałam skonfrontować mikrokosmos rodzinnej komórki z całym światem, aby pokazać, jak niszczycielska jest siła przemocy. Dla wzmocnienia tego kontrastu umieściłam swoich bohaterów w izolacji – z jednej strony Eva, jej córka i ich sąsiad mieszkający na odludziu, z drugiej strony jej były partner, który pozostał w Paryżu. W książce występują dwie matczyne figury: Eva i Ziemia. Relację tej pierwszej z córką poznajemy w trakcie lektury, w przypadku tej drugiej zastanawiamy się, czy nie zostanie ostatecznie dzieciobójczynią. Tymczasem przemocowy ojciec zadaje sobie pytanie, czy jego gwałtowność nie doprowadziła do uruchomienia splotu wydarzeń wiodących do wielkiej katastrofy. Co zresztą jest kolejnym przejawem jego egocentryzmu.
Całkiem otwarcie mówi pani o inspiracji doświadczeniami czasów pandemii Covid-19.
Podobnie jak bohaterowie „Śpij snem otępiałym” byliśmy z mężem i córką odizolowani od świata, a jednocześnie z nim połączeni, bo wciąż słuchaliśmy radia i korzystaliśmy z internetu. Nie wychodząc z domu, doświadczaliśmy tego samego, co niemal cała reszta – czegoś nowego i dość niesamowitego. To było jak uczestnictwo w eksperymencie rodem z science-fiction. Echa tego czasu istotnie znajdziemy w powieści, choćby w tak prozaicznym jej wymiarze, jak postać Serge’a nasłuchującego w zupełnej samotności szumu świata na swoim radioodbiorniku.
Z perspektywy czasu myśli pani, że pandemia spowodowała trwałe zmiany w naszych sposobach myślenia?
Sądzę, że lockdown oddalił nas jeszcze od siebie. Od tamtego czasu unikamy kontaktu, stąd płatności telefonem, zakupy wysyłkowe itd. To zabawne, bo w trakcie pandemii wyobrażaliśmy sobie futurystyczne technologie w rodzaju transatlantyckich żaglowców z systemami paneli słonecznych, a skończyło się na całkowitej uberyzacji naszego życia. Poza tym nie zmieniło się zbyt wiele. Nadal korzystamy z linii lotniczych – w taki sposób dostałam się do Polski, choć nie przepadam za lataniem. Chyba zdążyliśmy już zapomnieć o tym, co działo się w trakcie pandemii. Jak choćby o dzikich zwierzętach powracających do miejsc, z których je wcześniej wyparto, co samo w sobie było niesamowite.

Carole Martinez (fot. Francesca Mantovani © Gallimard)
Wspomnieliśmy już o dziecięcych snach i zagrożeniach w nich się czających. To przypomina mi o tym, jak Stephen King…
Och, uwielbiam jego książki!
…zapytany dlaczego w jego książkach straszne wydarzenia przytrafiają się dzieciom, skoro sam jest ojcem, odparł, że właśnie dlatego – musi konfrontować się ze swoimi lękami, także tymi, które odczuwa jako ojciec.
W pełni się z nim zgadzam. Strach o własne dziecko jest uczuciem nie do zniesienia. Jednocześnie jednak nie powinien on uniemożliwiać im samym samodzielnego życia. Pomimo obaw musimy w pewnym momencie pozwolić dzieciom odejść i żyć na własną rękę. Tak jak matka Angela w „Huzarze na dachu” Jeana Giono, która nakazuje mu wyruszyć w poszukiwaniu własnej przygody. (śmiech) Nasz strach jest wyłącznie naszą sprawą i nie powinniśmy przekazywać go potomstwu, choć niestety wiele matek ma do tego skłonność.
W wielu recenzjach „Śpij…” pojawiają się uwagi odnośnie do zgoła magicznego aspektu książki. Osobiście odnoszę wrażenie, że ma on ścisły związek z kontaktem bohaterów z naturą. Czy we współczesnym świecie jest to doświadczenie najbliższe magii?
Zdecydowanie tak. Jako mała dziewczynka byłam typowym dzieckiem z miasta. Świat widziałam tylko z okna, a na jego parapecie sadziłam w doniczce nasiona fasolki szparagowej. Kiedy wypuściła pędy, była to dla mnie prawdziwa magia!
Dziś moje dzieciństwo ogólnie jawi mi się jako dość wyjątkowe. Częściowo wychowywała mnie babcia, która była konsjerżką w jednej z kamienic na bulwarze Montparnasse. Mieszkaliśmy w małym mieszkaniu z kuchnią, sypialnią i czternastometrowym salonikiem, podczas gdy toaleta mieściła się na dziedzińcu budynku. Żeby móc się wykąpać, dziadek w tajemnicy zrobił wannę – taką klasyczną, stojącą na nóżkach, i podłączył ją do kotła, który ogrzewał całą kamienicę. Kiedy myślę teraz o tych kąpielach w wannie wydaje mi się to niemal baśniowe.

Carole Martinez podpisuje książki podczas Festiwalu Conrada (fot. Wydawnictwo Mova)
Historie rodzinne pani babci są skądinąd ważne dla pani twórczości.
Tak, swoją pierwszą powieść „Le Cœur cousu” (w Polsce wydaną jako „Soledad znaczy samotność” – przyp. red.) poświęciłam jej matce, a mojej prababci. Nazywała się Frasquita Carrasco i pochodziła z Andaluzji. Kiedy jej mąż przegrał ją w karty, uciekła z szóstką dzieci z rodzinnej wioski i przez Morze Śródziemne przedostała się do Algierii, gdzie zmarła w ubóstwie. Babcia, która do Francji trafiła w 1948 roku, zwykła mawiać: „Wszyscy faceci to dranie! Pamiętajcie o Frasquicie Carrasco!”. Irytowała mnie jednak myśl o prababci jako o ofierze, dlatego napisałam książkę, aby zmienić jej rolę w historii. Uczyniłam z niej więc wspaniałą krawcową, choć tak naprawdę nie zajmowała się krawiectwem. Jednak francuskie słowo „texte” (z fr. tekst) jest bliskie słowu „textile” (z fr. tekstylny), a etymologicznie oznacza splot, tkaninę słów. Wydało mi się to piękne! I dlatego wyposażyłam swoją przodkinię w broń w postaci igły. Dałam jej igłę, dzięki której mogła utkać własną historię.
W Polsce ukazały się dwie pani powieści…
Tak, pierwsza i ostatnia.
Czy dają dobre pojęcie o pani twórczości?
Myślę, że dobrym uzupełnieniem byłaby druga powieść, „Du domaine des Murmures” (z fr. „Z krainy szeptów”). To książka historyczna, której akcja rozgrywa się w XII wieku. Swego czasu otrzymała Nagrodę Goncourtów przyznawaną przez licealistów. Jest notabene lekturą uzupełniającą w szkołach średnich, także w tych katolickich, chociaż to rzecz dość krytyczna wobec religii. W każdym razie we Francji w ramach egzaminu maturalnego uczniowie analizują powieść wybraną w porozumieniu z nauczycielem i ich wybór często pada na „Du domaine des Murmures”. Mam nadzieję, że nie tylko dlatego, że jest stosunkowo krótka. (śmiech)
Rozmawiał: Sebastian Rerak
Kategoria: wywiady
















